| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
ADRES: nutta@gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
Spis moli
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi
sobota, 19 maja 2012

 - w 100 rocznicę zgonu

"Prus nie ma biografii, należy do najszczelniej zakonspirowanych pisarzy, bo nawet jego oczy na portretach kryją się za ciemnymi szkłami" - to słowa Boya-Żeleńskiego napisane w 25. rocznicę śmierci. Teraz nie tylko biografia wielkiego realisty jest lepiej znana, lecz i adaptacje filmowe na podstawie jego powieści przybliżają twórczość.


"Młodzian Głowacki Aleksander, obyczajami wzorowymi zalecający się,  wieku lat 18 liczący, po ukończeniu całkowitego kursu nauk w Szkole naszej [gimnazjum lubelskie], pragnąc przekonać nas, jaką korzyść z takowych odniósł, wypracował pod naszem okiem i bez obcej pomocy rozprawy w języku polskim i łacińskim na temata przez nas zadane. Gdy w ten sposób dowiódł tak umiejętnego władania obu językami, jak i dostatecznej dojrzałości umysłu, poddany został ustnemu egzaminowi, na którym okazał postępy następujące:" - tu następuje wyliczenie ocen, czyli celujących 13 ( w tym 10 z nauk ścisłych) i dostatecznych 9. Był  rok 1866.

Jego droga do literatury wiodła zawiłymi meandrami, bo zaczęła się od studiów matematyczno-fizycznych w Szkole Głównej, by zaprowadzić go do "Kuriera Świątecznego" i pierwszej humoreski "Jana w Oleju". Potem współpraca z prasą się rozwijała, a do uprawianych gatunków dziennikarskich doszły jeszcze słynne felietony.

"Humor polega "na sumiennym oglądaniu rzeczy,co najmniej z dwu stron: dobrej i złej, wielkiej i małej, ciemnej i jasnej. Dla optymisty każdy człowiek jest porządny, dla pesymisty każdy człowiek jest podejrzany; humorysta zaś, który bada ludzi wszechstronnie, w każdym człowieku widzi coś porządnego i łajdackiego."



Sylwetka pisarza chętnie była wykorzystywana przez karykaturzystów.

"P. Bolesław Prus mówił wiele, popijał jeszcze więcej"  - karykatura z "Muchy", 1877.

"Był wtedy młody, miał około trzydziestki, wesoły aż niekiedy do pustoty, naturalny i szczery. Takim pozostał do końca." - ze wspomnień Adama Brezy.

Na nowele i powieści trzeba było jeszcze poczekać. Dojrzał wreszcie, by stwierdzić: "Piękna to rzecz krytykować, ale piękniejsza robić samemu. Ja zaś chciałbym zostawić coś po sobie; a że już zaczynam orientować się w beletrystyce, więc zamiast krytyk wolę napisać kilka powieści z wielkich pytań naszej epoki."

Zachowały się nie tylko rękopisy pisarza, lecz i maszynopisy, bo nie unikał nowinek technicznych. Praca dziennikarska, znajomość ludzi to dziedzictwo, z którego potrafił korzystać.


Z legend dawnego Egiptu jest wzorem kompozycji i pracy nad gradacją napięcia. Janko Muzykant wyróżnia się znakomitą sceną wpisania pragnień, wątpliwości i przeżyć w omamy świata przyrody. Placówka, Anielka, Emancypantki, podobnie jak nowele i opowiadania, wzmagają zainteresowanie ważkimi sprawami społecznymi.

I królowie jego twórczości, Lalka i Faraon, z których wyłuskuje się wciąż nowe treści. Marek Krajewski, współczesny autor kryminałów, powiedział, że wciąż na nowo czyta Lalkę, by zobaczyć jak genialnie wpisuje się miasto w ciąg wydarzeń. Krzysztof Rutkowski, eseista, filolog, zainteresował się pobytem Wokulskiego w Paryżu. "Wokulski pojechał do Paryża po śmierć, której nie zaznał, i po życie, które go odbiegło w drodze. Wokulski jechał do Paryża z cieniem, z powidokiem, czyli ze Starskim, o czym powiedział Rzeckiemu doktor Michał Szuman, szaman, który wiedział wszystko." - to początek oryginalnego spojrzenia na wątki wielkiej powieści. "Lalka jest powieścią o Warszawie, ale wypełnia się sensem z powodu Paryża." Z kolei Faraon był zaskoczeniem, podejrzewano nawet pisarza o chęć zmierzenia się z Sienkiewiczem. Znany był przecież jego pogląd "...jeżeli mi kto za pomocą Rzepichy odwraca uwagę od cywilizacji, to jest zbrodniarzem, przestępcą przeciwko narodowi." Tymczasem tutaj dotknął innego tematu. "...jak silnie temat państwa pochłonął Prusa, świadczy to, że ów piewca głównie życia codziennego i szarego człowieka dał w Faraonie nie tylko wysokiej wartości powieść własną, ale jedyną chyba w literaturze światowej wielką powieść o mechanizmie polityki i władzy" - napisała Maria Dąbrowska.

Przedwczesna śmierć pisarza przerwała pracę nad inną wielką powieścią, ledwo zaczętymi Przemianami.

Na nagrobku Bolesława Prusa na Powązkach wyryto napis "Serce serc" w uznaniu szlachetności celów, działalności społecznej, powszechnej  sympatii, tymczasem stał się też sercem literatury polskiej.

____________

Wykorzystane cytaty z książek:

Edward Pieścikowski, Bolesław Prus, PIW, Warszawa 1977.

Krzysztof Rutkowski, Wokulski w Paryżu, Wydawnictwo Słowo/ obraz, terytoria, Gdańsk 2010.

Fotosy z filmów Lalka i Faraon

środa, 16 maja 2012

Nie należę do stałych czytelniczek Moniki Szwai. Znałam do tej pory tylko jedną jej powieść - Jestem nudziarą, czytałam   jednak na blogach pełne zachwytów recenzje innych utworów, ale nie poszukiwałam kontaktu z książkami tej popularnej i lubianej pisarki. Przeszłabym obojętnie i obok najnowszej Matki Wszystkich Lalek, spoglądając na dziwaczną okładkę, która by mi niczego nie objaśniała -  gdyż po prostu wydawnictwo nie poszło na łatwiznę, by zachęcić czytelników nostalgicznym krajobrazem wyspy albo Karkonoszy - a przecież mogłoby tak zrobić w zgodzie z treścią. Objaśnienie wyboru grafiki okładki wynika z fabuły - to połączenie dwóch historii, które się spotkają w pewnym miejscu i czasie: dziewczęcych lalek, którym można wszystko opowiedzieć, i bretońskiego korrigana, kudłatego skrzata "z lekko łajdackim wyrazem twarzy - jak to u korriganów". Właściwie sięgnęłam po nią, by poczytać, co polska pisarka napisze o Bretanii, a otrzymałam piękny bonus w postaci polskich gór. Mimo woli (Czy na pewno mimo?) autorka zrobiła znakomitą reklamę dwom regionom turystycznym. A ja nabrałam ochoty odwiedzenia dolnośląskiego Krzeszowa z barokowym opactwem.



Na atlantyckiej wyspie u wybrzeży Bretanii, Île-de-Sein, mieszka Claire Autret z rodziną o korzeniach francusko-polskich. Właściwie życie ma zaplanowane, wie, że będzie prowadziła rodzinny interes restauracyjno-turystyczny, wyjdzie za mąż za swego wieloletniego gruchanta, jak nazywa go polska babcia, będzie rozwijała swoją działalność artystyczną w jubilerstwie i dziewiarstwie. Przyszłości jednak nie można przewidzieć, bo oto zjawiają się dwaj posłańcy z Polski, bracia Egon i Erwin, którzy wypełniają misję karkonoskiego lekarza. Dziewczyna i jej rodzina muszą zmierzyć się z przeszłością i zająć niełatwe stanowisko wobec nowych faktów. Najlepiej pojechać w Karkonosze i wyjaśnić wszystko na miejscu. Villa Klara okazuje się wymarzonym, baśniowym miejscem dla Claire, a nowi znajomi są ludźmi godnymi zaufania i szacunku. Optymistyczna to wizja poskładania problemów życiowych tak, by wszyscy byli zadowoleni, a nawet naprawy tego, co się kiedyś zepsuło. Na okrasę dodaje się nieco informacji o Solidarności, działalności podziemnej, ambicji młodych działaczy. Jest jeszcze optymistyczny obraz zmian w naszych czasach (dawno nie czytałam tak dobrego obrazu Polski i Polaków w polskiej książce). Autorka gładko prześlizguje się po temacie i triumfalnie kończy zaistniałą sytuację happy endem, mimo koniecznych łez, bo one też służą szczęściu.

Jest jeszcze i drugi wątek, znacznie ciekawszy, to historia Lisy Kózki, alias  Elisabeth-Lieschen-Liesel Widmann, Ilse Bahlow, a właściwie Elżuni Szumacher, gdyż sięga perfidnej działalności Lebensbornu w czasie II wojny światowej polegającej na zabieraniu polskim rodzinom małych dzieci o cechach nordyckich i oddawaniu ich do adopcji rodzinom niemieckim. Losy drugiej bohaterki przeplatają się z wątkami współczesnymi francuskiej Polki i również zostaną doprowadzone do willi "Klara". Wojna widziana z oddali oczyma nowej Niemki, a potem sprawy powojennych win mogą wydawać się płytkie, niepogłębione, ale i na to odnajduje się wytłumaczenie - to sama  Lisa opowiada swoją historię babci Annie i po raz pierwszy ma słuchacza, któremu może wyspowiadać się ze swojego życia. To ona jest tytułową matką lalek, bo każda wyznacza kolejne etapy jej życia. Smutna i łzawa historia, a przecież wpisująca się w losy ludzi, których ścieżki życiowe zboczyły w innym kierunku wbrew ich woli. Na pewno to również znakomity temat na inną powieść psychologiczno-obyczajową poprowadzoną od wojny do lat np. siedemdziesiątych.

Powieść Moniki Szwai może się podobać, bo ostateczna wymowa jest optymistyczna, z dużą dozą humoru w jednej z opowieści. Z postaciami czytelnik się zaprzyjaźnia, stara się zrozumieć ich problemy.  Obie najważniejsze postacie łączy sprawa utraconej tożsamości, bilans zysków i strat, którego wartości tak naprawdę nie można jednoznacznie przyjąć. Każdy tę powieść będzie odbierał poprzez własne priorytety życiowe, empatię względem drugiego człowieka. Taka to słoneczna lektura czasami zasnuta czarnymi chmurami.
______________________

Monika Szwaja, Matka Wszystkich Lalek, s. 350, Wydawnictwo SOL, Warszawa 2011.

Zdjęcia z internetu: fotografia z Krzeszowa jest autorstwa Daniela Baranka, dom na Île-de-Sein ze strony internetowej wyspy, autor korrigana - nieznany.

poniedziałek, 14 maja 2012

Kolejna powieść z epoki starożytnego Rzymu dzieje się w latach 181-182, gdy na czele cesarstwa stanął rodzony syn Marka Aureliusza - Kommodus, tytułujący się Imperator  Caesar Aureluis Commodus Antoninus Augustus. Należał do najmłodszych cesarzy (młodszy był Neron). Był postawny, dobrze zbudowany, miał regularne rysy twarzy, oczy pełne blasku, włosy jasne o złocistym odcieniu, z natury faliste; policzki pokrywał pierwszy puch zarostu. Lubił taniec i śpiew, a jego skłonności godne Nerona i Kaliguli miały się dopiero ujawnić. Na dworze mocną pozycję posiadł prefekt pretorianów Perennis i on faktycznie zajmował się sprawami imperium.
 
I to jest wprowadzenie do zawiązania akcji w powieści Honor patrycjusza, pierwszego tomu trylogii z dziejów antycznego Rzymu przenoszącego czytelnika do Brytanii w okolice Wału Hadriana. Jest niespokojnie. Przywódca barbarzyńców Calgus, jednocząc siły wielu plemion, zamierza zorganizować Rzymianom krwawą łaźnię. Żołnierze rzymscy, z których wielu nie zna Rzymu, ponieważ urodziło się na podbitych prowincjach, jak Tungrowie, muszą zachować nieustanną czujność i dbać o sprawność bojową. Właśnie jesteśmy świadkami przybycia do Brytanii syna możnego rodu, który przegrał w rozgrywkach pałacowych. Marcus Valerius Aquila, dawny oficer ze straży pretorianów, jeszcze nie zna losu swoich bliskich, po prostu wypełnia prośbę ojca, który z listem wysłał go na granice imperium do dawnego przyjaciela, legata Sollemnisa, by tam służył  cesarstwu, a właściwie skrył się przed wrogami rodziny i w odpowiednim momencie domagał się rehabilitacji. Okazuje się, że musi zmienić nazwisko, bo prześladowca, syn prefekta i jednocześnie żądny awansu trybun, ma swoje cele, które nie służą ani Marcusowi, ani jego przyjaciołom, ani imperium.

Bardzo męska to powieść, w której jest mało miejsca dla kobiet. Anthony Riches przy okazji kreślenia losów młodego Rzymianina opowiada o zasadach funkcjonowania legionów, kawalerii i służb pomocniczych, tzw. auxiliaries, które przebywają dłużej w jednym miejscu, zapuszczają korzenie, chłoną lokalną tradycję i zwyczaje. Sięga do obrazów codzienności żołnierskiej służby, nawiązywania więzi, przyjaźni, szacunku, odpowiedzialności, ale i urazów, nienawiści, zdrad, korupcji. Starożytni żołnierze stają się zrozumiali dla współczesnych poprzez ukazanie zasad wprowadzania dyscypliny, komendy, prostej brutalnej mowy, aluzje seksualne, działania. Brud, brutalność wojny, odór śmierci, masakry w bezpośrednich starciach, mrożące krew w żyłach decyzje wyboru honorowej śmierci lub zwycięstwa, są ukazane bez owijania w bawełnę. Sceny batalistyczne, w tym ta nazwana Bitwą Utraconego Orła, kreślone są z rozmachem, realistycznie i obrazowo. Do tego sylwetki fikcyjnych bohaterów, żywych ludzi, takich jak Dubnus, Morban, Antenoch, centurion Marcus, który nabywa doświadczenia bojowego i zyskuje szacunek podwładnych, są tak konstruowane słownie, że pozwalają zżyć się z nimi i uczestniczyć w życiu obozowym, brać udział w bitwach, nie wiedząc, co przyniesie im starcie z nieprzyjacielem. Ciekawe są też skomplikowane relacje między wieloma postaciami pierwszo- i drugoplanowymi ukazanymi w powieści.

Trudno oceniać język autora na podstawie tłumaczenia. Nie sprawia on jednak trudności, gładko kreśli koleje losów IX centurii i jej przyjaciół oraz nieprzyjaciół, jednak niektóre terminy były zbyt współczesne (np. nazwa kelner, choć czynność oczywista i nieobca; styl wzniosły istnieje obok soczystych powiedzeń potocznych). Dołączone mapki z nazwami fortów przy Wale pozwalają zorientować się w miejscach wydarzeń. Zabrakło mi jednak słowniczka użytych wyrazów łacińskich, funkcji, do którego czytelnik mógłby stale zaglądać. Fabuła powieści ciekawa, akcja prowadzona jest nierównym tempem, co może zrazić część czytelników.

Już zapowiadana jest kontynuacja w powieściach Strzały nienawiści oraz Forteca włóczni.

______________________

Anthony Riches, Honor patrycjusza / Wounds of Honour, przeł. Urszula Ruzik-Kulińska, s.432, Bellona, Warszawa 2012.

Informacje o Kommodusie na podstawie książki Aleksandra Krawczuka, Poczet cesarzy rzymskich. Pryncypat, Iskry, Warszawa 1987.

niedziela, 13 maja 2012

Trzynastego, niech i w maju jest wiosna.

"...chwycił tygielek (...) i zabrał się za parzenie kawy. Przyglądał się, jak grubo zmielona, czekoladowa kawa rozpuszcza się wolno w wodzie, tworząc gęsty, czarny syrop."*

Kawa domowa, kawa w kawiarni - gdyż ważne jest oddziaływanie na zmysły.

"Zabrał ich do małej kawiarni w samym środku ceglanego przedmieścia. Kawiarnię prowadziła perska rodzina, na ścianach wisiały grubo tkane, wełniane dywany, a między nimi zdjęcia Teheranu i Kum z lat pięćdziesiątych. Thanassis poprowadził ich przez mroczne wnętrze za kuchnię na małe podwórko, gdzie ciasno obok siebie stały trzy poniszczone okrągłe, aluminiowe stoły. Do siedzenia służyły chwiejne ławki, z których obłaziła farba, pod nią widać było twarde, ciemne drewno. Kawiarnia znajdowała się na szczycie małego wzgórza, a za niskim płotkiem roztaczał się widok na odległe miasto. Między nimi a miastem był ocean czerwonych dachówek i strzelających wysoko koron eukaliptusów albo jesionów - małych wysepek zieleni na tym czerwonym morzu.
Kawa była wyborna - mocna i gorzka."*

***

Jak wiadomo, ukazał się kolejny, letni numer kwartalnika "Książki". Zawsze zaczynam od kartkowania, by wyłowić "swoje" artykuły. Tym razem takich nie znalazłam. To, według mnie, najsłabszy numer magazynu. Owszem, przeczytałam większość tekstów, pooglądałam obrazki z podpisami, w trakcie lektury brałam żywy udział w rozpoznawaniu koncepcji artykułu, doboru materiału, zgadzałam się, zastanawiałam się lub negowałam - po przejściu do następnego wiedziałam, że nie pozostawi trwałych śladów w postaci dążenia do kontynuacji znajomości z tematem. Może kolejny, jesienny numer będzie ciekawszy.

***

Listę nominowanych do nagród czytam z ciekawością, by sprawdzić nie tylko to, czy coś z listy czytałam, ale przekonać się, czy znam przynajmniej tytuły lub autorów. Literacka Nagroda Nike rozdała pierwsze karty. Widać, że pisanie powieści nie jest w Polsce umiejętnością, którą możemy się chwalić poza granicami. Saturna Jacka Dehnela na pewno przeczytam, bo stoi cierpliwie na półce. Jeżeli drugim kandydatem jest Drwal Witkowskiego to dowód, że komisji trudno było wybrać książkę z tej dziedzinie literatury. O nominowanych zbiorach opowiadań się nie wypowiadam, bo nie znam. Za to w pozostałych kategoriach są wybrane naprawdę interesujące utwory. Szczególnie cenię sobie nominowanych autorów biografii ze wskazaniem na Andrzeja Franaszka. O Miłoszu, opasłym tomie,  jeszcze nie pisałam na blogu, ale czytałam interesujące mnie fragmenty. Wiele dobrego pisano o Korczaku Joanny Olczak-Ronikier. Interesujący wybór reportaży, esejów również zwraca uwagę. W dziedzinie poezji pojawiły się uznane nazwiska. Jak wybrać tę jedną książkę roku?

***

"Literatura - to nie jest tylko to, co pisze pisarz, nie jest to też krąg pojęć i mentalność pisarzy; literatura sama w sobie jest światem i jest to świat tak rzeczywisty i nieuchwytny, jak układ słoneczny ze wszystkimi prawami, z atmosferą, stratosferą, z planetami - świat, którego prawdziwych miar nie znamy, jedynie podejrzewamy, że jest nieskończony. Ten, kto wchodzi do tego świata, dowiaduje się, że to, czego uczył się na Ziemi, nie jest już teraz takie ważne. Inaczej będzie oddychał, inaczej bije mu serce w atmosferze tego budzącego niepokój świata, inaczej żyje i umiera, wedle praw zagadkowego gwiazdozbioru. Uważaj, wędrowcze; ten świat nie jest całkiem bezpieczny."**

____________

*Christos Tsiolkas, Klaps, przeł. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Replika 2012., ss. 279 i 263.

**Sandor Marai, Niebo i ziemia, przeł. Feliks Netz, Czytelnik 2011, s.159.

czwartek, 10 maja 2012

Przedostatni tomik składający się z wybranych wierszy Wisławy Szymborskiej tworzy cykl żegnania się ze światem, refleksji nad życiem i symbiozą z przyrodą. Jest też dyskretnym wejściem w świat wspomnień przechowywanych w pamięci.

Słowa układają się w ciąg będący zwyczajną konstatacją sytuacji i obserwacji, wchodzi czasami w patchwork składający się z zaskoczeń pociętych i na nowo utworzonych związków wyrazowych oddających szerszą interpretacją zjawiska, spostrzeżenia, przechodzi przez zwyczajną wyliczankę, by wykorzystać język kolokwialny lub zgoła pojęć z interesujących ją w tej chwili dziedzin naukowych. Ta różnorodność warsztatu nie ma w sobie nic ze sztuczności, gdyż oddaje jasno myśl poetki, zostawiając miejsce na własny odbiór czytelnika, który nie potrzebuje komentarzy znawców języka i teorii literatury. Nad tekstami unosi się duch pogodzenia się z nieuniknionym, humoru, ironii, także przekory.

"Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi,"

Można obrastać w w dobrobyt, majątek, w piórka - na to trzeba czasu, zabiegów, tymczasem obrastanie liśćmi wydaje się być pogodzeniem ze światem. Zdumienie wywołuje fakt, iż można głaskać psa albo być głaskanym - to decyzja niepojęta, niezależna od człowieka. Poetka nie podaje, kto jest tym decydentem, nie rozważa czegoś nieodgadnionego. To przypadek - podkreśla w najbardziej wyrazistym wierszu zbioru.

"Jestem kim jestem
Niepojęty przypadek
jak każdy przypadek(...)
W garderobie natury
jest kostiumów sporo."

Kim jestem? - to pytanie, które tkwi u zarania dziejów, rozważań religijnych i filozoficznych.

Życie = woda. Przecież nie bez przyczyny najstarsze osady budowano w pobliżu wody. Jest dobrodziejstwem, ale i zagrożeniem.

"Nie starczy ust do wymówienia
przelotnych imion twoich, wodo."

Jednak  jest też wykorzystywana do przysłowiowego pisania palcem po wodzie. Nie bez przyczyny to co problematyczne,niejednoznaczne kojarzy się z wieżą Babel.

"Cokolwiek kiedykolwiek gdziekolwiek się działo,
spisane jest na wodzie babel."

Motyw drogi jako odcinka do przebycia zawsze odnosi się do metafory życia. Trzeba iść przed siebie, dokonując wyborów, gdyż trasa bywa zawiła, pełna pułapek, bez możliwości cofnięcia się i naprawy błędnych decyzji. Dla jednych to linia w przestrzeni otwartej, dla innych schody, korytarz pełen tajnych przejść, bramy, które można otworzyć.

"Droga za drogą,
ale bez odwrotu.
Dostępne tylko to,
co masz przed sobą."

Po prostu labirynt. Wyjście jest zakończeniem zadania. I znowu nie człowiek decyduje o końcu.

"Gdzieś stąd musi być wyjście,
to więcej niż pewne.
Ale nie ty go szukasz,
to ono cię szuka,"


Najbardziej wyrazisty temat chmur znamy z "Pana Tadeusza". Tam opowieść malarska miała dokumentować piękno polskiego krajobrazu wartego uwidocznienia w malarstwie. W pięknym wierszu Wisławy Szymborskiej są świadkami zdarzeń, lecz z powodu swej nietrwałej formy są pozbawione zdolności trwałej rejestracji zdarzeń ziemskich. Wręcz są obojętne. Czy można skojarzyć je z niebem w znaczeniu religijnym?

"Nie obciążone pamięcią o niczym,
unoszą się bez trudu nad faktami."

"Nie mają obowiązku razem z nami ginąć.
Nie muszą być widziane, żeby płynąć."

Jeszcze raz inny sposób zadumy nad swoim istnieniem. Kim jest człowiek dla otaczającej przyrody?

"Macie u mnie imiona:
klon, łopian, przylaszczka,
wrzos, jałowiec, jemioła, niezapominajka,
a ja u was żadnego."

Od spraw ogólnych, warunkujących istnienie każdego przechodzi się do jednostki, nawet skargi:

"Źle sprawowałam się wczoraj w kosmosie."

Są osobiste lęki, które podkreśla dziecięcy lęk przed nieodgadnioną głębokością zwykłej kałuży i tego co czyha na śmiałka, który w nią wejdzie. Zagadka pamięci, jej trwałości, obecności w życiu sprowadza się do logicznej uwagi przekazanej człowiekowi przez personifikowaną Pamięć:

"Wówczas uśmiecha się z politowaniem,
bo wie, że byłby to wyrok i na mnie."

Tymczasem obok nieodzownej pamięci "Duszę się miewa." Lubi ona lustra i stare zegary z wahadłem. Nie jest nachalna i stale obecna, wręcz staje się wybredna.

"Kiedy ciało zaczyna nas boleć i boleć,
cichcem schodzi z dyżuru."

Człowiekowi pozostaje portret bliskiej osoby kreślony z pamięci. Dopasowuje szczegóły wyglądu, rekwizyty, tło. Czasami po trudach życia spotyka siebie. Jak wypada konfrontacja  kilkunastoletniej dziewczyny i dojrzałej kobiety? Co je łączy?

"Szalik z prawdziwej wełny,
w kolorowe paski
przez naszą matkę
zrobiony dla niej szydełkiem.

Przechowuję go jeszcze."

Pamiątki są zawsze zwyczajne, bez wartości materialnej, ale za to mają nieocenioną wartość sentymentalną. Tu był szalik, dla innych ludzi może to być stare zdjęcie, ulubiona, trochę nadtłuczona filiżanka. Drobiazg, który zawsze można zabrać ze sobą, gdy pospiesznie opuszcza się dom.



"Jednostronna znajomość między mną a wami
rozwija się nie najgorzej."
______________________

Wisława Szymborska, Milczenie roślin, s. 48, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

wtorek, 08 maja 2012

"To wszystko działo się na terenie miasta Rzym w roku 691 i 692,1 za konsulatów Marka Tuliusza Cycerona i Gajusza Antoniusza Hybrydy oraz Decymusa Juniusza Sylana i Lucjusza Licyniusza Murey." - kończy pewien etap wspomnień główny bohater, Decjusz Cycyliusz Metellus. Cofa się w czasie, do ostatniego roku republiki, jak podkreśla, kiedy pełnił funkcję kwestora, najniższy z obieralnych urzędów, odpowiadając za skarbiec ulokowany w świątyni Saturna.

Sprzysiężenie Katyliny to druga powieść z cyklu książek o imperialnym Rzymie, w którym coraz rzadziej wspomina się i pamięta mroczne wydarzenia z czasów Sulli i Mariusza, by czerpać z nich przestrogę.  Narrator z perspektywy lat (na razie trudnej do określenia; Pierwszego Obywatela) sięga do czasów swojej młodości spędzonej w domu w Suburze, którym opiekuje się dwoje starych niewolników. Ponieważ ma niezwykłą smykałkę do skutecznego drążenia spraw pozornie nieistotnych i zdawałoby się jednoznacznych w ocenie, popada w tarapaty, narażając się możnym tego świata. Jednak ma też i swoich wysoko postawionych protektorów, którym także leży na sercu dobro Rzymu.

W poprzednim wpisie na temat pierwszego tomu (Śledztwo Decjusza) napisałam, iż jest on kryminałem historycznym, teraz jednak bym się zawahała, ponieważ zbrodnie oraz odkrycie nielegalnego składu broni w świątyni Saturna służą tylko powolnemu wchodzeniu Decjusza w krąg spiskowców, by przejrzeć ich zamiary i poznać prawdziwych protektorów Lucjusza Sergiusza Katyliny. Trop kryminalny będzie jednak istniał w powieści i będzie stopniowo wyjaśniany.

Wartość powieści Johna Maddoxa Robertsa tkwi w umiejętnym przybliżaniu życia Rzymian. Główny bohater i narrator jako człowiek o odpowiednich koneksjach rodzinnych i towarzyskich ma możliwość uczestniczenia we wszystkich najważniejszych wydarzeniach stolicy imperium. Muszę przyznać, iż autor dba o właściwe proporcje w fabule, by akcję zatrzymywać,  a potem nadawać jej tempa, opisać, podać ciekawostkę obyczajową.

Wpierw jest to wielki triumf Lukullusa, który wbrew jego zawistnikom staje się niesamowitym widowiskiem i przedsięwzięciem logistycznym. Aby go odprawić trzeba było zyskać zgodę senatu, a zanim to się stało, trzeba było zatrzymać się przed murami Rzymu, bo uzbrojone wojsko nie miało prawa wejścia. Lukullus, zwycięzca nad Mitrydatesem i Tigranesem, miał towarzystwo innych wodzów i legionów, którym aż takie szczęście jeszcze nie dopisało. Mógł wreszcie wkroczyć, prezentując bogate łupy wojenne, niewolników (do tej roli angażowało się chętnych, bo nikogo nie stać było na utrzymywanie ich, gdy długo czekało się na zgodę triumfu), na platformach prezentowane były malowidła ze scenami walk. Żołnierze, bez broni ostrej, ubrani w śnieżnobiałe tuniki z wieńcami na głowach szli przy dźwiękach muzyki. Sam Lucjusz Licyniusz Lukullus Pontikus w szatach koloru purpury tyryjskiej z wieńcem laurowym, twarzą i dłońmi pomalowanymi na czerwono, dzierżąc berło i gałązkę oliwną, jechał rydwanem. Za nim stał niewolnik i szeptał do ucha: "Pamiętaj, że jesteś śmiertelny". Opis przemawia do wyobraźni, więc nie mogłam oprzeć się pokusie zaprezentowania paru szczegółów. Myślę, iż takie informacje plastycznie podane mogą wzbudzić zaciekawienie czytelnika. Potem jeszcze uczta wydana przez wodza, która, jak i inne,miała przejść do historii. To początek powieści, która kryje w sobie i inne niespodzianki takie jak opowieść o uroczystości Październikowego Konia, rywalizacji dzielnic miasta o palmę pierwszeństwa. Decjusz ma okazję zmierzyć się ze swoim odwiecznym wrogiem, walcząc o zwycięstwo, honor i życie. Jest jeszcze ciekawa wyprawa do Circus Maximus, spotkania z uznanymi ludźmi: Cyceronem, Katonem, Krassusem, Katullusem, Cezarem. Wiele tu też odwołań do funkcjonowania Rzymu, lecz nie podanych w formie wykładu. Trochę uwag o społeczności, np. "...kobiety z wyższych klas bywały często lepiej wykształcone od mężczyzn. (...)Wielu panów nie życzyło sobie, by ich kobiety hołdowały tej modzie. W końcu, jeśli ktoś chciał mieć osoby wykształcone,mógł je sobie kupić. Prawdę mówiąc, wykształcona kobieta nie miała w domu zbyt wiele do roboty. Nie było już sensu siedzieć i tkać jak Penelopa. Niewolnicy zajmowali się domem, a niańki wychowywaniem dzieci. Kobietom nie wolno było praktykować zawodów prawniczych, uczestniczyć w życiu politycznym ani wstępować do legionów. Jedyną alternatywą było zostać uczoną lub zachowywać się skandalicznie; niektóre z pań robiły jedno i drugie."

Jak widać sporo smakowitych ciekawostek o życiu codziennym Rzymianina i bogatej Rzymianki odnajdujemy w tekście, jednak zadaniem powieści jest stopniowe odkrywanie zamierzeń spiskowców, którzy, niezadowoleni z braku perspektyw awansów w obecnych układach politycznych, pragnęli przejąć władzę. Historia jasno wskazuje na zakończenie spisku związanego ze słynnymi mowami wygłoszonymi przez Cycerona, urzędującego konsula:

/Quousque tandem abutere, Catilina, patientia nostra?/
Jak długo, Katylino, będziesz nadużywał naszej cierpliwości? Jak długo będziesz w swoim szaleństwie naigrywał się z nas? Do jakich granic będziesz się chełpił swoim zuchwalstwem nie znającym cugli? Czyż nie strwożyły cię nocne straże na Palatynie ani straże przemierzające miasto, ani trwoga, która ogarnęła lud, ani obecność tutaj wszystkich uczciwych ludzi, ani wybór tego obronnego miejsca na posiedzenie senatu, ani twarze i spojrzenia wszystkich obecnych? Czyż nie rozumiesz, że zamiary twoje zostały odkryte? Nie widzisz, że twój spisek znany już jest wszystkim obecnym i zdemaskowany? Kto z nas, według ciebie, nie wie, co robiłeś ostatniej, co poprzedniej nocy, gdzie byłeś, kogo zwoływałeś, jaką podjąłeś decyzje? O co za czasy! O co za obyczaje! 

Epoka Cycerona i Cezara ukazana w sposób zbeletryzowany jest warta poznania. Sposób pisania zachęca do czytania, gdy nie przeszkadza nam dosyć wątła nić akcji łatwej do przewidzenia. Popularyzacja historii - niezastąpiona.

______________________

John Maddox Roberts, Sprzysiężenie Katyliny / The Catiline Conspiracy, przeł. Ewa Wierzbicka, s. 344, Bellona, Warszawa 2012.

1 Według współczesnej chronologii historycznej to 63 r. p.n.e.

niedziela, 06 maja 2012

Nie wiem, jak w Portugalii pachną bzy i konwalie kojarzące mi się zawsze z polskim majem. Patrząc jednak na te nasze rozkwitające bujnie kwiaty, czuję potrzebę urozmaicenia dźwiękowego, wtedy jest to przeżycie oprawione muzyką.  Mam pełny obraz szczęścia w pięknej ramie.

Są płyty, do których się wraca, które kojarzą się z porą roku, wydarzeniem, miejscem, czasami odległym a miłym. Już dawno chciałam napisać o siódmej siestowej płycie, wciąż słuchanej, miłej dla ucha, będącej kojącym balsamem. Dwupłytowy album, gdyż poszerzony o tzw. Stare radio, które jest jak uśmiechnięty dziadek lub opiekuńcza babcia, wart jest uwagi, ale o dobrych nagraniach retro napiszę przy innej okazji. Tymczasem kieruję swoją uwagę ku płycie-matce, siostrze, bracie - jak kto woli.

Jak oddać słowami akordy instrumentów, głos, który staje się jednym z nich, ale też ma siłę przekazu treści (Niestety, niestety, niedostępnej dla kogoś, kto nie zna języka hiszpańskiego lub portugalskiego.). Ponieważ muzyka potrafi przekraczać granice językowe, i tu można sobie poradzić. Sugestie, proste skojarzenie z obrazem, który przywołujemy, który zostanie nam podpowiedziany są przewodnikiem. Tęsknię jednak za dołączonym do niektórych płyt tłumaczeniem tekstów.

Autor kompilacji muzycznej, Marcin Kydryński, tłumaczy się ze zbyt wąskiej ścieżki muzycznej Siesty 7, lecz uważam, że każda przecinka, nie tylko leśna, wiedzie i kusi dźwiękami, prowadzi meandrami dróg Alfamy, nadmorskimi bulwarami, brzegiem morza, przestrzeniami przy klimatycznych knajpkach francuskich, luzytańskich, po prostu drogami muzycznej tęsknoty i radości krajów latynoskich, frankofońskich.

Kompletnym zaskoczeniem był ZAZ przekomarzający się chórkiem zgromadzonego towarzystwa, dźwięki skoczne, rozedrgane, pełne zadziornosci w głosie, zachęcające do orgii tanecznej do upadłego. Głos Paulo de Carvalho wibruje z gitarą, świat fado, bossy Marii Gadu, flamenco Buiki spotka się z rytmami tanga z cudownymi dźwiękami akordeonu, fortepianu i skrzypiec wysuwających się na plan pierwszy z tradycyjnej orkiestry. Do tego niezwykłe duety okraszają ten album. Wyjątkowa uroda nastroju w piosence Pedro Moutinho & Mayry Andrade prowadzi do kolejnego, jakby od niechcenia, sprytnego i wypracowanego niechcenia, wręcz   odśpiewywania, przywołującego do towarzystwa i wspólnego lotu dźwięków Costy Neto & Sary Tavares. A co napisać o duecie Omary Portuondo & Richarda Bono? To podobno kołysanka. Głosy wznoszą się ku światłu zachodzącego dnia, a może tylko pozostałego przed zamkniętymi oczyma. Stąd tylko krok do kojących dźwięków artystów z Kamerunu, którzy potrafią dosypać ostrych przypraw do łagodności ukojenia. Co zapowiada ostatnie, krótkie nagranie Pedro Anzara? Co sugeruje jego Polichinella?

Okładka z refleksami rzucanymi przez zachodzące słońce, które w innym miejscu tańczą na wodzie, kieruje też uwagę ku miejskim kontrastom światła i cienia na ulicach, zaułkach lub w przejściach podziemnych albo ku kolorowym lampionom. Pięknie.

Tagi: muzyka
20:48, nutta , Nuty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 maja 2012

Strach ma wielkie oczy? Niekoniecznie. Zawsze jest jednak wpisany w istniejącą rzeczywistość, toteż i reakcje ludzi na zjawiska lub istoty paranormalne polegają na oswojeniu sytuacji. Tak przynajmniej jest w siedmiu opowiadaniach Karela Michala, a właściwie Pavla Buksy, nieżyjącego czeskiego pisarza.

Gdy czyta się teksty Mariusza Szczygła o losach czeskich artystów-dysydentów, zawsze natrafia się na informacje o prześladowaniach wymuszających konieczność pracy fizycznej, wykonywania wielu zawodów, toteż nasuwa się myśl, iż ta różnorodność kontaktów poszerzona o wyjątkowy zmysł obserwacji realiów i paradoksów pomagała tworzyć prozę nietuzinkową. Często, tak jak w przypadku Buksy, wpierw zaistniała sława opowieści przy piwie, potem zachęta debiutu. Posłowie Violi Fischerovej przybliża czytelnikowi twórczość tego oryginalnego pisarza literatury humorystyczno-satyrycznej, który w 1959 roku debiutował w trzecim numerze "Plamenu" niezapomnianym opowiadaniem Kłobuk brukarza Houski zamieszczonym następnie w zbiorze Straszydła na co dzień.

Czytelnik zaskakiwany jest na każdym kroku współistnieniem komunistycznej, biurokratycznej i partyjnej rzeczywistości  z komentarzami do tego odtworzonego starannie świata poprzez zaskoczenie w formie wprowadzonych postaci jakby z innego wymiaru, zachowań, wypowiedzi służących osiąganiu sytuacji groteskowych.

Zwykły szary Mikulaszek, księgowy z działu płac, z którym nikt się nie liczy, ma okazję zaistnieć i wywrzeć wrażenie na innych, kiedy otrzymuje pierścień zamieniający człowieka w niedźwiedzia. Pozorna baśniowość Silnej osobowości ma zobrazować drwinę losu po podjęciu prób zmierzenia się z prawami silnej jednostki. Niemiły bohater nie jest żadnym księciem z baśni, więc musi pogodzić się na pewien czas z miejscem, w którym się znalazł.

Administrator Pryszczak mieszka w zamku, zajmując się oprowadzaniem wycieczek. Z wypowiedzi żony wynika, że nie należy do szczęściarzy życiowych, ponieważ administracyjnym nakazem nieraz był zmuszony do przeprowadzek. Co się zmieni, gdy spotka się oko w oko z duchem Białej Damy wrażliwej na zasady savoir-vivre? To zdarzenie wymaga poinformowania zwierzchników Departamencie Ochrony Zabytków Kultury oraz przyjęcia komisji składającej się z historyka sztuki i psychiatry. W świecie empirycznym nie ma miejsca na aktywność duchową.

Trzecie opowiadanie zaskakuje mówiącym trupem kota, którego podrzucono przez otwarte okno dziennikarzowi biedzącemu się nad nadaniem formy swemu artykułowi. Bohater Martwego kota, który nie wykazuje objawów rozkładu, ma irytujący zwyczaj mówienia w drugiej osobie liczby pojedynczej. Odpowiada na zadawane pytania, a nawet wydobywa nonsensy działań, poglądów oficjalnie nie poddawanych krytyce. Taki kot mówiący bez ogródek to co powinien powiedzieć każdy wolny obywatel, jest zagrożeniem dla tymczasowego właściciela. Logika analiz nie jest wygodna.

Zdarzenie nadzwyczajne można spotkać również w jednostce wojskowej. Duch w latrynie, którą można się poszczycić przed kontrolującymi przełożonymi? Komu to potrzebne?

Kłobuk brukarza Houski jest perłą wśród zamieszczonych tekstów. To satyra na socjalistyczny system pracy i zakładane normy produkcyjne. Wykluty z jaja kurczak zmusza leniwego brukarza do niespotykanego u niego ani u innych robotników wysiłku, by pomnożyć jego pensję. Ta pracowitość wielu osobom i tzw. czynnikom nie jest na rękę.

Ballada o Poddaszniku ma pewien charakter opowieści detektywistycznej z morałem. Obowiązek, naiwność, zemsta - to słowa-klucze fabuły.

Cykl zamyka Kokesz spotkany w miejskich kanałach, który chce się jeszcze wykazać zbrodniczymi talentami. Tu znowu Karel Michal wkracza w smutny świat dziennikarski.

Zetknięcie się z postaciami nie z tego świata nie wywołuje u bohaterów szoku, histerii, najwyżej zaskoczenie, zdziwienie oraz chęć ogarnięcia sytuacji, racjonalnego wytłumaczenia. Czasami jest niewygodnym wyrzutem sumienia, wydobyciem moralnej nędzy, obłudy, strachu przed ludźmi, zwierzchnikami.

Zapisałam tylko ogólne informacje o tematyce kolejnych opowiadań, których siła tkwi w języku, obnażaniu ludzkich zachowań, lęków, czasami parodiowaniu planów, konformistycznych postaw, ludzkiej głupoty kryjącej się pod płaszczykiem mądrości. Karel Michal to mistrz gawędy, dialogu oraz wplatania zdań oceniających, obrazujących sytuację, czasami o charakterze aforyzmów, operujących humorem słownym. 

Wydana książka opatrzona jest znakomitymi ilustracjami Tomáša Přidala, które nie tylko nawiązują do tekstu, ale są reakcjami czytelnika przyglądającemu się słowom poprzez kreską i kolor.

Znakomita lektura.

Przykłady stylu Karela Michala:

Ogarnęła go fala żalu z powodu okrucieństwa losu. Załamany usiadł na sedesie, złożył łeb w łapach i zbierał w sobie siłę moralną.

Osunęła się na tapczan i siadła na otwartej książce, jak kupka nieszczęścia, ale jednak dość pokaźnego nieszczęścia.

- Święty Tadeuszku, ratuj przed zjawą piekielną - mamrotał proszalnie, a zaraz potem dorzucił coś, co lepiej przemilczeć, ponieważ dotarło do niego, że posąg nie jest świętym Tadeuszem, lecz zasłużonym burmistrzem Pragi, doktorem praw Janem Podlipnym.

______________________

Karel Michal, Straszydła na co dzień / Bubáci pro všedni den, przeł. Dorota Dobrew, s. 164, Wydawnictwo ATUT, Wrocław 2008.

niedziela, 29 kwietnia 2012

"Jego małżonka (...) przezornie podała mu do śniadania czarną kawę. Dla niej sytuacja była jasna. Albowiem kolejne cenne doświadczenie, przekazywane w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie, uczyło, że podanie mężczyźnie w pewnych okolicznościach kawy z mlekiem może oznaczać domową katastrofę."1

***

Koniec kwietnia, świąteczne majowe dni, to okazja do spacerów nie zawsze utartymi szlakami. Najważniejszy jest cel, na przykład najwyższe wzniesienie na dosyć płaskim terenie - 261 m.n.p.m. W drogę. Ścieżkami, drogą i miedzą wśród pól.

Zmierzałam do ruiny, którą budowla była od zawsze. Zaplanowana w pierwszej połowie XIX wieku kaplica w stylu neogotyckim poświęcona świętemu Florianowi nigdy nie została ukończona, gdyż fundatorka, hrabina Eufenia Renard, prawdopodobnie zmarła. Wokół tego miejsca narosło trochę legend, nawet jedna oparta jest na motywie śpiących rycerzy św. Jadwigi śląskiej. Wzgórze, podobno kamieniołom wapnia, rozlokowane wśród pól jest zaciszne, a zielone chaszcze otulają niszczejącą budowlę. Jest to raj dla ptaków i owadów i..., jak widać, na jednym zdjęciu, miejsce spotkań podejrzanych osobników, którzy przynieśli jakąś starą kanapę, palą ogniska, zaśmiecają teren butelkami oraz napisami (podobno zostali już przepłoszeni przez policję). Na pocztówce z lat 1925/27 widać, że mury były bardziej okazałe, ale natura przyczyniła się do ich likwidacji. Taki będzie kiedyś koniec i tej zachowanej wieży.

Jeszcze widok ze wzniesienia na wieś i dalsze okolice. Miłych weekendowych i majowych spacerów, wypraw, a przede wszystkim odpoczynku.


_____________

1 Karel Michal, Jak Pryszczaka spotkało szczęście [w:] Straszydła na co dzień, przeł. Dorota Dobrew, Wydawnictwo ATUT 2008, s. 31

piątek, 27 kwietnia 2012

W ostatnich miesiącach o historii w szkole się pisało, dyskutowało, a nawet pojawiły się historyczne dodatki do gazet lub nowe miesięczniki. Mimo że historia dotyczy spraw minionych, to jednak okazuje się ważna nie tylko z powodów poznawczych, erudycyjnych, wręcz patriotycznych, ale też jako bodziec skłaniający do spojrzenia na teraźniejszość, kształtowania świadomości zmienności świata. Miłośników historii, znawców wybranych epok nie trzeba przekonywać do pożytków płynących z poznawania i badania przeszłości, jednak młodych ludzi trzeba zachęcać do odkrywania śladów przeszłości. Młodzieżowe powieści historyczne, starannie wydawane książki popularnonaukowe mogą pełnić misję skłaniającą do rozwijania zainteresowań historycznych. Wymagają przystępnego języka, unikania archaizmów, słowniczka wyjaśniającego słownictwo specjalistyczne.

Wydawnictwo Replika zaczęło wydawać cykl powieści historycznych dla starszych dzieci ze szkoły podstawowej, a na rynku ukazał się pierwszy tom, Bitwa o gród Sedziwoja, napisany przez Tomasza Kruczka, miłośnika średniowiecza i członka grup rekonstrukcyjnych.

Autor sięgnął do początków państwowości, Polski sprzed zjazdu gnieźnieńskiego. Wprawdzie głównym motorem działań okazuje się zapewnienie bezpieczeństwa cesarskiego posła do księcia Bolesława, to jednak ważniejsze dla fabuły staje się ukazanie funkcjonowania grodu Bnin, życia mieszkańców w czasie pokoju i niebezpieczeństwa. Wpierw jednak prowadzi wątki paroma torami, by połączyć je we wzmiankowanym grodzie.

Z niewoli germańskiej ucieka Hans, czyli Janek, Leszek uczy się umiejętności potrzebnych przyszłemu wojowi, siostrzyczka irytuje się, że jest tylko dziewczyną choć lepiej strzela z łuku niż brat, Wikingowie mają pełnić ważną rolę ochronną traktów przed rozbójnikami, a wśród nich jest rudowłosa córka jarla, Dis. Tomasz Kruczek połączył tematykę obyczajową średniowiecza z opłotkami wielkiej polityki i możliwością przeżycia przygody przez dziecięcych bohaterów. Czy mu się udało? Powinien ocenić to młody czytelnik. Na pewno fabuła nie przypomina Znaku orła i Gniewka, syna rybaka, lecz, tak jak wspomniane, opiera się na wskazywaniu wartości. Zaspokaja też potrzebę poznawczą życia codziennego w początkach państwa piastowskiego, jednak przygoda do punktu kulminacyjnego prowadzi różnym tempem. Zdarzenia są wyraziste i nie utrudnią kojarzenia ich i łączenia w jedną logiczną całość.

Język współczesny z niezbędną terminologią wprowadza w świat intryg historycznych. Na pewno to była dobra decyzja, gdyż nadmierna archaizacja wypowiedzi utrudniałaby odbiór powieści.

Bitwa o gród Sędziwoja ma formę opowieści w innej opowieści, która klamrowo spina tekst. Piszący kronikę mnich Tomasz opowiada tę historię swoim siostrzeńcom-uciekinierom, którzy zapragnęli przeżyć przygodę w nieznanym im świecie. Forma gawędy zachęca do wsłuchania się w dźwięki puszczy, poznania miodu z leśnych barci, usłyszenia szczęku broni.

Zastrzeżenia mam do formy graficznej książki. Na okładce niepotrzebnie dominuje dziewczyna, gdyżby przykuć uwagę chłopców, powinna mieć na pierwszym planie chłopięcych bohaterów. Czarno-białe rysunki są ciekawe, lecz bardziej przyciągałyby uwagę podkolorowane, ponieważ dzieci do takiej formy książek są przyzwyczajone już w szkole. Zapis ten jest wynikiem konsultacji z młodym odbiorcą. Czy jednak nastoletniego czytelnika odstraszy strona graficzna, gdy czeka go spotkanie z polskim średniowieczem, broniącym się grodem, przyjaźnią?

Przygotowywane są kolejne tomy Kroniki Łowców Przygód: Zgliszcza, Ostatnia bitwa Wikingów, Miecz wśród piasków, Mgły nad Głogowem.

______________________

Tomasz Kruczek, Bitwa o gród Sędziwoja, wyd. I, s. 268, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2012. Kroniki Łowców Przygód.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67