| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
ADRES: nutta@gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
Spis moli
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi
niedziela, 29 stycznia 2012

Kawa musi być zawsze z widokiem. Przez okno w domu, kawiarni, ze stolika umieszczonego przy ulicy. Nieustannie obserwujemy, gdy siedzimy sami lub w towarzystwie. Nawet wtedy, gdy mamy przed sobą prasę lub książkę i tak mimowolnie interesujemy się otoczeniem. Przed nami rozgrywa się spektakl obrazów, kolorów, zdarzeń. To chwila, która nie trwa wiecznie. Wystarczy błysk słońca, chmura, inne światło, inni ludzie, by zmieniła się scenografia spektaklu życia.

***

Znowu niezawodny Sándor Márai, tym razem o kawiarniach. Wpierw wspomina swój pobyt w Wiedniu po trzydziestu pięciu latach. Jest rok 1973.

I wreszcie - kawiarnia! Po trwających ćwierć wieku wędrówkach po świecie nareszcie, znowu - kawiarnia! Po dusznych kafeteriach nowojorskich - kawiarnia! Po włoskich kafejkach, głośnych i pełnych przeciągów espresso prawdziwa kawiarnia: na ścianie gazety oprawione w ramki. Po północy parówki i kieliszek - ein achtl - wina. Wysiadywanie godzinami przy jednej filiżance kawy. Jeszcze ciągle, w świecie espresso, w muzealnej samotności - kawiarnia! Prawdziwy dom wszystkich pisarzy środkowoeuropejskich, jedyne schronienie - kawiarnia, gdzie, jak napisał Alfred Polgar(dziennikarz i krytyk austriacki), wysiadują ludzie, którzy mają taki światopogląd, że świat nie jest wart oglądania. Pierwszej nocy, po trzydziestu pięciu latach w jednej z kawiarni Kärtnerstrasse - jak Ulisses, który wreszcie powrócił do Itaki. A po północy "Hawelka",kawiarnia literacka ze swoją specyficzną literacką wonią - mieszanka zapachu taniej kawy i brodatych Diogenesów(...). Tak, to ciągle ta sama kawiarnia. W ciągu minionego ćwierćwiecza na całym świecie niczego nie brakowało mi tak jak kawiarni."*

Jest u Máraiego tęsknota za wielonarodowymi Austro-Węgrami i charakterystycznymi dla tej swoistej, wymuszonej unii kawiarniami. Takie były we Wiedniu, Budapeszcie Kassie (nie Koszycach - bunt autora), Krakowie, Lwowie, itp.

I we Florencji.

"Ilekroć wychodzę z Uffizi i siadam na tarasie jednej z kawiarni Signorii, a kelner stawia przede mną parującą, mocną kawę, czuję mdłości. Wywołuje je przemijające oburzenie, obrzydzenie, że muszę żyć w świecie, w którym kulturą śmieją nazywać coś, co nie jest niczym innym jak perwersyjną negacją, rozbiciem, zniekształceniem wszystkiego, co ludzkość dotąd wyobraziła i stworzyła. (...) na całym świecie nieustannie trzeszczy mechaniczny hałas, który nazywają muzyką; zamiast obrazów pokazują szaleńcze albo prześmiewcze malowaniny, (...) pisze się książki, w których ani jeden wiersz nie promieniuje twórczym prądem."*

***

Od czasu do czasu w normalnej dla zwykłego śmiertelnika porze telewizja uraczy nas bardzo dobrym filmem. Tak było i w ostatni czwartek, gdy TVP wyemitowała Duchy Goi (2006) w reżyserii Miloša Formana na podstawie scenariusza Jean-Claude Carrierre. Jak w klasycznej epopei narodowej ukazany został moment przełomowy w dziejach - 1792 rok (oraz 15 lat później)  to w Hiszpanii jeszcze śledztwa Świętego Oficjum, ale w sąsiedniej Francji - rewolucja, która pozbawia koronowanych głów, a potem wynosi na tron Napoleona. Można film odczytać jako klasyczny obraz historyczny składający się z ciągu świetnych zdarzeń, ale też jako metaforę powtarzalności historii w nowych kostiumach. Sam Forman mówił o genezie swoich zainteresowań epoką Goi: "Przeczytałem książkę o hiszpańskiej Inkwizycji, w której opisywano przypadek fałszywego oskarżenia. Pomyślałem, że mogłoby to być osią świetnej historii. Widziałem wiele paralel między reżimem komunistycznym i Świętą Inkwizycją, i rozumiałem też, że te podobieństwa są zbyt oczywiste, by film taki mógł w Czechosłowacji powstać. Na jakiś czas zrezygnowałem z tego pomysłu". Spośród uniwersalnych problemów, które wyłaniają się z fabuły, można wskazać bezradność jednostki wobec machiny totalitarnej, wymuszanie zeznań w czasie brutalnych przesłuchań (Powiedzcie mi, jak brzmi prawda, to się przyznam. - jęczy zdesperowana Inés.). Jak widzi nas świat?, czyli lęk przed ośmieszeniem staje się istotą dążeń przedstawicieli każdego reżimu, nie tylko kościelnego, bo totalitaryzm wymaga od poddanych powagi. W scenie przeglądania rozpowszechnianych przerażających grafik Goi za zebraniu członków inkwizycji jeden z członków mówi zaniepokojonym ośmieszeniem obrazami: To nasz świat. Rozmowa między Goyą a Lorenzo to pytania o ludzkie postawy wobec zmian, które następują, i wierność wyborom. Wtedy zarzuca artyście bezpieczną postawę tkwienia w kręgu bliskim władzy, mimo równoczesnego tworzenia rycin ukazujących karykaturę otaczającego świata w Kaprysach. Artysta przy dworze i artysta-dysydent, ale bezpieczny. Czy można jednoznacznie ocenić tę postawę? Jeszcze inny problem zauważa się w tym filmie będącym jednocześnie skupionym, mrocznym lewie rozświetlonym światłem obrazem miejsc i ludzi oraz pełnym rozmachu scen zbiorowych z udziałem tłumu i żołnierzy - to postawa agresora, który w swoim mniemaniu niesie wolność i obala niesprawiedliwą władzę, narzucając swoją. Duchy Goi to bogaty film ukazujący powtarzalność historii, a XX wiek był tego najlepszym dowodem.

W filmie zwraca uwagę dobra gra aktorów: Javiera Bardema jako Lorenzo i Natalii Portman jako Ines i Alicii, muzyka współgrająca z dramatem i ta nieco frywolna, jarmarczna jak z Felliniego, oraz praca operatora Javiera Aguirresarobe nawiązująca do kolorytu obrazów Goi.

____________

* Sándor Márai, Dzienniki (fragmenty), przeł Teresa Worowska, Czytelnik 2009, ss.421 i 431.

czwartek, 26 stycznia 2012

Powieść w formie listów może być ułatwieniem dla pisarza, który ma trudności z konstrukcją spójnej, dynamicznej fabuły, ale też może obnażać kłopoty warsztatowe. W tego typu prozie konflikt tkwi w treści listu, jest zawsze dawkowany, może stanowić tajemnicę, którą chce się zgłębić, a ponadto odkrywane wątki łączą się z epizodami uwiarygodniającymi formę. Korespondenci prezentują siebie i interesujące ich sprawy z własnego punktu widzenia, ujawniają się takimi, jakimi chcą być dla adresatów, a czytelnik ma na podstawie otrzymanych sygnałów dokonać ocen i ustalić priorytety. Niebezpieczeństwo w tego typu prozie tkwi w banalizacji, przesłodzeniu albo i zdemonizowaniu postaci aktywnie uczestniczących w interesujących nadawców zdarzeniach. Bywa, że cele giną w gąszczu wielości tematów i otrzymujemy rewię pomysłów czasami tylko atrakcyjnych językowo, ale ukazanych dość płytko.

Debiutancka1, rodzinna książka angielskich autorek zaciekawia samym tytułem. Klub osób dyskutujących na temat literatury nie jest niczym nowym, ale ten placek z obierek ziemniaczanych zastanawia. Odpowiedź otrzymuje się już wtedy, gdy zerknie się na czas pisania listów - 1946.
Zawiązanie akcji skupia się powojennym życiu i poszukiwaniu tematu do kolejnej książki przez Juliet Ashton. Na temat wydanych swoich wojennych felietonów "Spectatora" Izzy Bickerstaff wyrusza na wojnę koresponduje ze swymi przyjaciółmi, rodzeństwem Sophie i Sidneyem - wydawcą. Niebawem otrzymuje list, który okaże się znaczący nie tylko w jej pracy dziennikarskiej, ale i pisarskiej oraz osobistej. Z Guernsey2 pisze do niej Dawney Adams, który stał się właścicielem książki niegdyś należącej do Juliet, czyli Esejów wybranych Eliasza Charlesa Lamba. Adres znalazł przypadkowo wewnątrz okładki. Prosząc o pomoc w nabyciu innych pozycji tegoż autora, wspomina Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, które powstało z powodu pieczonego w tajemnicy prosiaka w czasie okupacji niemieckiej. Od tego momentu zaczyna się korespondencja, która wzbogaca wiedzę o stowarzyszeniu oraz ludziach je tworzących, to też początek wymiany listów z innymi osobami z wyspy. Poruszane tematy i sympatia na odległość zachęca do odwiedzin - i to jest temat drugiej części powieści. Tak w skrócie wygląda schemat książki zainspirowanej kontaktem z literaturą osób, które nie miały do tej pory pojęcia o tym, ile treści i interesujących ich tematów w niej się kryje.

Stowarzyszenie,  odbiór literatury i zmiany w życiu osób, które zdecydowały się na spotkania i dyskusje to jeden z wątków. Inny dotyczy wielkiej nieobecnej w sensie fizycznym, ale nieustannie podawanej jako wzór człowieka - Elizabeth. Z jej postacią wiąże się nadzieja, ale też postawa odwagi i miłości w tych trudnych, wojennych czasach. Od zawsze była bliska grupie osób z wyspy, lecz i Juliet, która, poznając jej losy, odczuwa pokrewieństwo dusz. I teraz bardzo ważny wątek, który wpływał i dalej wpływa na losy nowych przyjaciół gościa z Londynu - okupacja niemiecka Guernsey. To czas okrucieństwa wobec mieszkańców i więźniów z obozu pracy, tęsknoty za najbliższymi, których nie było na wyspie, codziennego życia z wrogiem. Właściwie to to samo co wszędzie w Europie - wyjątkiem jest teren otoczony wodą, który nie daje możliwości ucieczki, a w końcowej fazie trudności aprowizacyjne dają się we znaki okupującym i okupowanym. Same przykłady wywołują u czytelnika odruch współczucia i zrozumienia. W ten wątek wpisuje się powojenne życie oraz trauma osób, które doświadczyły pobytu w obozach koncentracyjnych. Epizodem, który wiele nie wnosi do treści jest kontakt Juliet z amerykańskim milionerem oraz rozbrajająca naiwnością historia listów przypisanych Oskarowi Wilde.

Wprawdzie książka może zachęcać do czytania stylem prostym, dawkowaniem humoru słownego, intrygującym tematem, by poznać losy ludzi, szczególnie Elizabeth, Isoli czy Ebena, atmosferą ciepła i życzliwości, lecz wybrana forma listu sprawia, że często jest to tylko prześlizgiwanie się wśród dramatycznych sytuacji, niepogłębiona warstwa psychologiczna mająca wpływ na wybory ludzi. Owszem, można sobie wiele dopowiedzieć, ale to tylko uzupełnienie opowieści poprzez poszukiwanie powiązań. Błędem jest nadmiar postaci, co od początku drażni, wielość wątków, które jeszcze pęcznieją w dalszej części, lecz, jak wspomniałam, nie są pogłębione, raczej pełnią funkcję informacyjną. Wybrana forma listów, która sprawdza się w części pierwszej, w drugiej staje się już sztuczna, wymuszona potrzebą kontynuacji. W części drugiej, słabszej i tempo szwankuje, a zakończenie jest pospieszne i wymuszone brakiem pomysłu na zamknięcie narracji.

Mimo dostrzegalnych w trakcie czytania mankamentów można ją polecić jako tę, która w inny sposób pokazuje różne aspekty czytelniczych wyborów oraz, słodząc miejscami, daje ufność w ludzką dobroć, przyjaźń, która sprawdza się w trudnych momentach. Utwierdza w przekonaniu, nienowym, żo wojna to zło. Sympatyczne czytadło z przesłaniem.
______________________

Mary Ann Shaffer i Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek / The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society, przeł. Joanna Puchalska, s. 256, Świat Książki, Warszawa 2010.

1 Annie Barrows ma na swoim koncie książki dla dzieci. Sama przyznaje się do nadania ostatecznej formy opowieściom cioci, Mary Ann Shaffer.

2 Status dependencji Korony brytyjskiej; jedna z Wysp Normandzkich przy wybrzeżu francuskim na wysokości Saint-Malo.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

"Zapytały o nasze drzewa, dlaczego oliwka tak wiele dla mnie znaczy. Wyjaśniłam, że uspokaja mnie jej trwałość, długowieczność, kołyszące się, zawieszone srebrzyste gałęzie; poezja i historia z nią związane dają mi wiarę."1

Po pierwszym tomie cyklu sięgam od razu po czwartą część traktującą o podróży wzdłuż Morza Śródziemnego w celu odnalezienia najstarszego drzewa oliwkowego i poznania okoliczności rozprzestrzeniania się upraw oliwek oraz przetwarzania zbiorów w oliwę, tudzież inne produkty.

Wszystko zaczyna się w Marsylii, by stamtąd samotnie odwiedzić Liban, Syrię, Turcję (tu dołącza do niej Michel), Maltę, potem Tunezję, po perypetiach z wizą - Libię, potem Grecję z Kretą i na końcu Izrael (też parę dni z mężem). Nie jest to wyprawa ciągła, gdyż sprawy domowe zmuszają ją do przerwania podróży. W trasie nie jest aktorką, pisarką, lecz farmerką oliwną albo pracownikiem przemysłu oliwnego, jak na wniosku wizowym w Libii. Na mapie podróży są kraje różnych religii, odmiennego podejścia do samotnie podróżujących kobiet co wymaga ostrożności, a także umiejętności oceny napotkanych ludzi, by poznać ich zamiary, wyczuć niebezpieczeństwo, mieć świadomość, że wszędzie są osoby uprzedzone do drugiego człowieka, który jest inny, obcy. Carol nie kryje paru negatywnych reakcji w krajach z religią muzułmańską, lecz przede wszystkim skupia się na tych spotkaniach, które ją uskrzydlały, wspierały w poszukiwaniu plantacji drzew oliwkowych. W takich wypadkach książka jest zapisem obserwacji życia mieszkańców odwiedzanych krajów. Każda podróż ma swój czas i inne problemy natury politycznej i społecznej, które dominują w różnych rejonach świata. Ponieważ została wydana w 2006 roku, w krajach arabskich jest jeszcze spokój (wspomniany jest zamach na Dżerbie), leczenie ran wojennych w Libanie, ale najbardziej ją niepokoi sytuacja w Izraelu, toteż ten rozdział stał się poprzez oliwki jakąś wykładnią jej poglądów politycznych, szantażem emocjonalnym w stosunku do czytelnika - a szkoda.

Gdyby nie parę zgrzytów natury politycznej i agitacyjnej, uznałabym, że podróż tematyczna była całkiem zajmująca. Na wzgórzach Golan mogła Carol poświęcić większą uwagę plantacjom oliwek i ich przemysłowemu wykorzystaniu, posmakować tamtejszych oliw (o bardzo różnorodnych smakach), a nie tylko rzucać przywiezionymi przez siebie oliwkami na cztery strony świata. Zastanawia również szczerość z jaką wyznaje, iż nie chce słuchać zbyt długo o wojennych cierpieniach Greków na wyspach, bo mąż jest z pochodzenia Niemcem. Cóż, kobiety czasami podchodzą zbyt emocjonalnie do wielu tematów. Gdybym chciała czytać o polityce, sięgnęłabym po inne książki. W dalszym ciągu wzorem pisania o trudnych, nie do przezwyciężenia sprawach Bliskiego Wschodu jest dla mnie Antoni Ferdynand Ossendowski i jego reportaż z podróży pisany na przełomie lat 20/30 ubiegłego wieku.

Dla czytelnika całkiem ciekawym doświadczeniem jest świadomość zmienności pogody w miesiącach niewakacyjnych, autorka pisze o tym bardzo obrazowo. Do zalet Oliwkowego szlaku zaliczyłabym właściwe proporcje między zapisami informującymi o historii, opisami miejsc, a wizerunkami osób napotkanych na trasie - od paru słów opisujących wygląd do relacji ze spotkania, przedstawienia poznanej historii i warunków życia.

Okazuje się, iż i ta część podróżnicza ma swoją kontynuację w Oliwkowym drzewie, gdyż temat nie został wyczerpany, a przed czytelnikiem odsłaniają swoje tajemnice oliwkowe Włochy z Sycylią i Sardynią, Algieria, Maroko i Hiszpania.

Dzięki tym książkom autorka została zaproszona do zespołu ekspertów UNESCO, którzy pracują nad stworzeniem Szlaku Oliwnego Dziedzictwa w basenie Morza Śródziemnego.

______________________

 Carol Drinkwater, Oliwkowy szlak / The Olive Route, przeł. Hanna Pasierska, wyd. I, s. 536, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

1 Tamże,s. 76.

niedziela, 22 stycznia 2012

Zanim dotarłam do sklepu ze zdrową żywnością, mocno opadłam z sił, weszłam więc do Starbucka na ostatnią mocha frappucino z bitą śmietaną i czekoladowym syropem

Siorbnęłam nieco mojej mocha frappucino - kawa z czekoladą mocno mnie podkręciły (...)1

Starbucks, jedna z sieciówek kawowych, jest często obecna w literaturze popularnej. Tam bohaterowie wpadają na łyk kawy albo po to, aby przynieść zestaw kaw i przekąsek do firmy - jak w powieści Diabeł ubiera się u Prady. Jednak więcej uroku mają małe kawiarenki, w których działają jeszcze stare maszyny do kawy. Od razu przypomina się piosenka o kawiarenkach w wykonaniu niedawno zmarłej Ireny Jarockiej.

Wczoraj w telewizji obejrzałam komedię z kawą w tytule, Miłość, kawa i pies. Nie wnikając w prościutką fabułę, a skupiając się na wątku kawowym dzięki profesji jednego z bohaterów, można było usłyszeć, jak komponuje smaki kawowe, by dogodzić klientom, stałym bywalcom. Oczekuje nowej kawy o nazwie Kolumbijska partyzantka, a dla ukochanej Nadii - Gwatemalę i Sumatrę zaostrzoną Etiopią.

***

Márai jest wciąż obecny na moim czytelniczym stoliku. Zaduma nad światem, obserwacja odwiedzanych miejsc, trochę nostalgii za tym co minęło - to nieunikniony los niektórych ludzi. Dzisiaj wybrałam cytaty:

Życie nie ma żadnego "celu" - wszystko, czym nas zwodzą, to tylko sztuczny pretekst. Nie jest "celem" ani rodzina, ani praca, ani ludzkość. To wszystko tylko warunki. Życie nie ma celu, ale ma - jeden - sens: Rozkosz. Rozkosz potrafi wzrastać, gęstnieć. Starzenie się: pełne, gęste życie. Przebudzenie się: nowe narodziny. Zaśnięcie: mała śmierć. A to, co jest pomiędzy nimi, wtłoczone zostaje w świadomość jednego dnia: wszystkie sensacje każdego wieku naraz. To też "Rozkosz".2

Wiedza nie zmieni się w narzędzie diabła tylko wtedy,jeśli nie będzie służką władzy - ale to wymaga, by ludzie nasycili Wiedzę prądem Miłości.2

***

Tym razem chciałam zwrócić uwagę na nowy dodatek, który jest dołączony do poniedziałkowej "Gazety Wyborczej". W pierwszym numerze rozpoczęto cykl prezentacji wielkich władców Europy. Na czele pocztu jest olbrzym z Akwizgranu - Karol Wielki, ja jednak czekam na prezentację Karola V, który nie tylko przeszedł na emeryturę (abdykował), ale też brał udział w próbie generalnej własnego pogrzebu. Równie interesujący będzie cykl malarski, w którym prezentowane są obrazy na szerokim tle kulturowo-obyczajowo-politycznym - w numerze pierwszym jest to Napad wilków Alfreda Wierusza-Kowalskiego.

***

 2012 Sejm RP ogłosił rokiem trzech twórców:  Józefa Ignacego Kraszewskiego, Janusza Korczaka i ks. Piotra Skargi, zapominając o najwybitniejszym z wybitnych dawnych pisarzy - O Bolesławie Prusie. Czytelnicy "Książek" (nr 3) mogli przeczytać o tym pominiętym ciekawy artykuł Jana Gondowicza. Oczekuję kolejnych ciekawych publikacji książkowych o tych pisarzach i sama postaram się przeczytać niektóre pozycje po raz pierwszy lub wrócić do literatury już mi znanej.

____________

1 Dorothy Howel, Torebki i morderstwo, przeł. Barbara Tkaczow, Bellona 2012, ss. 112, 114.

2 Sándor Márai, Dzienniki (fragmenty, przeł. Teresa Worowska, Czytelnik 2009, ss. 292-293 i 233.

czwartek, 19 stycznia 2012

"Jest to esej mówiący o tym, jak rodzą się i powstają powieści, oparty na moich własnych doświadczeniach, które nie muszą być identyczne z doświadczeniami innych prozaików ani nawet ich przypominać." - zaznacza we wstępie książki powstałej z inicjatywy wydawcy Mario Vargas Llosa.

Listy do młodego pisarza są cenne nie tylko dla adresata zapisanego w tytule, wkomponowanego w wypowiedź epistolograficzną, lecz i dla każdego czytelnika, osoby, która chce być odbiorcą świadomym zamierzeń twórczych każdego epika. Dwanaście życzliwych zwrotów do Przyjaciela, przyszłego kolegi po piórze, kieruje uwagę na pojęcie powołania nierozerwalnie związanego z wyborem wynikającym nie tylko z posiadania predyspozycji do kreowania fabuły, ale i buntu, sprzeciwu, poddawania krytyce, kontestowania rzeczywistości realnej i literackiej. Llosa jak wytrawny popularyzator teorii literatury sięga po uznane pojęcia, wplatając je w tok swobodnego dyskursu z adresatem listu, któremu radzi czytać dobrą literaturę, by poznać indywidualny styl uznanych prozaików, lecz nie radzi naśladować nikogo, tylko wypracować sobie własny styl.

Mimo iż niewielka książka noblisty wykorzystuje w swoim wywodzie obszerną terminologię od pojęć fikcji, narratora, czasu i przestrzeni poczynając, to jednak materiał ilustracyjny, umiejętność budowania logicznego wykładu, język podania niełatwych treści sprawia, że czyta się ją jak zajmującą opowieść, odkrywając kolejne powiązania suchej terminologii w literaturze klasycznej i ulubionych utworach pisarza z Ameryki Południowej. Uzmysławia, że dobra literatura opiera się na logice, żmudnym nizaniu nawet najbardziej zaskakujących elementów fabuły w zajmujące, niebanalne przesłanie.

Ponieważ pojęć teoretycznych i faktograficznych przybywa, otrzymujemy cały wachlarz  połączeń między nimi, jednak tak podanych przez autora, że odczuwa się  dramaturgię wykładu. Punktem kulminacyjnym będzie dotarcie do zrozumienia sensu faktów ukrytych wykorzystywanych w niektórych wybitnych dziełach. Według Llosy literatura jest swoistą grą między pisarzem dysponującym wypracowanym warsztatem twórczym, a czytelnikiem-detektywem, który z jednej strony podda się dyktatowi twórcy, śledząc fabułę, ale z drugiej będzie drążył to, co intryguje poprzez zawoalowany przekaz. Rady dla przyszłego pisarza są równocześnie radami dla czytelnika.

______________________

Mario Vargas Llosa, Listy do młodego pisarza / Cartas a un joven Novelista, przeł. Marta Szafrańska-Brandt, wyd. I, s. 128, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

wtorek, 17 stycznia 2012

"- Widzicie, dom jest zwrócony ku południowemu zachodowi, spogląda na zatokę Cannes, na cypel Fréjus i na imponującą Golfe de la Napoule, a jeśli stanie się na palcach lub wejdzie po drabinie, opartej o tylna ścianę domu, na płaski wyżwirowany dach, wyraźnie widać dwie wyspy zanurzone w morzu niedaleko od wybrzeża Cannes, na zachód od Antibes, znane jako Îles de Lérins."1

Dawno nie czytałam już książki o zakupie domu w śródziemnomorskiej krainie, więc od razu wyjęłam z bibliotecznej półki starannie wydaną opowieść aktorki, scenarzystki i pisarki, Carol Drinkwater, o pierwszych latach w Prowansji niedaleko Mougins - miejscowości słynącej z dobrej kuchni, pięknego widoku na Lazurowe Wybrzeże i Muzeum Fotografii z ekspozycją portretów Picassa i innych artystów jego epoki. W sposobie ujęcia tematu rozwijającego perypetie zakupu, remontu, zagospodarowania terenów zielonych nie spodziewajmy się niczego odkrywczego. Jednak i tu  odnajdujemy parę pięknych historii, jak te o psach, dramatyzmu dodaje lęk przed pożarem, z obrzydzeniem patrzymy na robale, które opanowały zrujnowany dom. O dziwo, autorka nie ma smykałki do gotowania, więc nie uświadczy się tu żadnych przepisów, najwyżej krótkie konsumpcyjne relacje i zachwyty smakowe. W pierwszym tomie oliwkowych opowieści nie porusza się historii zbyt bliskiej komitywy z sąsiadami i zatrudnionymi robotnikami, raczej portretuje, przede wszystkim skupiając się na własnych odczuciach i uczuciach do najbliższych jej osób. Romantyczna decyzja zakupu, walka o utrzymanie, przezwyciężanie trudności, wzmacnia kiełkujący związek Carol i Michela, ale też uzmysławia, że mieszkanie w Prowansji to nie nieustające wakacje, lecz ciężka praca.

Książka jest niepodzielonym na kolejne dni dziennikiem troski, pracy, radości i miłości. "Appassionata" (muz. namiętnie, z pasją), bo tak się nazywa zakupiona zdewastowana willa z początku wieku XX, wzrusza swoją wyblakłą elegancją, by stać się ostoją dwojga dojrzałych zakochanych w codzienności, życiu towarzyskim i pracy twórczej, a także pozwolić podjąć decyzję hodowli oliwek. Oprócz krótkich wycieczek po najbliższej okolicy, wzruszeń podyktowanych pięknem krajobrazów, tajemnicy człowieka w żelaznej masce, jest tu całkiem sporo spraw zawodowych, troski o realizacje projektów twórczych, w tym serialu kręconego w koprodukcji z TVP i informacja o pobycie w Warszawie w czasach  transformacji ustrojowej.

Książka jest inna niż prowansalski cykl Petera Mayle'a, bo i charaktery i priorytety dwojga pisarzy są różne. Łączy ich wrażliwość na piękno, odczuwanie magii francuskiego południa, lecz i potrzeba pracy. Dawka humoru, może i mniejsza niż u kolegi po piórze, jest jednak wystarczająca.

Nie wiem, czy będę czytała po kolei wszystkie książki cyklu, ale na pewno zajrzę do tej traktującej o podróży oliwkowym szlakiem.

______________________

Carol Drinkwater, Oliwkowa farma / The Olive Farm, przeł. Ewa Rudolf, wyd. I, s. 468, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

1 Tamże, s. 75.

niedziela, 15 stycznia 2012

Gdy za oknem zawiewa śniegiem, najważniejsze staje się dobre przygotowanie do czytania. Kawa - oczywiście w dużym kubku w zasięgu ręki.

***

Oprócz literatury lżejszego kalibru w dalszym ciągu czytam Máraiego. Wszystko stracone, budapesztański dom w ruinie. A prywatna biblioteka? Co wybrać, a co pozostawić?

"Wykopuję spod gruzów dwie etażerki i ładuję na nie tyle książek, ile się tylko da upchnąć. Decyduje się tu o życiu lub śmierci: Julien Green błaga mnie, bym nie pozostawiał go na kupie śmieci. Niech mu będzie, zlitujmy się nad Greenem! A Wilder? Nie, Wilder też nie może tu zostać. A co zrobić z Montherlantem, tym zawadiaką? Zasłużył, bym pozostawił go na łaskę losu, życie było dlań ważniejsze niż pisanie.
Prawda, że tej heretyckiej zasadzie czynił zadość nie tylko w uczynkach, co raczej w pismach. W końcu i on uzyskuje miejsce w ratowniczej łódce,która już pęka w szwach i zaraz utonie,nie ma więcej miejsca. Lecz czy mam pozwolić ginąć w odmęcie staremu Gerhartowi Hauptmannowi, z jego osiemdziesięcioma latami i sześcioma tomami dzieł zebranych?... Patrzę na Hauptmanna bezradnie. I uciekam z tymi wszystkimi, których udało mi się uratować.
Furką wywożę na wieś wszystkie książki i ubrania, które zdołałem ocalić z gruzowiska.  Siedzę wśród zniszczonych tomów Goethego, na górze tobołów powiązanych z prześcieradeł przypalonych ogniem granatów."

A my, które książki byśmy uratowali?

O klasykach literatury pisze:

"Wielkie powieści zeszłowieczne: krzywe zwierciadła. Każda linijka Maupassanta - podobnie jak jego mistrza Flauberta - napisana jest po mistrzowsku. A jednak styl wielkich pisarzy angielskich czy francuskich XIX wieku jest martwy podobnie jak woskowy bandaż na zabalsamowanej mumii. Ciśnienie czasu wytrzymał tylko styl wielkich Rosjan. Książki Czechowa, Tołstoja, Dostojewskiego po dziś dzień czytam tak, jakby literaturę odkrywali przede mną żywi pisarze w magicznej aurze swej osobowości. Natomiast podczas czytania książek wielkich dziewiętnastowiecznych Anglików czy Francuzów czuję się jak we wspaniałym muzeum."

Wniosek pięćdziesięcioletniego pisarza dotyczący wszelkich działań twórczych: "Doświadczyłem, że bez wyobraźni życie ludzkie nie ma sensu; ale wyobraźnię należy przesycić logiką, dopiero wtedy staje się siłą twórczą."

Pewnie ciąg dalszy czytelniczych wyborów z Dziennika nastąpi.

***

Kolejny pisarz, który spędził życie na emigracji z przymusu, to zmarły w Toronto  3. 01. 2012 roku Josef Škvorecký. Ponad osiemset stron czytania o totalitaryzmie, emigracji podane z humorem, ironią, łzą w oku i grozą w Przypadkach inżyniera ludzkich dusz. Ech, pozazdrościć można Czechom świetnych prozaików.

List o wizycie w ZSRR tzw. pociągiem przyjaźni. Obserwacje w czasie wyjścia do miasta, by kupić szampon.
... widzę nagle leżącego na ziemi mużyka w walonkach. Podszedłem do niego spietrany, bo wyglądał na truposza. Ale jak się nad nim pochyliłem, zobaczyłem, że tylko śpi. Był przyssany do pustej butelki po wódce. Postałem nad nim, bo wygladał tak ślicznie, rosyjsko, jak niemowlę, które zasypia z piersią matki w ustach. (...) No idę dalej. Po chwili spotykam następnego mużyka; (...)... a wszędzie muzyki,mniej więcej w dwudziestometrowych odstępach każdy z pustą butelką przy sobie albo w ustach i wszyscy jak jeden mużyk śpią. (...) ... czy to  przypadkiem nie są jakieś zawody, bieg sztafetowy z wódką czy co. Albo czy przypadkiem nie zmarło się przewodniczącemu głogockiej organizacji partyjnej i czy oni nie piją z żalu? (...)
Wchodzę do tego UM-u po ten szampon i widzę wielki okrągły kontuar, a wewnątrz niego dwie towarzyszki. Stoją po pas w rublach, a tymczasem z głębi UM-u wyłania się ku nim zdyscyplinowany rząd mużyków: każdy w ręku odliczone trzy ruble, a jak podchodzi do lady, to jedna towarzyszka odbiera od niego forsę i rzuca pod siebie, druga zaś daje mu flaszeczkę, on tymczasem chwyta szpunt w zęby. I już do lady podchodzi następny, wręcza towarzyszce trzy ruble itd., a wszystko w absolutnym porządku i ciszy, bez żadnego chamstwa.
Cóż za szczęśliwy i zdyscyplinowany naród!"

____________

Sandor Márai, Dzienniki (fragmenty), przeł.Teresa Worowska, Czytelnik, Warszawa 2009, ss. 108, 151, 157.

Josef Škvorecký, Przypadki inżyniera ludzkich dusz, przeł. Andrzej S. Jagodziński, Pogranicze, Sejny 2008, ss. 470-472.

sobota, 14 stycznia 2012

"Pamięć, z czego zdaję sobie sprawę, jest zawodna; okoliczności, w których wspominamy, nierzadko nadają swoją barwę samym wspomnieniom i nie wątpię, iż dotyczy to również pewnej części tego, co próbuję tutaj przedstawić."1

Czas akcji i poszerzony czas fabuły są istotne w układaniu sobie obrazu i tematów z powieści angielskiego pisarza o japońskich korzeniach. Dni wizyty córki Niki w podlondyńskim miasteczku są okazją do rozmów o zwykłych życiowych sprawach, ale tak, by nie urazić, nie być wścibskim, również opowiadania o przeszłości - właśnie czas okupacji w powojennym Nagasaki jest drugim planem czasowym. Etsuko, kobieta w średnim wieku, Japonka mieszkająca w Wielkiej Brytanii oraz wspomnienie starszej córki, Keiko, która popełniła samobójstwo w Manchesterze, są łącznikami dwóch przestrzeni, doświadczeń i pamięci. Kazuo Ishiguro opowiada o historii, która tkwi w człowieku, a  na światło dzienne może być wydobyta w różny sposób.

Debiutancką powieść cechuje prostota formy jak w japońskiej ikebanie, w której łączy się potrzeba dyscypliny tworzenia i ukrycia czegoś głębszego do wydobycia spojrzeniem i przemyśleniem, czasami pogodzenia się z tajemnicą. Język wymaga uwagi i skupienia. Z punktu widzenia czytelnika ważne stają się interakcje między bohaterami, dialogi, pozornie oszczędny krajobraz i detale.

W przeszłości tkwią przeżycia wojenne i powojenne z końca lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych. Jesteśmy w Nagasaki, tym mieście, na które zrzucono bombę atomową, lecz pamięć sięga też i Tokio. Oto Park Pokoju z pomnikiem poświęconym ofiarom wojny, a na peryferiach blokowisko w miejscu zniszczonych starych domów. W tym nieprzyjaznym otoczeniu nad rzeką został tylko jeden stary budynek. Do niego wprowadza się kobieta z dzieckiem. To Sachiko i Mariko. Wkrótce Etsuko nawiązuje z nimi znajomość. Sachiko jest skomplikowaną osobowością, w której łączy się nerwowość, rozedrganie, pragnienie uporządkowanego życia, uczucia i wyjazdu z Japonii. Mariko jest dziwnym dzieckiem, wręcz jakby nie z tego świata jak wytwór wyobraźni mimo fizycznej obecności. Z kolei Etsuko wydaje się być oschła, skryta, w jej związku z mężem nie dostrzega się miłości i życzliwości, więcej uczuć przejawia w kontakcie z teściem. W kręgu osób otaczających narratorkę jest też mąż Jiro, teść Ogata-san, pani Fujiwara, ważny dla treści jest spotkany Shigeo Matsuda, nauczyciel w nowych czasach.

Kolejne zdarzenia, rozmowy mają ukazać parę ważnych tematów, między innymi  wojenną traumę zapisaną w pamięci i w snach, obrazach natrętnie powracających, opowiadaniach i lękach - to motyw dziecka utopionego, powieszonego, samotnego, odrzuconego, losu kociąt. Okres powojenny, okupacja jest też cezurą między dawną Japonią, totalitarną i dyscyplinującą w ramach społeczeństwa i rodziny, a przyjmowaniem nowego, zachodniego stylu życia. Ogata-san, pani Fujiwara należą do tej epoki tradycyjnych wartości, ale też i zdeklasowanych jako ludzie dawniej wiele znaczący w swoim otoczeniu. Wspomniany komunizujący nauczyciel, Jiro, który ma nadzieję awansu w swojej firmie, jego koledzy są gotowi wejść w to, co oferują im nowe czasy. Ważny w treści jest jeszcze związek Sachiko z Amerykaninem i oczekiwanie wyjazdu z Japonii oraz wspomniany rozwód Etsuko i jej wyjazd z mężem Anglikiem.

Początkowo ufamy narratorowi, chłonąc fragmentaryczność świata przedstawionego, rozumiejąc zasadność niedomówień, wkrótce zauważa się jednak pewną grę, którą prowadzi się z czytelnikiem, podsuwając dyskretne sugestie dotyczące wybiórczości pamięci, sterowanej amnezji, nowej interpretacji faktów już ukazanych. Bywa tak, iż człowiek opowiada o sobie, obdarzając swoim doświadczeniem dwie osoby: siebie i tę stworzoną, swoje lustrzane odbicie. Gdy w końcowej części powojennej historii autor zamienia zaimek "ona" na "ja", stajemy jak wryci. Kiedy Sachiko zostaje poniekąd "zdemaskowana", Mariko pozostaje w dalszym ciągu tajemnicą do końca. "Mam parę wspomnień" - mówi Etsuko do swojej drugiej córki Niki z małżeństwa japońsko-angielskiego. Czas zaciera, oświetla, wydobywa, powraca.

Impulsem współczesnym do wspomnień jest samobójstwo Keiko, córki z pierwszego małżeństwa, przeciwnej opuszczeniu kraju, skryte tajemnice jej matki, która filtruje swoje wspomnienia przekazywane drugiej córce, Brytyjce. Pejzaż w kolorze sepii to historia o stracie i poczuciu winy operująca znakami w dwóch planach czasowych fabuły. Niepewność interpretacyjna powieści pozostaje.

______________________

Kazuo Ishiguro, Pejzaż w kolorze sepii /A Pale View of Hills, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, wyd. I, s. 216, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1995.

1 Tamże, ss. 172-173.

czwartek, 12 stycznia 2012

Los Angeles, Pasadena, świat starych kalifornijskich rodzin, krzty luksusu, domu towarowego o niskim statusie i... szarej owieczki w rodzinie, bo przecież nie była czarną owcą.

Haley Randolph, córka byłej miss Kalifornii i inżyniera aeronautyki wykonującego tajne prace dla rządu, wydaje się być daleką kuzynką Bridget Jones, ale tylko daleką. Ma również w sobie coś z bohaterki filmu Legalna blondynka. Bywa, że serduszko jej mocno zapika na widok przystojnego, dobrze ubranego mężczyzny, ale istotą jej życia są markowe torebki i zakupoholizm, który wpędza ją w niemałe tarapaty.

"Prawie-niemożliwa-do-znalezienia", taka, "że-aż-oczy-rwie", Przecudowna Torebka - z czerwonej skóry!
- O mój Boże - wydyszałam - jest fantastyczna!
Oburącz chwyciłam się gabloty, by jakoś zachować równowagę.1
 Nowe dostawy i pokusa nie do przezwyciężenia to debet na koncie murowany. Natomiast przeżycia na widok niekoniecznie markowej, lecz znalezionej po miesiącach poszukiwań  idealnej torebki są znane każdej kobiecie.

Haley pracuje w księgowości zacnej firmy prawniczej Pike Warner, do której wkręciła się z poręczenia przypadkowego znajomego Kirka Keegana, nawet nie kochanka, a dodatkowo zatrudniła się w domu towarowym Holt's dla mniej wymagającej klienteli, by móc kupić sobie wymarzony notes od Louisa Vuittona ("Żołądek zawiązał mi się w supeł, a serce zaczęło galopować. O mało co nie zaczęłam lizać szyby.")  i prezenty na Boże Narodzenie dla najbliższych.

A teraz wskażmy punkt wyjścia intrygi, która przewija się w tym dosyć humorystycznym obrazie codziennego życia pracowników domu towarowego i zakupów z przyjaciółką - to zawieszenie w czynnościach w firmie prawniczej, gdyż audyt wykazał działanie na szkodę firmy i przywłaszczenie sobie znacznej kwoty pieniędzy, oraz znalezienie przez naszą bohaterkę w magazynie domu towarowego martwego pracownika, Richarda, a tym samym obecność w kręgu podejrzanych.

Narracja pierwszoosobowa idealnie oddaje charakter i priorytety życiowe głównej bohaterki. Musi minąć trochę czasu, by inaczej spojrzała na swoje życie i zapragnęła podjąć decyzję o zmianie, co  być może nastąpi w kolejnym tomie popularnej serii. Mimo naiwności, zarozumialstwa, wręcz irytującego snobizmu, braku poważniejszych zainteresowań, podobać się może niezależność poglądów, mówienie bez ogródek tego, co myśli, chęć liczenia na własne siły i niekorzystanie z pomocy rodziny.

Działania detektywistyczne Haley nie są w centrum uwagi, gdyż przede wszystkim poznajemy zasady funkcjonowania amerykańskiego domu towarowego z punktu widzenia zatrudnionej w nim osoby, która kierowana jest do różnych działów na jeden dzień. Co znaczy wyraz przedpłata - wiem, ale nie rozumiem, jakich przedpłat domagali się klienci tego centrum handlowego i odchodzili zawiedzeni, gdy okazało się, że sklep takowych nie oferuje. W oczyszczaniu się z zarzutów i dochodzeniu prawdy bohaterka korzysta z pomocy przystojnego detektywa oraz życzliwej uwagi samego szefa Holt'sa. Jednak można mieć pretensje do konstrukcji fabuły, szwankującego tempa, bo autorka nie mogła się zdecydować, jak poprowadzić wątek kryminalny, który wlecze się z początku niemożebnie. Punkt kulminacyjny z kolei ma w sobie coś z pastiszu.

Tytuł interesujący, ale na pewno jest to tylko lektura weekendowa, która pozwala odreagować stresy.

______________________

Dorothy Howel, Torebki i morderstwo / Handbags and Homicide, s. 384, Bellona, Warszawa 2012. Haley Randolph odkrywa tajemnice.

1 Tamże, s. 53.

wtorek, 10 stycznia 2012

Drugi tom z cyklu detektywistycznych dokonań średniowiecznego mnicha jest ciekawszy niż inicjująca serię Tajemnica świętych relikwii. Tym razem powieść jest mocno osadzona w epoce. Podany rok - 1138 - oraz dramatyczne oblężenie miasta sytuuje wydarzenia w czasie wojny o sukcesję tronu po Henryku I z dynastii normandzkiej między jego córką Matyldą a siostrzeńcem Stefanem.

Gdy wojska króla oblegają Shrewsbury z załogą wierną dzielnej królowej, w klasztorze toczy się normalne życie. Brat Cadfael krąży między grzędami kapusty, otacza go woń pielęgnowanych ziół. Wtedy przyprowadzony zostaje do niego nowy pomocnik, nowicjusz Godryk, który później okazuje się dziewczyną, córką jednego z dowódców obrony grodu. Ellis Peters wprowadza więcej interesujących postaci, których zamiary i postawę  trudno początkowo jednoznacznie ocenić. Szczególną uwagę należy zwrócić na Hugh Beringara. Sytuacje fabularne zmieniają się jak w kalejdoskopie. Oto miasto zostaje zdobyte, lecz dwom dowódcom udaje się uciec, a zdobywcy przystępują do wymierzania swojej sprawiedliwości, 94 obrońców wieszają na koronie donżonu. Gdy nadchodzi czas przygotowania zmarłych do pochówku, brat Cadfael policzył ich i okazało się, że trupów jest 95, a jeden z nich został zabity. Skoro jest morderstwo, to i król Stefan wyraża zgodę na odkrycie mordercy. Sprawa jest dosyć zawiła i splata się z innymi wątkami. Bohaterowie podejmują różne działania, które służą nie tylko odkryciu tożsamości zabitego i jego mordercy oraz przyczyn, ale także ochronie Godit Adeney (Godryka), przygotowania ucieczki do Francji ze skarbem. 

W powieści nie tylko wątek zdobycia zbuntowanego (a może i wiernego) miasta jest rozwijany, lecz i podkreślony status opactwa w wojnach świeckich, egzekwowanie kontrybucji, ukazany zostaje pojedynek zwany "sądem bożym". Ludzie jednak żyją w miarę normalnie, dlatego i wątek miłosny ma swoje miejsce w tej historii, także jest podkreślona obecność żebraków, ich marzenia i spostrzegawczość. Codzienny rytm życia w klasztorze także może być dla czytelnika interesujący.

Powieść niewielkich rozmiarów łącząca ze sobą wątek kryminalny z historyczno-obyczajowym czyta się z zainteresowaniem. Brat Cadfael, zdobywając kolejne wskazówki, przybliża się do wyjaśnienia zagadki, wiedząc, że zabójca jest bezwzględny i inteligentny. Książka łącząca w sobie intrygę, romans, humor i historię, skupia się na świecie, który jest znany dosyć powierzchownie z podręczników, dostarczając porcji interesujących wskazówek  jednak bez kreślenia głębi przeżyć bohaterów.

W tm czasie  - Walijczyków niezmiernie cieszył fakt, że Anglicy boją się Anglików - o ile oczywiście Matyldę i Stefana można było za Anglików uznać!

______________________

Ellis Peters, O jedno ciało za dużo / One Corpse Too Many, przeł. Tomasz Luftner i Jarosław Kaczorowski, s. 224, Phantom Press, Gdańsk 1992.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 61