|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Tajemnica bałtyckich bursztynów
Fabuła rozdziela się na tory amerykańskiej współczesności i mroczne czasy stalinowskie. Początek nie zapowiadał dobrego prowadzenia wątków, nawet wiało jakimś rozgardiaszem lub wręcz nudą, jednak po pewnym czasie nie mogłam się oderwać od zawiłej historii z kręgów artystycznych i naukowych. Wydarzenia współczesne dziejące się w ośnieżonym Bostonie sygnalizują zagadki z przeszłości, jakieś niedomówienia. Myślimy, czy to zła wola, czy taki ból, który nie pozwala jeszcze raz sięgnąć do czasów innej moralności. Najważniejsza jest przykuta do wózka inwalidzkiego Nina Riewska, dawna primabalerina Teatru Bolszoj, która uciekła z kraju. Będąc sprawną intelektualnie, egzystuje, zdając się na opiekunkę i kontakty listowne z paroma przyjaciółmi. Decyzja wystawieniana aukcję swoich słynnych klejnotów ponownie rozbudza wyobraźnię mediów i znawców cennych precjozów, porusza myśli o przeszłości znawcy literatury rosyjskiej i tłumacza poezji męża Niny, Wiktora Jelsyna, Grigorija Sołodina z Wydziału Języków Obcych w Bostonie. Tych dwoje połączy stylowy bursztynowy garnitur z bałtyckiego bursztynu, gdyż Nina wystawiła kolczyki i bransoletę, a naszyjnik jest w posiadaniu Grigorija, który był dzieckiem adoptowanym i nic nie wie o swoich biologicznych rodzicach. Primabalerina na jego wizytę w odległej przeszłości i listy reagowała alergicznie. Dlaczego? Nie jest to prosta historia i taka, jak się czytelnikowi początkowo wydaje. Część współczesna przybiera formę śledczą, ale i jest próbą obejrzenia się paru osób ku swojej przeszłości. Przyjaciel Grigorija z uczelni, Zoltan, pisze pamiętniki i ma zamiar wrócić na Węgry, z których uciekł po krwawym 1956 roku, Drew Brooks z domu aukcyjnego niewiele wie o swoich rosyjskich i fińskich korzeniach. Jest to też opowieść o samotności wśród ludzi, takim okresie w życiu, kiedy chciałoby się posklejać teraźniejszość z przeszłością. Ważna to część utworu, lecz bardziej oczekuje się wniknięcia w tajemnicę życia Niny za żelazną kurtyną. Trzeba przyznać, iż autorka zręcznie rozsnuwa swoją pajęczą sieć, nie ułatwiając czytelnikowi zadania. "Moje miasto wygląda najlepiej w zimie, kiedy wszystko jest ukryte pod śniegiem."1 Przede wszystkim to Moskwa lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, w której łączy się entuzjazm, wiara w dobrą wolę Stalina, lecz i niepewność, podejrzliwość, strach, wszechobecna bieda. Jednakże polityka nie wysuwa się na plan pierwszy, ale jest ukazana poprzez realia codziennego życia ludzi ze sfer artystycznych. Uczestnikami dramatu będą: Nina, Wiktor, Wiera, Gersz, Zoja, Polina i Siergiej. W tle jest piękna postać matki Niny i Madame Wiktora żyjąca przeszłością. Wielka przyjaźń, miłość, zazdrość, nienawiść, upodlenie, poczucie winy, żalu to tylko niektóre z emocji, z którymi styka się czytelnik. Przenikają się z rozmowami o dyrektywach odnośnie zasad tworzenie, popadaniem w niełaskę ze względu na pochodzenie, skazaniem na niebyt twórczy, pisaniem donosów, montowaniem podsłuchów, świadomością znikania ludzi, biedą, szarzyzną życia. Skupiłam uwagę na dwóch scenach: spotkaniu Wschodu i Zachodu na przyjęciu, na którym tańczyła młodziutka Nina, oraz nieumyślnej wyprawie trzech baletnic do "niedemokratycznego" berlińskiego sektora. To najlepsze komentarze do obrazu dwóch rywalizujących światów. Mała Nina po egzaminie do szkoły baletowej zobaczyła wychodzącą z hotelu cudzoziemkę, w której uszach błyszczały brylanty, i od tej pory wierzyła, że też kiedyś takie będzie miała. Utalentowana i zdyscyplinowana dziewczyna całkowicie poświęciła się sztuce baletowej, pnąc się po szczeblach kariery. Zdobyła i miłość Wiktora, lecz zawsze wygrywał balet i kariera, nie macierzyństwo. Daphne Kalotay żadnej ze swoich postaci nie idealizuje, lecz Nina jest opisana pieczołowicie z troską o każdą myśl, pragnienie, decyzję, z jej zaletami i wadami. Oschła i zasadnicza nie poddaje się jednoznacznym ocenom. Zyskała w nowym świecie swobodę, bogactwo, ale straciła zdolność przeżywanie uczuć, tworzenia związku. Jest jeszcze pamięć Wiery, którą wszyscy kochali. Po udanym przedstawieniu Nina dała mamie najpiękniejszy bukiet, a Wiera wyciągnęła kwiatek ze swojego i przypięła jej go do ubrania. Takie były te dwie dziewczyny, które kochały się i raniły niepotrzebnie. Ciężar przeszłości przytłacza i długo nie odnajduje słuchacza, a tragedie zawsze tkwią w błędnej ocenie zdarzeń. Powieść jest jak rosyjska matrioszka, gdyż wątki wyjmujemy po kolei i ustawiamy obok siebie, oceniając efekt. Zupełnie to dobra powieść popularna, a wykorzystanie opisu katalogowego biżuterii przed rozdziałami jest całkiem pomysłowe. ______________________ Daphne Kalotay, Rosyjska zima / Russian winter, przeł. Ewa Morycińska-Dzius, s. 414, Świat Książki, Warszawa 2011. 1 Tamże, s. 78. czwartek, 17 marca 2011, nutta
TrackBack
Komentarze
Gość: biedroneczka, egv170.internetdsl.tpnet.pl
2011/03/18 14:19:21
Czytałam o niej pochlebne recenzje na amerykańskich blogach.
2011/03/18 17:26:03
Biedroneczko, widziałam, że pod koniec ubiegłego roku był tzw. wysyp recenzji. U nas nieco skromniej. Pozdrawiam:)
2011/03/18 19:41:21
Czytałam ją jakiś czas temu i bardzo bardzo mi się podobała. Zdecydowanie warta przeczytania :)
2011/03/19 22:44:03
jeju, nie moge się już doczekać końca egzaminów, będę miała wtedy czas na te wszystkie powieści, które się piętrzą u mnie na stoliku i nie tylko. Jeszcze tylko dwa dni. Ta oczywiście też jest kupiona (oczywiście, bo ja rusofilka jestem) i czeka
2011/03/20 11:27:16
Toska, :)
Kasiu, wydawnictwo nie zmieniło swojej "międzynarodowej" okładki. Pomyślnych egzaminów i czasu na czytanie:)
Gość: Katarzyna, public-gprs146952.centertel.pl
2011/03/28 17:54:39
Czytam właśnie i trudno mi się oderwać do zwykłych, domowych zajęć. Gościłam u siebie Rosjanki w latach 80-tych - koleżanki, które same przed sobą nie chciały się przyznać, że w Polsce sklepy są dużo lepiej zaopatrzone niż w ZSRR, że panuje większa swoboda - toczka w toczkę jak Nina, Wiera i Polina w RFN-wskiej części Berlina....To takie malutkie potwierdzenie rzeczywistości opisanej w tej pięknej powieści.... A ja nie dość, że jestem rusofilką (jak określiła się przedmówzyni) to jeszcze jestem niepoprawną miłaśniczką bursztynu, a to już niestety trochę szarpie kieszeń. POleam i powieść i piękne polskie jantary
Gość: Katarzyna, public-gprs146952.centertel.pl
2011/03/28 17:57:10
Czytam właśnie i trudno mi się oderwać do zwykłych, domowych zajęć. Gościłam u siebie Rosjanki w latach 80-tych - koleżanki, które same przed sobą nie chciały się przyznać, że w Polsce sklepy są dużo lepiej zaopatrzone niż w ZSRR, że panuje większa swoboda - toczka w toczkę jak Nina, Wiera i Polina w RFN-wskiej części Berlina....To takie malutkie potwierdzenie rzeczywistości opisanej w tej pięknej powieści.... A ja nie dość, że jestem rusofilką (jak określiła się przedmówzyni) to jeszcze jestem niepoprawną miłaśniczką bursztynu, a to już niestety trochę szarpie kieszeń. Polecam i powieść i piękne polskie jantary
2011/03/29 14:05:40
Bursztyn jest piękny w każdej postaci. Aż trudno wybrać odcień, oprawę. Omawiana powieść też mnie wciągnęła niesamowicie. Nie znam "Jeźdźca miedzianego" innej autorki też dziejącej się w podobnych kręgach bohaterów. Temat rosyjski jest zresztą ostatnio modny na Zachodzie. Staram się czytać jak najwięcej na ten temat.
|