Blog > Komentarze do wpisu

Jatki na amerykańskim Południu

Klimat życia beznadziejnego skazanego na czynienie i doświadczania zła ze strony drugiego człowieka, prawdziwego amerykańskiego Południa, na którym nadzieja powodzenia miesza się z rezygnacją, dostosowanie z klęską, brak perspektyw z egzystowaniem doświadczamy w powieści Cormaca McCarthy'ego. To co miało być trwałością, za chwilę rozpadnie się jak domek z kart.

Jest w fabule coś z atmosfery westernów Clinta Eastwooda, Sama Peckinpaha i Sergio Leone. Tam nie ma miejsca na łagodność i współczucie, lecz obserwację, przyzwyczajanie wzroku i emocji do brutalności, która jest chlebem codziennym. Nie ma też miejsca dla szlachetnych szeryfów, nawróconych przestępców, ale za to mamy zauroczenie przemocą, brudem i potem, fetorem krwi i rozkładu, alkoholem i ciemną stroną człowieka zafascynowanego złem.

Cormac McCarthy skonstruował linearną fabułę drogi, w której wydarzenia współgrają z opisywanym surowym, nieprzyjaznym krajobrazem. Powieść zaś można odczytywać na paru płaszczyznach.
Wpierw myślimy, iż dzieciak z Tennessee będzie nas prowadził, że autor zapisze studium degrangolady nastolatka, tymczasem ma nas on doprowadzić do kolejnych samozwańczych watah rzezimieszków kapitana White'a albo Glantona i niektórym z nich oddać na jakiś czas palmę pierwszeństwa. To koniec lat czterdziestych. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej wciąż trwają konflikty wszczynane i załatwiane przez samozwańczych kapitanów, którzy niczym jeźdźcy apokalipsy niszczą wszystko i wszystkich na swojej drodze, biorąc skalpy, paląc, zostawiając krew i pożogę, ozdabiając się trofeami z ludzkich uszu lub języków. Brutalni są Amerykanie, Meksykanie, Indianie, Murzyni, a władza wydaje się akceptować ten stan rzeczy, co potwierdza wizyta u gubernatora. Czytelnik jest w rzeźni i obserwuje z obrzydzeniem żądzę krwi. Każe się mu  patrzeć bez odrobiny nadziei, bez krzty wizji niewinności na samowolę, na piekło ludzi, którzy staną na drodze przejazdu bandy.

W kolejnych kręgach piekielnych zawsze obecny jest sędzia Holden przewyższający innych wzrostem, wkraczający w fabułę w ceratowym płaszczu. Nie ma brwi, rzęs i jest łysy jak kolano, wygląda czasem niczym bezwłosy lemur albo bezwłosy niczym olbrzymi noworodek ten sędzia bladoróżowy. Osobliwością jego są małe stopki i skłonność do chodzenia nago, co nikogo nie dziwi. Właściwie nie wiadomo, czy naprawdę jest sędzią, ale jest oczytanym poliglotą, gra na skrzypcach, uwielbia taniec, rysuje to, co ma zostać unicestwione, a nade wszystko lubi wygłaszać moralizujące zdania. Ze strony na stronę coraz bardziej kojarzy się z ucieleśnionym złem. Gdy doczytamy do końca, okaże się, iż postacie dzieciaka i Holdena są ze sobą nierozerwalnie związane. Trudno jednak dochodzić, co ich oddalanie i przybliżanie się symbolizuje. Pierwsze spotkanie następuje w namiocie, w którym pastor wygłasza kazanie. Wejście olbrzymiego sędziego i oskarżenia, przed którymi nie ma obrony, sprawiają, iż tłum rozrywa sługę Bożego. To pierwszy przykład siły, bezinteresownego zła i pokazania, jak można ludźmi manipulować, jak człowik łatwo ulega wpływom. Potem są następne spotkania, a dzieciak jest ostrzegany, by nie kierował jego uwagi na siebie, a następnie nakłaniany,  by zabił. Ostatnie po latach spotkanie w wychodku jest zupełnie niejasne a zakończenie otwarte. Jak w malignie w scenie rozpasania i dzikiego tańca powtarzane są słowa: "Nigdy nie śpi. Mówi, że nigdy nie umrze."

Powieść drogi osadzona w czasach kształtowania się granic Stanów Zjednoczonych, zdobywania ziem przez osadników, bezprawia, kieruje się ku metaforyce dotyczącej człowieczeństwa, bezsilności religii i jej symboli, płytkiej moralności. Dołączony epilog również niczego nie objaśnia, bo dosłowność łączy się z metafizyką. Zbieranie kości jest porządkowaniem, ale otwory w ziemi, z których wydobywać się może ogień jest niemalże ponownym Boskim stwarzaniem cywilizacji?).

Powieść uznana za objawienie może być ważna dla czytelnika amerykańskiego ze względu na historię, ale jakie przesłanie się jej dorobi - trudno mi jednoznacznie odczytać.

Książka napisana jest językiem minimalistycznym, oszczędnym, lecz nie ubogim, jednak dominuje w nim skłonność do tworzenia porównań. Dialog nie został zaznaczany, wpisuje się w ciąg zdarzeń i opisów.

Zagadką jest dzieciak bez imienia i nazwiska, jak Everyman, gdyż do końca nie go dobrze nie poznamy, tak jak myśli i uczuć wszystkich postaci. Zagadką jest niezniszczalny konkwistator XIX wieku, Holden.

Powieść dla odkrywców.

_______________________

Cormac McCarthy, Krwawy południk albo wieczorna łuna na zachodzie / Blood Meridian or the Evening Redness in the West, przeł. Robert Sudół, wyd. I, s. 444, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

sobota, 22 stycznia 2011, nutta

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/01/22 23:25:44
Bardzo chcę przeczytać - a twoja recenzja tylko mnie w tym utwierdziła.
-
2011/01/23 09:58:57
Ciekawa jestem, jak odbierzesz zakończenie.
-
2011/01/23 17:09:27
Rzeczywiście... pachnie mi tu zwłaszcza Peckinpahem ;)

Czy jednak nie mamy do czynienia z kolejna stylizacją "powieści pogranicza" i podboju tzw. "Dzikiego Zachodu"?

Metafizyka, cywilizacyjna niedookreśloność i pierwotne (okrutne, bezlitosne, bezwględne) siły, którym ulega (i którymi posługuje się) człowiek? Z tym chyba zawsze mamy do czynienia, kiedy na jakiejś ziemi jałowej dokonuje się kulturowa transgresja.

PS. Nie po raz pierwszy słyszę o tej książce. Wygląda na to, że sam wreszcie będę musiał po nią sięgnąć.
-
2011/01/24 11:15:43
Literatura raczej nie w moim guście, ale bardzo podoba mi się recenzja :).
-
2011/01/27 14:48:29
Logosviator, podbój Dzikiego Zachodu stał się okazją do wkroczenia w świat przedcywilizayjny, w którym reguły postępowania tworzą ci, którzy dysponują siłą. W nim religia i dekalog nic nie znaczą, wręcz ukazuje się, że człowiek jest podatny na sugestie, a samowola wyzwala okrucieństwo. Potem jest czas na sprzątanie kości. Nie są to nowe spostrzeżenia, gdyż do zdziczenie obyczajów dochodzi w różnych epokach. Ostatnio odnotowałeś myśli Marai'ego i dostrzegam podobieństwo sądów i obrazów w różnych kostiumach.

Majullka, dziękuję:)
-
2011/01/27 16:01:19
A z tego wszystkiego wynikają bardzo smutne wnioski co do tego, jaki jest człowiek "z natury". Biedny Jan Jakub... jego optymistyczne teorie o człowieku naturalnie dobrym, "dobrym dzikusie", skażonym przez cywilizację - można odnieść wrażenie, że jest całkiem na odwrót. Tam, gdzie cywilizacja zostaje zapomniana, porzucona czy zniszczona na skutek tej czy innej katastrofy - wówczas do głosu dochodzi ta pierwotna, prawdziwa natura człowieka. I robi się strasznie.

Jak tylko mój sofistyczny duch zbierze się trochę w sobie, to postaram się udowodnić przeciwną, optymistyczną teorię ;) Byłoby trochę łatwiej, gdyby wierzyć w naturalną dobroć człowieka.
-
2011/01/29 13:46:43
W człowieku jest i Kain i Abel, to rozdarcie wewnętrzne albo i pozorne uporządkowanie jest niezbadane do końca. Cywilizacja wymusza zachowania, rewolty sprawiają, że do głosu dochodzą mroczne strony ludzi kulturalnych. Wtedy nasuwa się pytanie, ile zła wokół siebie człowiek może wytrzymać lub ile dobra - wbrew temu co jest wokół - przekaże innym, nie oczekując wdzięczności.
-
2011/02/27 13:20:50
Genialna książka, genialnego autora. Warto poznać również jego inne powieści, zwłaszcza "W ciemność". Polecam.
czarnamarmolada.blogspot.com
-
2011/02/27 17:54:37
M.C., wpierw chcę jednak przeczytać "Drogę". Dobrze, że wreszcie pojawił się ten autor u nas i możemy czytać kolejne dzieła. Czy to wpływ filmu?