| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi
środa, 11 czerwca 2014

Udało mi się znaleźć na półce jeszcze jedną książkę Gustawa Morcinka z czasów stalinowskich. Urodzaj ludzi był wydawany w 1951, 1952 roku (z informacji aukcyjnych), a ja przeczytałam wydanie z 1953 roku. Po lekturze Pokładu Joanny dostrzega się, iż pisarz eksploatował literacko niektóre wątki, sytuacje w paru utworach. W przypadku Urodzaju ludzi jest to pierwszy rozdział dotyczący ucieczki przed gestapowcami z kopalni inżyniera Kundery i rosyjskiego jeńca Maszki z wykorzystaniem szybu wentylacyjnego. Zakończenie zaś to powrót do kopalni na pokład Joanny, by ratować go przed zniszczeniem.

Morcinek, który całą wojnę spędził w obozach koncentracyjnych, wykorzystał swój talent, by pisać na tematy, które mógł znać tylko z  cudzych opowiadań, prasy. Rozbudowane wątki działalności AL w okolicach Bielska, Skoczowa, Goczałkowic są ukłonem w stronę poprawności politycznej i historycznej zarazem. Konspiracja, gazetki, sabotaż, akcje przeciwko hitlerowcom, volksdeutschom, potyczki, zdrada, ale i bohaterstwo towarzyszy oddane jest bardzo obrazowo i dynamicznie. Skromna grupka działająca w wielu miejscach staje się gigantem w podejmowanych działaniach, mimo że  śmierć członków grup dywersyjnych nie omija.

Obowiązkowym punktem powieści, której akcja dzieje się w czasie II wojny światowej na Górnym Śląsku i w Beskidach, jest wiara w zbliżającą się Armię Czerwoną, tudzież Pierwszą Polską Armią. Wcześniej prócz towarzyszy (wszak są członkami partii - rozwiązanej, utworzonej, licho wie jakiej obecnie) jest wspomniana pogadanka o założeniach komunizmu. "Wiedział bowiem, że poszli do lasu, powodowani nienawiścią do okupanta, nie wszyscy jednak zdawali sobie dokładnie sprawę, jaki ostateczny cel ich walki."1 A przecież powinni wiedzieć, że "Nastanie świat lepszy, piękniejszy, sprawiedliwszy!"1 Tymczasem AL walczy. "Wojska radzieckie walą, że aż strzepce z hitlerowskiego tyłka lecą, a my pomagamy, ile możemy... No nie jest tak?... - i dumny jak paw powiódł wzrokiem po zasłuchanych kolegach."2 Wcześniej wyjaśnia się radzieckiemu jeńcowi Maszce, dlaczego partyzantów tak mało. "(...) Śląsk od sześciuset lat był sierotą...(...) Był pod panowaniem czeskim, potem rakuskim, a w końcu rakuskim i niemieckim. Szlachta śląska zniemczyła się. Stała się "Volksdeutscherami", mieszczaństwo także się zniemczyło, panowie zaś sprowadzili tu kolonistów z Niemiec i ludność się pomieszała. Poza tym władze austriackie, potem sanacyjne polskie celowo dążyły do tego, aby Ślązaka uchować w roli biernego pionka, typowego "szarego człowieka", który ma się tylko tym interesować, jak zarobić na nędzną strawę dla siebie i rodziny. (...) A u was wraz z władzą radziecką rosło młode pokolenie, nie znające już nędzy ani wyzysku. A u nas to piękne życie, o które walczymy, dla wielu jest tylko marzeniem. (...) U was w każdej chacie, na każdej drodze spotka partyzant brata, a tu każdy alowiec musi się liczyć z tym, że spoza firanki w oknie przydrożnego domu ślepi za nim szpiegujące oko, obmacuje go, że jakieś robaczywe serce dygoce ze wzruszenia, a nogi rwą się z niecierpliwości, by w te pędy pognać do najbliższego posterunku i zdyszanym głosem wykrztusić, że tamten człowiek idący miedzą to chyba "der polnische Partisant" albo "der verfluchte Komunist".3

Najlepiej jednak wychodzi autorowi nie schlebianie nowej historii, ale rozmowy niektórych bohaterów w dialekcie śląskim, dowcip będący trafnym podsumowaniem myśli, oceną wydarzenia, osoby. Oprócz tego perełką jest rozdział Zemsta Jonasza, którego punktem wyjścia jest opowieść o fontannie w Skoczowie. To zupełny przypadek, iż zwykły mitologiczny tryton został uznany za biblijnego Jonasza. "... że siedział na rybie, orzekli, iż to bez ochyby święty Jonasz biblijny, którego wieloryb połknął i następnie wypluł. Wprawdzie ów wieloryb, na którym posadził go domorosły rzeźbiarz, był trochę podobny do sporego karpia, lecz to nie szkodziło. Starzy mieszczanie mawiali, że to jest młody wielorybek, bo ten stary zdechł po tamtej Jonaszowej przygodzie.

Święty Jonasz siedział więc okrakiem na rybie i trzymał oburącz muszlę na głowie. Z pyska ryby i z muszli ciekły dwie stróżki wody. Naokoło zaś słupa z Jonaszem rozłożył się szeroki basen kamienny, zwykła cysterna, którą ludzie przezwali zrozumialej "czyszczarnią".4 Na rynku stał do czasu, aż kobiety spostrzegły, że ów mężczyzna jest nagi. "...stodiabelna przechera, której widok budzi zgorszenie wśród maluczkich, płodzi nieskromne myśli i kusi do grzechu. Skrzyknęły się więc pewnego dnia i sporą kupą pobiegły w dyrdy do wielebnego pana, skoczowskiego księdza proboszcza, domagając się wielkim głosem usunięcia tamtej grzesznej pokraki z "czyszczalni".

- To ancykryst, a nie święty Jonasz! - wrzeszczały przed plebanią.

- To jakaś bezwstydna stwora! Golusieńka jak austriacki oficer! Żeby przynajmniej koszulę miało to na sobie! - wołały inne. (...)

- Wygnać tamtego operiasza z miasta!"4

I rzeczywiście wyekspediowano rzeźbę na Wałową. I tu zaczyna się inną historia związana z postawą Herr Romanka i akcji, którą grupa Al skierowała na jego zdobyczne dobra, by zyskać, a go ośmieszyć.

Powieść najsłabsza z przeczytanych do tej pory dzieł Gustawa Morcinka. A szumny tytuł jest uzupełniony i objaśniony słowami: "Urodzaj człowieka nowego, wolnego, sprawiedliwego. Ty [do Maszki, człowieka radzieckiego] jesteś szczęśliwy, bo przyszedłeś do nas z ziemi, gdzie już nie ma odłogów, gdzie już trwa ów urodzaj. Ty go pogłębiasz - ja muszę go rozpocząć."5 I pojawia się pytanie: Kiedy inżynier Kundera się rozczaruje? W 1953, 1956 roku? A może jeszcze parę innych wydarzeń mu będzie potrzeba, by przejrzał na oczy...

Innym tematem są liczne wznowienia powieści w przeciągu paru lat od pierwszego wydania. Jak odbierano wtedy treść? Czy ludzie aż tak przesiąkli propagandą, że tracili zdrowy rozsądek? A może to niewiedza szczegółów, faktów z innych nieznanych czytelnikom rejonów sprzyjała traktowaniu powieści nie tylko jako przeciętnie ujętej fabuły, ale źródło wiedzy historycznej z całkiem niedawnej historii, która działa się na oczach wielu czytelników.

______________________

Gustaw Morcinek, Urodzaj ludzi, wyd. II, s. 224, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1953.

1 Tamże, s. 143, 144.

2 Tamże, s. 145.

3 Tamże, s. 55-56.

4 Tamże, s. 80-81.

5 Tamże, s. 221.

czwartek, 05 czerwca 2014

"Weszli przeto do "portierni". W okopconej izdebce brzęczała para w kaloryferze i syciła wnętrze suchym powietrzem. Ściany były obwieszone przeróżnymi afiszami, hasłami, obrazkami wyciętymi z różnych pism ilustrowanych, ostrzeżeniami i sloganami. Nad oknem wisiał portret Marksa bez ram, przymocowany krzywo pluskiewkami, a nad nim znajdowała się wywieszka z ostrzeżeniem, że przechodzenie pod przewodami wysokiego napięcia "grozi życiu".1 Nowy dyrektor kopalni, która ma być zamknięta, gdyż oceniono, że węgiel się wyczerpuje, to dyrektor z awansu (praca w kopalni, dwa lata przedwojennego gimnazjum, eksternistyczna matura, kursy w powojennym technikum, przodownik pracy wyrabiający 297% normy, więcej niż Pstrowski), Robert Zaręba, który jak na dwudziestodziewięcioletniego mężczyznę przystało, jest osobą ambitną, gdyż dobro zakładu i pracowników jest dla niego najważniejsze, ale też ciekawy historii "Herminy" z marzeniem odkrycia, że nie wszystek węgiel jest wybrany. Właśnie swoje niezapowiedziane urzędowanie zaczął od zatrzymania przez portiera Sztuchlika, który nie wierzy, że młody człowiek, który nie podjechał paradnie urzędowym samochodem jest oczekiwanym dyrektorem.

Opis portierni jest znakiem nowych czasów, jednak zestawienie portretu z hasłem wiszącym nad nim wydaje się być dwuznaczne. Powieść wydana w 1956 (druk ukończono w lutym), lecz oddana do składania we wrześniu 1955 roku była pisana znacznie wcześniej. 1953, 1954 rok? "Wskrzeszenie Herminy" nie należało do pozycji wznawianych, tych, które mogły się ukazać w wyborze dorobku pisarza. Oczekiwałam określenia się prozaika (wzorem innych kolegów po piórze) za realizmem socjalistycznym, powielania szablonów według których utwory były pisane.

Pisanie o pracy w kopalni Morcinek od czasów przedwojennych miał opanowane do perfekcji, również posługiwanie się gwarą, charakterystyczny dla tej grupy zawodowej humor słowny, który urozmaica kreślone sytuacje, także dawkowanie historii górnictwa oraz legend. W nowej sytuacji politycznej muszą pojawić się nie tylko panowie, ale towarzysze, obywatele, koledzy we wzajemnych  zwrotach. Jest też obecny sekretarz POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej), lecz wcale nie wygłasza mów propagandowych, raczej jest po to, by wspierać głównego bohatera w jego determinacji odnalezienia pełnego dobrego węgla pokładu "Sigismund". Kolejne szczeble organizacji górnictwa i wzajemnej podległości również są sygnalizowane. Wpierw miałam nadzieję, że pojawi się antypaństwowa pijawka, szpieg, który do końca będzie szkodził prawym bohaterom. Owszem, już na początku pojawia się skrupulatny i oślizły w nadskakiwaniu zwierzchnikowi kancelista Polikarp Burysz (poprzednio Burisch, który otrzymał tylko Volklistę Nr 3, mimo że pragnął 2), który jednak szybko znika z kart powieści, gdy wychodzi na jaw drobny szwindel z ukrytą mapą z archiwum i sam wymierza sobie sprawiedliwość. Właściwie Morcinek wprowadził tę postać w innym celu. Chciał pokazać, jak to niektórzy autochtoni  oczekują powrotu niemieckich porządków, spotykając się potajemnie u Zemanki. Oczywiście Burysz słucha radiostacji z Monachium, dowiaduje się o "Bund der Schlesier" i czeka na Gauleitera Lukaschka, stosując najlepszą postawę dekowników, dostosowując się się do nowych porządków "bolszewickiej Polski" (jak sam mówi).

"... zaczął wszystkich pozdrawiać: "Cześć pracy!" Poprzednio bowiem z "Heil Hitler!" przeszedł na "Szczęść Boże", lecz uważał, że będzie korzystniej w chwili obecnej mówić "Cześć pracy!.

- Trzeba zawsze trzymać do kupy z silniejszymi(...) Jużech przeżył nasze "Glück auf!", potem "Szczęść Boże, potem jeszcze "Heil Hitler!", to przeżyja i "Cześć pracy!(...) Potem bydzie po staremu "Glück auf!"2

Gdy zabrakło Burysza, pojawia się kolejny przeciwnik bohatera, inżynier Izydorek, działający jednak w dobrej wierze, że zapobiegnie katastrofalnej wyprawie w celu poszukiwania pokładu zgodnie z oznaczeniami na starej mapie i opowieściami starych górników.

Jednaj jeszcze inny wątek wykorzystywany i w innych utworach Morcinka współistnieje w powieści - to wspomnienia z Oświęcimia-Brzezinki i Dachau, problem rozliczenia win. Zaręba, uciekinier z Oświęcimia, wspomina kapo, który zabijał fenolem chorych więźniów. Nazywano go Blümke. On zupełnie niespodziewanie pomógł Zarębie, gdy uciekł i schronił się na stryszku esesmańskiej kantyny, oraz zostawił mu dwie kromki chleba. Prześladuje go myśl, czy maszynista Sławiczek to ów Blümke. Stopniowo odsłania się dramatyczna prawda o tym człowieku, który opiekował się nieuleczalnie chorą na gruźlicę Stazyjką, sierotą zabraną po drodze, gdy wracał z Dachau wbrew rozsądkowi i radom tego, który znał jego historię. Pojawia się tu problem winy, odkupienia wyrządzonego zła, osądzenia. Morcinek, sam więzień Dachau, nie wyzbył się wojennej traumy i wciąż ją przywoływał w utworach, obdarzając swoją wiedzą i spostrzeżeniami niektórych bohaterów.

W tle tej powieści pojawiają się sylwetki kobiet. Są trzy dziunie (Zofka, rybiooka Iza, narzeczona i jednocześnie studentka medycyny - wiarołomna Basia), opisane złośliwie, gdyż swoją przeszłość widzą u boku znaczącego mężczyzny, którego należy zdobyć kobiecymi sztuczkami, oraz szlachetna sekretarka Helena (polonistyka i nauka w konserwatorium), której przeszłość znamy fragmentarycznie. Matka dyrektora to sympatyczna troszcząca się o swego synka prosta kobieta, w epizodzie występuje pomiatana przez Burysza nieuczona żona Klotylda, zawsze zapatrzona w męża, zupełnie inna jest energiczna małżonka górnika Kuchejdy. Morcinek był dobrym obserwatorem kobiet żyjących w okolicach kopalń. Jednak nakreślony świat jest męski, bo taka jest praca w kopalni.

Ukłonem w kierunku nowej rzeczywistości jest wspomnienie o działalności konspiracyjnej AL w rejonie Beskidów i Śląska, co jest niepotwierdzone faktami.  Część postaci z książki ma taką dobrze widzianą przeszłość.

Powieść potwierdza umiejętność korzystania z zasobu wiedzy życiowej i obserwacji, migawkowo dostrzeżemy chęć omijania angażowania się w politykę, mimo wyodrębnienia realiów czasów, ale cierpi na tym kompozycja, spójność i niedopracowanie sylwetek niektórych postaci. Ponieważ nie wszyscy akceptują nowe porządki, pojawiają się i anonimy przytoczone w całości:

"Ty chamczuchu moskiewski, ty stalinowy pachołku. Dobże ci bydź dyrektorem i chodzić w futrze i rozbijać się samochodem a robotnika to gnasz do roboty i włazisz komunistom do d... ale poczekaj tylko, gdy nasi przyjdom jusz sobie możesz dzisiaj wyszukać latarnię na rynku w Katowicach a my cię na tej latarni wtedy powiesimy ty dziadzie pieruński!"3 Zamieszczenie tekstu anonimu w całości mogło zastanowić i rozśmieszyć przeciwników ustroju, mimo że słowa oczerniają pozytywnego bohatera. Winowajca nie zostanie odnaleziony (a powinien zgodnie z założeniem powieści socrealistycznej).

Zakończenie jest optymistyczne, bo "Hermina" będzie dalej pracowała, dyrektor dostrzegł wartościową kobietę, a Sławiczek nie otrzyma wysokiej kary. Bez rewelacji, choć niektóre sytuacje są całkiem zajmujące.

______________________

Gustaw Morcinek, Wskrzeszenie Herminy, s. 272, Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1956.

1 Tamże, s.12.

2 Tamże, s. 64-65.

3 Tamże, s. 158.

niedziela, 01 czerwca 2014

"Weszła do Starbucksa, zamówiła Venti Caffè Moccha z pełnotłustym mlekiem i bitą śmietaną. W sumie 450 kalorii, 13 gramów złego tłuszczu, ósme miejsce w rankingu niezdrowej żywności 2009 opublikowanego przez bardzo poważne Center for Science in the Public Interest. Zrujnuję sobie zdrowie, po co mam oszczędzać? pomyślała na widok kawy z zabójczym mlekiem."1

***

Zygmunt Kubiak o językach klasycznych, i nie tylko.

"Język dla mnie jest tak tajemniczy jak przyroda, ludzka rzeczywistość czy technika. Czuję, że jestem otoczony tajemnicami. Tajemnicą jest to, że potrafimy dominować nad tak ogromną strukturą, jaką jest język. My w tym rośniemy  od dzieciństwa i dlatego to nas nie dziwi. Gdy byłem w Iowa na International Writing Program, w którym uczestniczyło paru Chińczyków, zapytałem ich, jak można opanować tyle znaków. Odpowiedzieli: "Tak samo byś opanował, gdybyś od dzieciństwa w tym wzrósł". Spostrzeżenie to dotyczy całego języka. To jest tajemnicą, że znamy tysiące słów w kilku językach, że one w nas żyją. Język jest dla mnie taką samą tajemnicą jak człowiek."2

Czymże byłby świat bez możliwości porozumienia się lub zwodniczej manipulacji? Jesteśmy ze słowem, giniemy bez słów, irytujemy się słowami, szukamy piękna słów.

***

Czytając czerwcowy numerze "W Sieci Historii", możemy w sposób skrótowy i przystępny poznać historię Węgier i związków między naszymi państwami. Dla czytelników literatury węgierskiej lektura obowiązkowa.

____________

1 Katherine Pancol, Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałek, Wydawnictwo Sonia Draga 2012, s. 695-696.

2 Ziemowit Skibiński, Zwierciadło Śródziemnomorza. Rozmowy z Zygmuntem Kubiakiem, Tygiel Kultury 2002, s.24-25.

sobota, 31 maja 2014

Coś z literatury lekkiej, łatwej, ale i momentami przyjemnej, bo przecież, jak piszą krytycy badający zjawisko popularności niektórych gatunków literatury popularnej, tam najszybciej możemy odnaleźć to, co jest istotą dnia dzisiejszego widzianego z perspektywy Zachodu, wcale nie tak odległego, mimo że standard życia jest wciąż różny od naszego. Francuzka Katherine Pancol dobrze przekłada modną publicystykę na dzień codzienny swoich bohaterów, ich pracę i marzenia o awansie, sukcesie. Jest tu widoczny również głód miłości jak również nieumiejętność wyrażenia uczuć, działanie na przekór, wycofanie się, by wciąż na nowo rozpatrywać przeszkody prawdziwe lub wydumane. Są i intrygi, które ku uciesze czytelników muszą zostać zduszone w zarodku dzięki paranormalnym zdolnościom Juniora. Gdzie w Paryżu najlepiej się spiskuje i knuje? W kościele. Całość fabuły zostaje podana małymi porcjami w trosce o różnorodność przystawek i dania głównego tudzież deseru.

W powieści spotykamy starych znajomych z poprzednich "zwierzęcych" części (Żółte oczy krokodyla oraz Wolny walc żółwi), jednak na plan pierwszy wysuwa się ambitna Hortense i jej marzenie o karierze projektantki, które realizuje wzorcowo, posługując się zdobywaną wiedzą, zmysłem obserwacji, talentem, wrodzonym gustem i pewną dozą tupetu. Matka, Josephine, po debiucie przymierza się do napisania kolejnej powieści. Autorka dobrze przedstawia niemoc twórczą, przypadkowe zdobycie materiału, który staje się pomysłem, rozszerzanie własnej wiedzy, przekształcanie i uzupełnianie treści ze świata realnego na potrzeby świata wykreowanego i wreszcie etap pisania. Sylwetki kobiet są lepiej wyeksponowane niż męskie, mimo że i w pierwszym przypadku zdarzają się uproszczenie. Język obrazowy z elementami dowcipu i ironii dobrze oddaje prezentowane tematy, toteż i kartki jakby same przekładały się, zmierzając do końca powieści.

Jeżeli chodzi o miejsca zdarzeń, mamy trójkąt Paryż - Londyn - Nowy Jork (mimo że są i inne, np. Szkocja). Moda, kultura, styl życia, nauka z myślą o przyszłej pracy, karierze - to właśnie tam bije ich serce. W niedawno czytanej książce Wyznania patrycjusza Maraiego zwróciłam uwagę na jego spostrzeżenie zanotowane w latach 20. XX wieku, że Francuzi pogardzają innymi nacjami, licząc się jedynie z Anglikami ("Jedynie Anglików traktowali jeszcze jak ludzi..."), teraz przerzucono most tolerowania, mając na uwadze własne interesy, za Atlantyk ku metropolii zachwycającej różnorodnością ofert, które człowiek może przyjąć ("Miała wrażenie, że stanowi część miasta." - i to już po przyjeździe).

Literaturę pop, jak to ujmują niektórzy krytycy, czyta się nie tylko dla zajmującej akcji, wątków, ale do paru stron, które staną się ważne, gdy reszta pójdzie w niepamięć. Co było najciekawsze w tej powieści o intrygującym tytule (Też dowiadujemy się, co z tymi wiewiórkami)? Parę stron spaceru po Paryżu z Hortense i Garym.

"Od rana do wieczora Hortense i Gary przemierzali avenue Hoche, avenue Mac-Mahon, avenue de Wagram, avenue de Friedland, avenue Marceau, avenue Kléber, avenue Victor-Hugo. Starannie unikali avenue de la Grande-Armée i Pól Elizejskich. Hortense je skreśliła: straciły duszę. Drobny handel, neony szpan, bary szybkiej obsługi z jedzeniem bez smaku wynaturzyły subtelną architekturę odpowiadającą założeniom barona Haussmanna i jego współpracowników.

Hortense zapewniała Gary'ego, że biały kamień jest dla niej inspiracją. Mówiła, że ściany paryskich kamienic mają duszę. Każdy budynek jest inny, każdy budynek jest wytworem sztuki, a jednak każdy posiada te same cechy charakterystyczne podporządkowane ścisłym regułom: elewacje z ciosowego kamienia, ściany ze spoinami, balkony z kutego żelaza wzdłuż całego drugiego i piątego piętra, ściśle ograniczoną wysokość w zależności od szerokości ulicy, przy której stoi. Z tej jednorodności narodził się styl. Styl niedościgniony, który czynił z Paryża najpiękniejsze miasto świata. Dlaczego? zastanawiała się. Dlaczego."* Hortense, przyszła projektantka mody, przygotowuje swoją pierwszą wystawę dla Harrodsa i szuka inspiracji, obcując z pięknem swego miasta. Harmonia, elegancja, podobieństwo, ale jednak i ta drobna różnica, która tkwi w detalu sprawia, że dzieła różnych architektów odbiera się jako piękne w swej niepowtarzalnej różnorodności. "Detal stanowił sygnaturę architekta. Nie mógł zaburzyć jednorodności, więc poświęcał się poszukiwaniu detalu, aby wyrazić swoją indywidualność. A detal zmieniał wszystko. Sygnował budynek. Detal tworzy styl."* Niby oczywiste, lecz nie każdy potrafi wykorzystać tę wiedzę.

______________________

Katherine Pancol, Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki / Les ecureuils de Central Park sont tristes le lundi, przeł. Agnieszka Rasińska-Bóbr, wyd. I, s. 896, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012.

* Tamże, s. 289 oraz 297.

środa, 28 maja 2014

 

"Nie mam żadnej innej broni i mocy przeciwko światu i czasowi niż pisanie." - stwierdził Sándor Márai we wprowadzeniu do Ars poetici, części zbioru Niebo i ziemia. Cytaty z wydanych u nas dwóch książek cyklu miniatur, osobistych wypowiedzi, wrażeń, ocen, spostrzeżeń zamieszczałam już na blogu wielokrotnie. Wiadomo, że Márai wydał trzy tomiki, z których pierwsza i najwyżej ceniona przez autora i czytelników wciąż czeka na polski przekład. To Cztery pory roku. My na razie możemy podczytywać (bo jednym ciągiem trudno poznawać te dziełka) i delektować się trafnością niektórych sądów, które przetrwały próbę czasu, albo nie zgadzać się z wypowiedziami zbyt tradycyjnymi, nawet mizoginicznymi (np. w odniesieniu do jakiejś piszącej pani lub wpisie O tym, że kobietami nie trzeba się zbytnio przejmować - wiadomo przecież, że to zdarzenie z życia prywatnego musiało wpłynąć na ten zapis w tym akurat czasie, i niech taki nieidealny pozostanie również w naszej pamięci).

Pozornie forma łatwa. Wystarczy być mądrym i oczytanym człowiekiem, umieć patrzeć, analizować, dokonywać syntezy oraz umieć to zapisać zwięźle i trafnie. Ktoś powie, że wystarczy kupić brulion, nawet duży kalendarz i co pewien czas wpisywać nasze przemyślenia związane z postrzeganiem siebie, ludzi, zdarzeń, tak by nie był to dziennik. Tylko okaże się, iż nie osiągnie się stylu węgierskiego pisarza, a i pomysłów zacznie brakować. Tymczasem Márai nie obawiał się wielokrotnego pisania na ten sam temat, o czym świadczą proste nagłówki-tytuły. Za każdym razem dostrzegał inny przykład skłaniający do zapisu, wyciągał kolejne wnioski, odnosił się do swoich doświadczeń, a czasami i dawał rady. Podążamy za pisarzem, odkrywając wciąż nowe detale życia, które chcą się ułożyć w pewną trwałą formę, lecz człowiek wciąż się będzie przekonywał, że jest bezradny jak uczeń w szkole, który nie jest w stanie logicznie wyłożyć wyuczonej lekcji.

Zakres tematów, które niewątpliwie służyły pisarzowi jako prywatne archiwum pomysłów, dotyka filozoficznej refleksji nad życiem (O wartości życia, O ludzkim charakterze), wiele miejsca zajmują powracające refrenowo uwagi o pisaniu, pisarstwie, materii słowa, są wypowiedzi o ulubionych pisarzach, do których wracał - węgierskich i klasykach z literatury powszechnej, zresztą Márai jest czytelnikiem niemal idealnym, stosującym zasadę, że do mistrzów trzeba powracać. Można dostrzec zachwyty nad przyrodą, siłami natury, zatrzymanie się przy zwykłych przedmiotach, czynnościach (Kłopoty z ubraniem), nawet skupia się na własnym bólu głowy lub reklamuje cygarniczki z filtrem. Czuje się osobą, która zamyka pewien etap swego życia, stąd wypowiedź O tym, jak należy żegnać się z młodością. Jest smutek utraconego miasta dzieciństwa i młodości, ból i bunt z powodu śmierci synka. Forma aforyzmu, puenty, nawet haiku lub wiersza egzystuje obok zwięzłego szkicu jakby notatki do eseju, a czasami pojawia się wspomnienie rozmowy, wypowiedzi znajomych, opisu (np. jabłka).

Niebo i ziemia oraz Księga ziół to pozycje bliskie szperaczom literackim, którzy podążają drogami wytyczonymi przez słowa, by dotrzeć do zakamarków myśli, obrazów i zatrzymać się przy nich w zachwycie, że odnalazło się przyjaciela.

______________________

 Sándor Márai, Niebo i ziemia / Ég és föld, przeł. Feliks Netz, wyd. I, s. 224, Czytelnik, Warszawa 2011.

Sándor Márai, Księga ziół / Füves Könyv, przeł Feliks Netz, wyd. V, s. 152, Czytelnik, Warszawa 2011.

niedziela, 25 maja 2014

"... westchnęła i poszła zrobić kawę, (...) Wróciła z dużą filiżanką, trzema kostkami cukru na dłoni (...) Cukier krzepi. - Mieszała kawę, kręcąc głową. (...)

- Trzeba zalać kawę, zanim woda zacznie wrzeć. Na tym polega sekret."1

***

Tak jak co roku toczy się walka postu z karnawałem, tak co pewien czas  pojawiają się sprawozdania z walki literatury "wysokiej" z popularną, literaturą dla niewymagających, kucharek, nazwa dowolna, żeby tylko wskazywała niższą pozycję intelektualną jej czytelników. Pojawiają się nawet wypowiedzi, że lepiej nie czytać wcale niż czytać byle co. Poglądy na ten temat wynikają z analizy tematyki powieści, konstrukcji fabuły, kreacji bohaterów, języka, natomiast sam proces czytania rzadko jest przedmiotem zainteresowań. Tania Modleski stwierdziła, że krytycy przeceniają znaczenie treści popularnych powieści, a nie doceniają aktu czytania. Główne korzyści czerpane z czytania mają bowiem charakter nie poznawczy, lecz emocjonalno-psychiczny. Liczy się rytuał, w ramach którego czytelniczka powtarza spotkanie z mitem opiekuńczego/wartościowego mężczyzny (a nie idealnego kochanka).2 Zatem przeżyciem jest czytanie, podobnie jak słuchanie lub oglądanie.

W najnowszym numerze "Książek" odnajdujemy artykuł o literaturze popularnej, która za PRL-u w swojej wersji zachodniej była pożądana, by w latach 90. dzięki harlequinom wkroczyć do mieszkań i bibliotek, wpływając na zainteresowanie czytelnicze społeczeństwa. Przemysław Czapliński przedstawia kolejne mody, w tym zainteresowanie kryminałami, by podać hipotezę, iż przyszłość będzie należeć do horrorów, oczywiście w zmienionej formie, porównywalnej do ewoluowania kryminałów od klasycznych utworów detektywistycznych do społeczno-obyczajowych, niemal odpowiedników XIX-wiecznej powieści realistycznej. Z wnioskami autora można się zgadzać lub dyskutować, lecz artykuł jest wart uwagi.

W tym samym numerze, czytając wywiad z Philipem Rothem, możemy poznać, które nazwiska amerykańskich autorów powojennych i najnowszych pisarz ceni najbardziej - a jest to długa lista.

***

Maj jest miesiącem przyjaznym książkom. Czekam na blogowe sprawozdania z Warszawskich Targów Książki. Maj i czerwiec to też dobre miesiące na zakupy.

***

U Máraiego znalazłam cytat o kosztach pisania. Idealnie nadaje się jako komentarz do wiadomej sprawy i skromnej informacji we wspomnianych "Książkach" o zarobkach pisarzy.

"Gdyby ludzie wiedzieli, gdyby podejrzewali, ile pisarz wydaje na swoją pracę! Gdyby wiedzieli, "ile kosztuje" pisanie! Ile kosztuje nerwów i krwi, ciało również musi zaprzęgnąć do służby, no a ten sposób życia: jakiś straszliwie samoświadomy, chytry, baczny, ofiarny, wzbierający jak powódź,powściągliwy, słowem - całym swoim istnieniem opłaca każdą napisaną linijkę! A ileż do tego trzeba przeżyć, prześnić, przeczytać, przewędrować i przeawanturować, nadto trzeba także być ascetą, trzeba też być nieszczęśliwym, a wszystko po to, aby w pewnej tajemniczej chwili, kiedy już w żaden sposób nie da się uchylić przed przymusem pracy, powiedzieć: "obecny!", presente! - i zabrać się do pisania.
 Tak, koszty pisania są nawet większe i groźniejsze niż koszty eksploatacji fabryki. Bo czym płaci pisarz? Wszystkim, całym swoim życiem!"3 Ale wcześniej musi wypełnić warunki wspomniane uprzednio.

____________

1 Katherine Pancol, Wiewiórki z Central Parku są smutne w poniedziałki, Wydawnictwo Sonia Draga 2012, s 630-631.

2 Przemysław Czapliński, Po co pop [w:] "Książki. Magazyn do Czytania", nr 2 (13), czerwiec 2014, s 42-45.

3 Sándor Márai, Niebo i ziemia, Czytelnik 2011, s146-147.

środa, 21 maja 2014

"W frazeologii Middlemarch być szczerym znaczyło skorzystać z najbliższej okazji, by powiedzieć przyjaciołom, że nie mamy najlepszego mniemania o ich zdolnościach, postępowaniu czy pozycji; zdrowa szczerość zaś nigdy nie czekała, by ktoś ją pytał o zdanie. A poza tym - poza tym było jeszcze umiłowanie prawdy, pojemne pojęcie, które w opisywanym teraz przypadku oznaczało żywy sprzeciw wobec tego, że żona wygląda na szczęśliwszą niżby to wynikało z reputacji jej męża, albo że okazuje zbyt duże ukontentowanie swym losem; powinna biedactwo, słyszeć rozmaite, rzucane mimochodem uwagi, że gdyby znała prawdę, to mniej byłaby rada ze swego kapelusza i zakąsek podanych do proszonej kolacji. A najsilniejsza z wszystkich była chęć zbudowania moralnego przyjaciółki, (...)Wszystko razem wziąwszy, można powiedzieć, że do dzieła ruszyło żarliwe miłosierdzie, każąc osobom cnotliwym wziąć się za unieszczęśliwienie bliźniego dla jego własnego dobra."1 Cudowny i jakże życiowy cytat. XIX, XX, XXI wiek - ludzie nie zmieniają się tak szybko jak warunki życia, osiągnięcia nauki i techniki.

W Miasteczku Middlemarch wszystko zmierza ku końcowi pewnego etapu życia wybranych postaci, a nawet epilogu, by czytelnik miał wszystko podane na tacy i nie żałował rozstania z tymi, których poznał. Jednak mimo wysiłków autorki i powołanego przez nią narratora wszechwiedzącego bohaterowie do końca pozostali mi obojętni, ich losy nie wpłynęły na przewartościowanie moich poglądów na temat życia, więzi międzyludzkich, nie zadawałam sobie pytań, by je chcieć dłużej przemyśleć, pogłębić, dlatego nie zrozumiałam wypowiedzi niektórych angielskich czytelniczek, dlaczego dla nich ta powieść stała się tak ważna, że zaliczają ja do tych, które nawet wpłynęły na ich życie. Nie wiem też, co wspólnego ma Dorotea ze św. Teresą, a nie chcę naciągać faktów z książki do tezy autorki.

Ot, lekarz, który okazał się niedojrzały życiowo, więc nie zrealizował swoich zamierzeń zawodowych, lecz w ostateczności nabił kabzę i, nieosiwiawszy, umarł, jest też hołubiona epicka heroina, bogata młoda kobieta szukająca pola do działania poprzez małżeństwa,  do tego oliwa, która na wierzch wypływa, kiedy jest się lokalnym prominentem i pochwała dobrej pracy - to w skrócie temat tej opasłej powieści wiktoriańskiej.

Żegnam bohaterów i miasteczko, nie tęskniąc za nimi. Im bliżej końca to i czułostkowość narratora drażniła: "Ciałem tej wspaniałej kobiety wstrząsały łkania, jak ciałem zrozpaczonego dziecka.", "Ogień gniewu Dorotei nieprędko wygasł i buchał płomieniem w nawrotach pogardliwych zarzutów.", "Nie leżało w naturze Dorotei zamykać się na dłużej w wąskiej celi swojej klęski, w otępionym nieszczęściem poczuciu, że cudzy los to - wobec jej losu - sprawa drugorzędna."2 Ironia i dystans z poprzednich ksiąg nieco się stępiły.

Ludzie szukają szczęścia, łącząc go z drugim człowiekiem, lecz zawodzą się albo sprawiają, że to ktoś zawodzi się na nich. Wady i zalety ludzi widziane poprzez pryzmat prowincji widoczne są jak na dłoni. Miasteczko Middlemarch to romans z niewykorzystanym do końca tłem społeczno-obyczajowym.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. II -s. 468, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga ósma Zachód i wschód słońca, s.349-468]

1 Tamże, s 262-263.

2 Cytaty ze stron 412 -413.

niedziela, 18 maja 2014

Dzisiaj cytaty dotyczące 70. rocznicy bitwy o Monte Cassino. Nieważne są późniejsze oceny historyków, ważna jest pamięć o ludzkiej doli, wojennej marszrucie, niespełnionych nadziejach, rozczarowaniach. Wiele lat temu zwiedzałam Polski Cmentarz Wojenny, a największe wzruszenie odczuwałam, gdy czytałam na tabliczkach umieszczonych na krzyżach nazwiska żołnierzy pochodzących z miast i powiatów kresowych.  Nawet gdyby przeżyli, powrót do domu był już niemożliwy. Dzisiejsza Niedzielna kawa poświęcona jest ich pamięci.

18.05.1944

"Ok. godz. 9:30 po zaciętych walkach do opuszczonego przez Niemców klasztoru Monte Cassino wszedł patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich, który zatknął na zdobytych ruinach swój proporczyk. Relacjonujący na bieżąco to jedno z największych i najkrwawszych zwycięstw żołnierzy polskich podczas II wojny światowej ppor. Witold Domański napisał: "Jeszcze dziś, świat dowie się, że Monte Cassino jest w rękach Polaków. Trzeba, żeby wiedzieli potomni, że dla nas góra ta była najbardziej niedostępnym szczytem świata, trudniejszym do zdobycia niż Mount Everest niż Nanga Parbat. Lecz tędy prowadziła droga do Polski."1

Pozostała piosenka o makach, żołnierzach i śmierci. "...bo zbyt dużo chłopaków na zboczach jej zostało! ..."2 Słowa napisał nieugięty w swoich poglądach Feliks Konarski, poeta, pisarz, pieśniarz, aktor, a muzykę skomponował Alfred Schütz. Do dzisiaj wzrusza.


____________

1 "W Sieci Historii", nr 5 (12) maj 2014, s. 32, Wehikuł czasu [ czyli rocznice miesiąca].

2 Feliks Konarski (Ref-Ren), Piosenki z plecaka Helenki, Rzym 1946 - przeczytałam i sfotografowałam ze strony internetowej http://www.antoranz.net/BIBLIOTEKA/REFREN/REFRSTRT.HTM

sobota, 17 maja 2014

"- Żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych! Na imię mi "Legion", bo nas jest wielu... Dzisiaj przysięgacie na ten poświęcony sztandar 1 Pułku Partyzanckiego Legii Nadwiślańskiej. Od dzisiaj to my jesteśmy Legion i ile sił w piersiach służyć będziemy Rzeczpospolitej! Walczyć o nią, aż po odzyskanie wolności, a gdy dzień ten nastąpi, nasz pułk partyzancki wejdzie w szeregi odrodzonego Wojska Polskiego!

Wróć nowej Polsce świetność starożytną

I spraw, niech pod Nim szczęśliwą zostanie "1 Tak miało być.

Opasłe tomiszcze z drukiem przyjaznym czytelnikowi to najnowsze "dziecko" Elżbiety Cherezińskiej, która zaskarbiła sobie wdzięczność wielu czytelników spragnionych tematyki historycznej w beletrystyce podanej na wzór popularnych, szczególnie anglosaskich powieści i filmów. Życie prywatne znanych postaci w towarzystwie fikcyjnych, panorama społeczna, intrygi polityczne i odrobina magii w typie epiki fantasy - to w skrócie wymagania sporej grupy czytelników. Do tej pory znaliśmy autorkę z zainteresowania średniowieczem północnej Norwegii oraz cyklu piastowskiego, a także mniej popularnej książki o Chaimie Rumkowskim i łódzkim getcie. Na tym tle Legion jawi się jako ambitne zmierzenie się z tematem polskich konspiracyjnych sił zbrojnych działających na terenie okupowanej Polski z wyeksponowaniem Narodowych Sił Zbrojnych. By napisać taką powieść, należało przerzucić wiele kilogramów materiałów źródłowych i opracowań, toteż owa tytaniczna praca jest widoczna w treści oraz informacjach będących przerywnikami, jakimś uzupełnieniem materiału fabularnego, wskazówką o prawdziwości postaci i ich losów, przypomnieniem. Właśnie wybrani bohaterowie historyczni lub fikcyjni skomponowani z życiorysów paru osób prowadzą linearnie zdarzenia od 1939 roku do maja 1945. Zub-Zdanowicz, Żbik, Bohun, Jaxa, rodzina Poray-Wybranowskich a z postaci skomponowanych Fenix, Jakub są osobami, które tworzą centrum układanek, niemal komiksowych obrazów pewnej rzeczywistości. Autorka wcale nie obraża się za skojarzenia z komiksem, nawet się zgadza.

Mimo że najważniejszym wątkiem książki jest pomyślne wyprowadzenie z kraju Brygady Świętokrzyskiej i spotkanie jej z armią generała Pattona na terenie Czech, to wcześniej śledzimy niezwykle interesujące sytuacje związane z funkcjonowaniem partyzanckich sił zbrojnych. Ów temat skłania do wielu przemyśleń, bo historia człowieka walczącego lub korzystającego z okazji, by pod płaszczykiem walki załatwiać własne, czasami bandyckie interesy, to nie daty z podręcznika, nie fakty, działania, które mogą być przypisane innej rywalizującej stronie, lecz skomplikowany układ powiązań, intryg, nienawiści, porozumień, ludzkich odruchów, podłości, okrucieństwa wojny, upadku moralności.

Partyzantka, oddziały zbrojne to ludzie, motywy ich przystąpienia do tego czy innego oddziału bywały spontaniczne, przypadkowe albo głęboko przemyślane, zgodne z przekonaniami. Szło się do dowódcy, nie patrząc się na nazwę, opcję polityczną - mówi jeden z bohaterów. Jeszcze należy zwrócić uwagę na to, że żaden oddział nie mógłby funkcjonować bez zaopatrzenia, zwyczajnych ludzi wsi i miasteczek, którzy czasami płacili wysoką cenę za pomoc nie tylko z rąk wroga, ale swojego. Muszę przyznać, że autorce udało się znakomicie zasygnalizować i zaciekawić czytelnika zasadami organizacji i istnienia wielu leśnych oddziałów partyzanckich. To też powieść o nienawiści, walkach polsko-polskich.

"- Czym wy się właściwie różnicie od AK?

-Tym, że oni są legalne podziemne wojsko, a my nielegalne. Oni mają pieniądze z Londynu, my nie."2

Ktoś powie, że to kolejna książka gloryfikująca żołnierzy wyklętych i NSZ, ale widać zapotrzebowanie na takie książki jest duże, by potem przywrócić właściwe proporcje. Po tylu latach na świecie wciąż wraca się do wydarzeń, których często autorzy piszący, filmujący sami nie przeżyli, wciąż wyciąga się na światło dzienne krzywdy, zdrady, a nawet naukowo wojuje, oceniając decyzje, licytując wagą podłości. Współczesny świat, Europa budowana na traktatach Teheranu, Jałty i Poczdamu wciąż wraca i rozważa straty, koszty powrotu do normalnego pokojowego życia, chce też wyprzedzić nową historię, która tworzy się na naszych oczach. Także piekiełko polityczne nie jest niczym nowym. Te siły, które tworzyły u nas partyzantkę, istnieją i walczą o dusze narodu współczesnymi metodami.

Żałuję, że w powieści nie ma solidnej bibliografii, z której korzystała autorka. Zastanowiły mnie poglądy, które padają w dyskusji w angielskim obozie szkoleniowym dla polskich żołnierzy, dotyczące Polski po wojnie (a jest to czas wojny niemiecko-sowieckiej) i jej granic. Nie wiem, czy mogły się pojawić propozycje granicy na Odrze i Nysie. "Co ja zrobię z milionami Niemców, którzy tam mieszkają?" -pyta Naczelny Wódz./ "- A dlaczego mielibyśmy żałować Niemców, panie generale? Za to co zrobili nam we wrześniu? Hitler wysiedlał Polaków i nie przejmował się, gdzie będą mieszkali i z czego żyli! / - Nie, to nierealny postulat. Nikt nam nie da Odry i Nysy. Ja będę żądać Prus Wschodnich, Śląska Opolskiego i wyrównania granicy zachodniej gdzieś na Kołobrzegu, ale nic więcej."Moja wiedza dotycząca programu endecji, gdyż z tej strony mogą pochodzić poglądy żołnierzy, a dotycząca kształtu Polski jest mi nieznana. Zbyt współcześnie brzmi mi te słowa, zdanie kogoś, kto zna to, co się dokonało. A może się mylę.

Legion to książka dla cierpliwych, poszukiwaczy niejednoznacznych ocen, niepogodzonych z podawaną wiedzą i ocenami, szukających odpowiedzi na temat pojmowania polskości, patriotyzmu, ceny odwagi, wartości życia. Wprawdzie kreacja postaci jest uproszczona, jednak to wydarzenia są siłą powieści, nie wspominając o języku bez niepotrzebnych ozdobników, żołnierskim dialogu.

______________________

Elżbieta Cherezińska, Legion, wyd. I, s. 800, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2013.

1 Tamże, s. 457.

2 Tamże, s, 272.

3 Tamże, s. 152.

poniedziałek, 12 maja 2014

Ileż to razy tytuł i okładka nie oddaje zawartości książki. Jedynie autor może być wskazówką, że otrzymamy coś innego, zgodnego z naszymi oczekiwaniami. Tak jest i tym razem. Meir Shalev, współczesny pisarz izraelski, jest mi znany z powieści Chłopiec i gołąb, więc wiedziałam, że nie przeczytam płytkiego romansu, lecz powieść obyczajową, w której przeplatać się będzie współczesność i przeszłość Izraela. Najważniejsza jednak stanie się analiza skomplikowanych więzi międzyludzkich.

Tematyka osadnictwa żydowskiego na terenie Palestyny przed powstaniem państwa Izrael była mi znana z literatury wspomnieniowej i przede wszystkim epiki Amosa Oza, toteż fabuła wymagająca orientacji w historii była dla mnie całkowicie zrozumiała. Dla innych czytelników może ten temat być niejasny, ale i tak warto podjąć próbę spotkania z inną kulturą, historią, jednak uniwersalnymi przeżyciami, uczuciami, egzystencją.

Meir Shalev znakomicie dba o styl swojej prozy, więc kontakt z językiem za pośrednictwem tłumacza może być przygodą leksykalną połączoną z niełatwą konstrukcją dzieła. Czas nie jest wykorzystany w sposób linearny, gdyż zamysłem autora było piętrzenie informacji współczesnych (to czas narracji) i sięganie do lat minionych również nieułożonych chronologicznie. To czytelnik, którego uwaga skierowana jest na poznawanie powieści, porządkuje ją, dokonuje ocen, rozgranicza wykorzystany realizm magiczny od obrazów życia codziennego bohaterów. Intrygujące postacie prezentują trzy pokolenia mieszkańców założonego w Dolinie Jordanu osiedla. Co ciekawe, autor znakomicie radzi sobie ze zmiennością dziejów i postaw, zajmując się obserwowanym środowiskiem funkcjonującym z dala od metropolii, centrów polityki. Ta zwyczajność ludzi, ich pracy, osobistych tragedii, rozczarowań, ale i szczęścia, zagadek przeszłości stała się dobrym materiałem, by snuć opowieść. Pisarz wprowadza czytelnika w świat fabuły, w której nie wszystko zostanie dopowiedziane, bo przecież i w realnym świecie poznajemy zawsze jakiś fragment ludzkich losów. Także i tu otrzymujemy indywidualne, niepełne  historie bohaterów barwnych, ciekawych, nawet dziwaków.

Początki sięgają Makarowa, gdzieś na Ukrainie w zaborze rosyjskim [to mój wpis, gdyż w powieści mówi się o imigrantach z Rosji], gdy młodzi Żydzi wsiadają do pociągu, by przez Odessę dotrzeć do Ziemi Obiecanej, Palestyny. Tylko jeden, Szyfris, nie wsiada, gdyż uważa, że tam trzeba podążać jak przodkowie na piechotę. Oczekiwanie na niego refrenowo pojawia się w narracji. Wzmianki te są jak nawiązanie do motywy Żyda - Wiecznego Tułacza. Z grona przyjaciół najważniejszy stanie się Jakub Mirkin, autorytet, lecz jednocześnie człowiek skromny, oraz jego rodzina z przedstawicielem najmłodszego pokolenia Baruchem, nieoczekiwanym milionerem dzięki założeniu Miejsca Wiecznego Spoczynku Chaluców (pionierów) z tzw drugiej aliji (ci, którzy przybyli w latach 1904-1914) na przekór mieszkańcom osiedla w sadzie dziadka. Losy paru rodzin od początków połączonych z ciężką pracą fizyczną i realizacją zamierzenia uprawy ziemi własnymi rękoma, poprzez osiągnięcie pewnego skromnego dobrobytu kolektywu, chęci upamiętnienia skromnej historii (namolny Meszulam Cyrkin) do rozpadu więzi.  Historie Jakuba, Margolisa, Efraima, Zajcera, Szloma Lewina a także innych są wyjątkowe w swej codzienności. No i jeszcze przyciąga uwagę Jakub Pines, nauczyciel, pedagog idealny, stosujący intuicyjnie nowoczesne metody nauczania, ponieważ oprócz klasy okolice są miejscem praktycznego poznania teorii książkowej. "Nie był historykiem, był skromnym badaczem i wychowawcą. Nazywał siebie "nauczycielem ludowym", nauczycielem od przyrody i Biblii, przedmiotów mówiących o zmianie pór roku, wymieraniu gatunków i powtarzających się cyklach umierania i zmartwychwstania utopijnych wizji i starożytnych bogów. / - Jestem zamrożonym w śniegu mamutem - powiedział mi, (...)"* Piękna postać, którą znakomicie można by przedstawić w pracy o wyjątkowych nauczycielach i wychowawcach w literaturze.

Jeżeli miałabym krótko zaprezentować problem, to powiedziałabym, że jest to opowieść o marzeniu zbudowania idealnej społeczności, miłości nie zawsze odwzajemnionej, czekaniu, bólu, cierpieniu, rozczarowaniu a nawet zemście.

"- Gleba nas oszukała - oświadczył z cynicznym uśmiechem.

- Ona nie była dziewicza."*

Tej książki nie można opowiedzieć, do niej trzeba wejść.

______________________

Meir Shalev, Rosyjski romans / A Russian Romance, przeł. Raja Bar Peled, wyd. I, s. 464, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010.

* Tamże, s 334, 335, 336.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96