Blog > Komentarze do wpisu

Obozowa trauma na całe życie

Zanim została pisarką, była numerem 7566 w Auschwitz, toteż jej prawem i obowiązkiem było pisanie o człowieku upodlonym, zaszczutym, poddawanym presji życia w nieustanym strachu, gdyż, według Zofii Posmysz, wyniszczenie psychiczne było trwalsze niż fizyczne.

Trzy opowiadania ze zbioru Ten sam doktor M łączy nie tylko pobyt w obozie zagłady, lecz i trauma ocalonych, niewyobrażalna przez tych, którzy nie mieli takich doświadczeń obozowych jak bohaterki. Jest jeszcze muzyka (śpiew i orkiestra obozowa) będąca ważnym elementem fabuły w dwóch pierwszych opowiadaniach: Zengerin oraz Ave Maria. Narratorem jest zawsze kobieta, która była w Auschwitz-Birkenau, doznaje takich samych cierpień jak współwięźniarki, o których pisze, rozumie skrywane uczucia i lęki byłych uwięzionych, ich niechęć do opowieści swych doznań obozowych tym, którzy nie są w stanie zrozumieć wszystkich aspektów życia w miejscu odosobnienia i szczęścia z prolongaty życia o kolejny dzień. Sposób pisania nie jest ani oschły, precyzyjny w doborze słów i obrazów, ani czułostkowy, pełen rozpaczy i oskarżeń. Zofia Posmysz znalazła swój sposób na ukazanie prawdy o obozowej codzienności, którą będzie się pamiętać, przeżywać, tego mechanizmu zła, w którym każdy od zarządzających poprzez funkcjonariuszy średniego szczebla, funkcyjnych w blokach i więźniów ma swoje miejsce.

Jedynie opowiadanie Zengerin jest umiejscowione w czasie działania niemieckiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Na tle paromiesięcznych losów kobiecej karnej kompanii w Budach autorka przedstawia relacje między współwięźniarkami i niższym szczeblem nadzorującym. Rywalizacja, nienawiść, życzliwość, nadzieja, a więc cała gama emocji, uczuć może staje się w pewnych momentach ważniejsza niż czyny, nieludzka praca.

Najciekawsze opowiadanie Ave Maria wykorzystuje relacje między małżonkami zawodowo związanymi z muzyką, by opowiedzieć o wewnętrznym przeżywaniu przeszłości, braku umiejętności przekazania otoczeniu swoich lęków, także niezrozumieniu. Kobieta po wielu latach opuszcza męża, by zamieszkać w pawilonie na terenie kompleksu szpitala psychiatrycznego. Kontaktuje się tylko z lekarką, do której ma zaufanie, potem z mężem, lecz tylko listownie. Okazuje się, jak niewiele bliscy sobie ludzie wiedzą o sobie, jak inaczej interpretują wzajemne potrzeby, słowa i zachowania. Czas nie leczy ran, ale wydobywa je i każe się zmierzyć z przeszłością, karze za próbę przechytrzenia traum obozowych. Stopniowo, tak jak nieświadomy skrywanych przeżyć mąż, czytelnik dowiaduje się od czego uciekła Maria, z czym nie mogła już dłużej żyć. Dlaczego muzyka nie zatarła obrazu ludzi, którzy szli w takt muzyki lekkiej, przyjemnej, choć klasycznej (Lehar, Kalman, Offenbach). " A ja śpiewałam, żeby żyć. A oni szli, aby... A ja... A oni... A ja... Żeby żyć! Pomagałam im umrzeć, abym sama nie umarła." To opowiadanie o niezabliźnionej przeszłości, miłości i poznawaniu siebie na odległość.

Tytułowe opowiadanie Ten sam doktor M. dedykowane jest doktorowi Januszowi Mąkowskiemu. Spotkanie byłych więźniarek obozu koncentracyjnego jest ważne, gdyż jest się tam wśród swoich, tych, którzy rozumieją, którym nie trzeba tłumaczyć słów, powiedzeń, sytuacji. Tematem jest wspomnienie bezinteresownej pomocy medycznej i poszukiwanie wybawiciela. Jednocześnie czas teraźniejszy i rozmowa w domu przy młodym pokoleniu o codzienności w Auschwitz sprowadzi się do zdziwienia: "Czy to możliwe? Nie pamiętać, że się komuś... [ocaliło życie]"

Trzy wartościowe opowiadania obrazują sytuacje i przeżycia, których nie może przekazać żaden podręcznik, są warte uwagi, gdyż przekazała je osoba, która był uczestnikiem i świadkiem wydarzeń. Życie było loterią, a reguła stosowana przez starszych więźniów sprowadzała się do słów: "Nie należy się do niczego śpieszyć. Wiesz, co jest, nie wiesz, co będzie."

Zofia Posmysz pisze inaczej niż Tadeusz Borowski, ale zawsze przedstawiony temat obozowy poraża unaocznieniem codzienności i zwyczajności zła, którego nie można zwalczyć, odsunąć. Przypadek decyduje o życiu lub śmierci. Światełkiem była pojawiająca się nieoczekiwanie bezinteresowna ludzka dobroć. Po wojnie inne sprawy odsunęły temat wspomnień. Ileż można mówić i słuchać o niej?! - toteż i temat nie jest do końca zgłębiony ze zwyczajnej ludzkiej perspektywy zachowań, leków, wyborów.

Gdy ostatnio przeczytałam artykuł o Joannie Penson, natrafiłam na przeżycia porównywalne do tych, które stały się tematem wspomnianych opowiadań. "...- ciało umierało wcześniej niż duch. Człowiek fizycznie już wtedy nie istniał, ale zostawał duch, który był silniejszy i trwał z chęci życia. Robił się nawet wzniosły." Należy mieć też świadomość, że każde cierpienie ma swój kres - to już sprawa indywidualna. Wspomina jeszcze obraz powojenny na ulicach i już wtedy dotarło do niej, że jej pasiak nic niektórym nie mówił, oni mieli inne wspomnienia z czasów okupacji. Inne ważne spostrzeżenie - z mężem, który też miał traumatyczne przeżycia wojenne, nie rozmawiali o przeszłości. "Ludzie nie mówili sobie takich rzeczy. Wspomnienia zastępowało się innymi, lepszymi." Był też i inny powód przemilczeń.*

______________________

Zofia Posmysz, Ten sam doktor M, wyd. I, s. 248, Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1981.

* Na podstawie artykułu "Nic takiego" opartego na rozmowie Natalii Kuc z Joanną Penson opublikowanego w grudniowym numerze "Twojego Stylu".

niedziela, 07 grudnia 2014, nutta

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: ksiazkowiec, 176.107.37.*
2014/12/07 19:35:17
No to mamy dziś tę samą autorkę! Notkę zakończyłam słowami, że byłe więźniarki kacetu po uwolnieniu jeszcze nie wiedziały, że z lagrów nie wyjdą już nigdy. Książka o doktorze M. już kupiona. Dobrze, że więcej nas czytających Posmysz:)
-
2014/12/07 19:47:41
Książkowcu, w bibliotece stare wydania z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, sterane samotnym staniem na półce, skazane na usunięcie. Trzeba się śpieszyć, by zdążyć. Świadkowie wydarzeń są najważniejsi. W wypowiedzi dla "Gościa Niedzielnego" Zofia Posmysz powiedziała, iż będzie drążyć temat do końca swoich dni - jest winna tego tym, którzy odeszli za szybko.
-
Gość: ksiazkowiec, 176.107.37.*
2014/12/07 20:07:32
Podobnie wypowiada się Wanda Półtawska - przeżyłam po coś...
-
2014/12/07 20:18:01
Historia składa się z wielu faktów i przeżyć, lecz skąd ma nadejść ten, który wszystko wyważy i nada im miejsce w szeregu dziejów... - tego nam brakuje, bo za wielu jest szarlatanów.
-
2014/12/08 20:06:22
Czuję się trochę zawstydzony. Na półce książek do przeczytania leży kilka poświęconych obozom koncentracyjnym i jakoś nie miałem werwy by się za nie zabrać. A kiedyś bardzo gruntownie ten temat eksplorowałem. Dziś chyba brakuje mi odwagi, by zmierzyć się z tematami tak nacechowanymi cierpieniem.
-
Gość: guciamal, *.rev.pro-internet.pl
2014/12/09 00:22:42
Zofia Posmysz to kolejne nazwisko dopadające mnie na blogach, do którego chciałabym dotrzeć. A zniszczenie psychiczne zawsze było trwalsze niż fizyczne.
-
2014/12/23 15:07:25
Dijkstra-jg - tylu świadków historii ukazuje bezmiar cierpień, a my wciąż ślepi. Dobre życie w czasach pokoju nie jest dane na zawsze. Oni też żyli inaczej zanim wybuchła wojna i trafili do obozów - to jest najważniejsza nauka. A kolejna to taka banalna, że człowiek niewiele wie o sobie i innych.

Guciamal, jak napisałam wyżej - Zofia Posmycz to kolejny świadek historii.