| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi
niedziela, 20 kwietnia 2014

Filamore Palomo Alcon, Guahan AD 1668 *

***

Rezurekcja **

Jest szósta rano.
Dzwon "Alleluja" głośno woła,
deszczowe łzy na drogach.
Procesja wyszła z kościoła,
jakby szukała Boga.

I nagle rwie się niebios zasłona,
śmierć pokonana pod kamieniem kwili,
a ON nad światem unosi ramiona,
byśmy się całkiem nie pogubili.

Pokonać można każdą ciemność,
w radosne wsłuchać się przesłanie.
Dzięki Ci Boże, że jesteś ze mną.
Ty także dla mnie Zmartwychwstałeś!

***

Radosnego Alleluja!
_________________________________

* Reprodukcja obrazu opublikowanego w książce Szymona Hołowni, Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie, Znak 2012, s 19-20.

Opis obrazu przytoczony przez autora książki. "Palma kokosowa to wyspa Guahan. Skały to twarze dawnych mieszkańców tej ziemi, którzy zginęli za swoje przekonania, bo nie byli gotowi na zaakceptowanie wiary, która była im narzucana. Góra w centralnej części obrazu to Golgota, trzy palmy na jej szczycie to ewangeliczne trzy krzyże, środkowy to krzyż Jezusa Chrystusa, a czerwony kolor tego drzewa symbolizuje Jego krew. W chwili, gdy umierał, Jego krew spłynęła na wyspę Guahan na zbawienie ludzi. Palmy wokół Golgoty to stacje drogi krzyżowej. Duża żółta skała w prawym dolnym rogu to twarz Naszego Pana Jezusa Chrystusa, który wstaje z martwych trzy dni po swojej śmierci. Purpura ziemi i skał to ta sama purpura, której nasz Kościół używa do zasłaniania figur Jezusa w okresie Wielkiego Postu. Ten obraz pokazuje początki chrześcijaństwa na Guahan".

** Walter Pyka, z tomu Szuflada, s. 69.

niedziela, 13 kwietnia 2014

W ostatnim czasie trzy tygodniki wydały swój numer z książką Pasją według objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich. Zaczęłam czytać i będę kontynuować aż do soboty. Prosta augustianka i stygmatyczka swoje wizje dyktowała Klemensowi Brentano od 1819 roku do śmierci w 1824. Ostatnie dni Jezusa i śmierć na krzyżu i złożenie do grobu to tylko część jej objawień. Książka po raz pierwszy została wydana w 1833 roku jako Das bittere Leiden unsers Herren Jesu Christi. Nach den Betrachtungen der Gottseligen Anna Katharina Emmerich, natomiast na język polski została przełożona z języka francuskiego w 1883 roku. Mimo znajomości dzieła w kręgach katolickich i środowisk zajmujących się religią, dopiero film Pasja w reżyserii Mela Gibsona zwrócił powszechną uwagę na tę zakonnicę i jej wizje. Zaletą książki jest to, że wypowiedzi Emmerich nie zostały upiększone, dopracowane literacko pod względem słownictwa i kompozycji wypowiedzi.

Ponieważ dzisiaj  jest Niedziela Palmowa,więc przytoczę fragment, ale nie samego wjazdu do Jerozolimy, lecz zapowiedzi tego co się odbędzie.

"Następnie przeszedł do najbliższej przyszłości, mówiąc, że będzie przez swoich opuszczony. Wprzód jednak z okazałością i jakby w tryumfie wejdzie do świątyni, przy czym sławić Go będą usta niemowląt, które nigdy nie mówiły. Wielu odłamywać będzie gałązki i przed Nim rzucać, inni słać będą przed Nim swe szaty. Wyjaśnił im to w ten sposób, że ci, którzy sypią przed Niego gałązki,nie dają Mu swego i nie dotrzymają Mu wierności; ci zaś, którzy zdejmują szaty i ścielą je na drogę, wyzuwają się ze swych rzeczy i wiernie przy Nim wytrwają. Nie mówił też, że wjeżdżać będzie na ośle; niektórzy przeto sądzili, że wjazd odbywać się będzie w blasku i przepychu z końmi i wielbłądami."*

***

W ostatnich tygodniach pojawiły się informacje o kielichu zwanym Świętym Graalem, a to dzięki nowym książkom poruszającym ten temat, który już wyszedł z ram religii i wszedł do popkultury, poruszając najbardziej kuriozalne meandry wyobraźni. Wpierw nowa informacja z północnej Hiszpanii z León, gdzie w bazylice św. Izydora znajduje się kielich infantki Urraki, ów święty puchar, który miał być darem emira dla króla Leonu Ferdynanda I Wielkiego (panował w latach 1037-1066) na znak pokoju. Sami zaś muzułmanie mieli go wykraść z Bazyliki Grobu Pańskiego. Badania wykazały, iż puchar został wykonany między 200 r. p.n.e. a 100 r. n.e. O nim napisali książkę Królowie Graala prof. Margarita Torres, mediewistka z uniwersytetu w León i José Manuel Ortega del Rio, historyk sztuki. Drugi, popularniejszy kielich, znajduje się w katedrze w Walencji. W ostatnich czasach mieli go w rękach Jan Paweł II i Benedykt XVI w czasie odprawiania mszy w Walencji. Badania wykazały, że najstarszą częścią jest czasza o średnicy 9 cm pochodząca z warsztatu egipskiego lub syryjskiego, natomiast inne elementy zostały dołączone później. Na polskim rynku wydawniczym ukazała się książka Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia Tajemnica Graala. "Punktem wyjścia tej pracy było założenie, że każdy człowiek pozostawia po sobie materialne ślady. - Trudno, by nie zostawił ich ktoś, kto wywarł największy wpływ na dzieje ludzkości."


O kielichu zgodnie piszą ewangeliści, nie opisując go. Bardziej plastycznie przedstawia jego wygląd wspomniana zakonnica Anna Katarzyna Emmerich.

"Wspomniany kielich był dziwnym naczyniem, tajemniczego pochodzenia. Przez długi czas spoczywał w świątyni między innymi starożytnymi a cennymi naczyniami..." Po wystawieniu naczyń na sprzedaż zakupiła go Weronika wraz z zestawem. W innym miejscu wspomina, że taki kielich posiadał Noe, Abraham, Mojżesz. Zestaw, którego częścią był ów kielich, opisuje, by podać informacje o samym naczyniu. "Kielich składał się z właściwego kubka na wino i z podstawki, później zapewne dodanej; podstawka bowiem była z innego materiału, a sam kielich z jakiejś brunatnej masy, gładkiej jak szyba zwierciadła. Kształt miał gruszkowaty, po bokach dwa uszka do podnoszenia, bo ciężar jego był dość znaczny. Cały był pozłacany czy też wyłożony złotem.Podstawka była z ciemnej złotej rudy. Wokoło obejmował ją z tegoż materiału wykonany wąż i latorośl winna, cała zaś była wysadzana drogimi kamieniami. W podstawce, jak już wspomniałam, był schowek dla małej łyżeczki."

Na świecie znajduje się parę naczyń, które pretendują do nazwy pamiątki Ostatniej Wieczerzy. Symbol jest tu najważniejszy. Poszukiwania, jak wiemy, zaczęli legendarni rycerze króla Artura, a najbardziej godnym odnalezienia go był Galahad.

Czy Hiszpania jest miejscem szczególnym? Święty Jakub, pielgrzymki do Jego grobu, potwierdzają, że tak może być.

____________

*Pasja według objawień bł. Anny Katarzyny Emmerich, Kraków 2014, s. 18.

Artykuły o kielichach utożsamianych ze Św. Graalem:

Piotr Włoczyk, Święty Graal za Pirenejami? [w:] "Do Rzeczy", nr 15/063, 7-14 kwietnia 2014, s 80-81.

Marcin Jachimowicz, Święty "kubek" [w:] "Gość Niedzielny", nr 15, 13 kwietnia 2014, s 70-73.

Tagi: religia
12:53, nutta
Link Komentarze (3) »
środa, 09 kwietnia 2014

Polskie wydanie Miasteczka Middlemarch, do którego większość czytelników ma dostęp, składa się z dwóch tomów wydanych w miękkiej oprawie. Na pewno jest to wygodne do poznawania tej słynnej niemal tysiącstronicowej powieści George Eliot. Zatem wymieniłam książkę, otrzymując inną okładkę, i zaczynam dalsze spotkanie z poznanymi bohaterami.

Przede wszystkim absorbuje uwagę związek Dorotei i pana Casaubona, który jest już jedną nogą w grobie, ale ma zamiar zaszkodzić żywym. Właśnie pragnie wymusić przysięgę.

"- Chcę, byś mi powiedziała, z całą pewnością, czy w wypadku mojej śmierci będziesz w dalszym ciągu spełniać moje życzenia: czy będziesz unikała tego, co ja bym dezaprobował, a robiła to, czego bym pragnął."* Na szczęście śmierć była szybsza od Dorotei, która, mimo wzbraniania się, była gotowa poświęcić swoje życie starczym mrzonkom. Jednak to nie koniec, gdyż stary zazdrośnik dołożył do intercyzy przedślubnej kodycyl, który zdaniem panów Chettema i Brooke, uwłacza dobrej opinii wdowy i rodziny.

Jak już wspominałam, odbieram opasłą powieść jak serial obyczajowy z paroma równorzędnie prowadzonymi postaciami. Jeżeli pojawiają się problemy społeczne czy polityczne, to zaraz są zasłaniane innymi zdarzeniami. Być może współcześni autorce lepiej rozumieli owe wprowadzane niedługie dyskusje, ambicje polityczne reformatorów, kandydatów do Parlamentu albo funkcjonowanie ówczesnej angielskiej służby zdrowia. Współczesny czytelnik-obcokrajowiec skupia się na kolejnych wydarzeniach z życia prezentowanych postaci, co czasami może nużyć.

Zatem Dorotea obsadza prebendę w Lowick pastorem Farebrotherem, i to jest dobra nowina dla jego rodziny i przyjaciół.

Młody Fred wraca ze szkół, ale nie uśmiecha mu się funkcja pastora, więc szuka porad, co robić. Zdanie Mary obchodzi go najbardziej.

Will wie, że Casaubon go nie lubi, ale chce widzieć Doroteę. Współpracuje z panem Brooke, który chce kandydować do Parlamentu. Często odwiedza doktorostwo Lydgate. Rozmowy Tertiusa i Willa to wymiana zdań inteligentnych mężczyzn spoza Middlemarch. W pewnym momencie odczuwa, iż jego pracodawca niezbyt chętnie zaprasza go do swego domu, a nawet sprzedaje "Pioniera". Powód zna czytelnik,  lecz nie zna bohater.

Doktor Lydgate czuje ciężar niechęci środowiska zawodowego. Chyba pojawiają się długi, a Rozamunda, mimo że jest słodka, nie darzy już zawodu lekarza sympatią. Jego szpital uzyskuje wsparcie finansowe Dorotei.

Pojawia się tajemnica związana z przeszłością miejscowego bogacza, ascety i chrześcijanina, pana Bulstrode. Poczekam na rozwinięcie tematu, bo zapowiada się interesująco.

O serialu, nawet w wydaniu papierowym, nie pisze się dobrze, gdyż całość dzieła czeka na jakiś jednoznaczny osąd końcowy. Tymczasem ludzie umierają, mają swoje tajemnice, chcą kogoś przechytrzyć, czasami życie nie spełnia ich oczekiwań, niektórzy szukają swej drogi do szczęścia. Nie ma tu osób idealnych.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. II -s. 468, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga piąta Martwa ręka, s.5-124]

* Tamże, s. 61.

niedziela, 06 kwietnia 2014

Pielgrzymowanie to nadawanie sensu, podróż mająca wymiar geograficzny mierzona w kilometrach, połączona z peregrynacją duchową w głąb siebie, w świat myśli. Każdy pielgrzym zmierza do celu, nabywając mądrości, którą oferują mu spotkania, skupienie, własna pokora odnaleziona być może po drodze.

Można pielgrzymować z książką. Lubię serię pielgrzymkową WAM-u. To nie przewodniki, brak tu rozbudowanych i przegadanych opisów i opowiadań o miejscach, lecz rozmowa w drodze - krótka, zwięzła, trafna, taka, która pozostawia czas na zastanowienie się, skupienie nad tym, co staje się ważne. W Duchowej pielgrzymce do Ziemi Świętej śladami Chrystusa otrzymujemy 23 refleksje zainicjowane cytatem z Nowego Testamentu. Każda strona jest ilustrowana zdjęciami bez podpisu, znakiem na drodze.

" A ludzie nie chcą mesjasza, który byłby obrazem Boga dla nich, ale mesjasza na własny obraz i podobieństwo, aby ich ambicje zaspokajał."*

Bo Jerozolima jest kresem, wypełnieniem, zakończeniem ziemskiej nauki, śladem, by nim podążać. Droga czytelnicza z zakonnikiem, który objaśnia, zwraca uwagę lub pyta, przebiega szybko, jednak pozostawia ciekawość, która w czytelniku zagościła. Szukamy prostoty, lecz nie łatwizny, jasności, ale nie banalności, radzenia sobie z wątpliwościami, które znajdą objaśnienie po czasie, gdyż uczymy się cierpliwości.

" Nie wszyscy przeżywamy to samo w każdym szczególe, nie wszyscy mamy takie same przygody, szczęścia i nieszczęścia, nie wszyscy żyjemy tak samo długo i nie wszyscy tak samo pielgrzymujemy."**

______________________

Henryk Pietras SJ, Duchowa pielgrzymka do Ziemi Świętej, s.144, Wydawnictwo WAM, Kraków 2012.

* Tamże, s. 109.

** Tamże, s. 138.

piątek, 04 kwietnia 2014

Powieść graficzna kanadyjskiego rysownika pochodzącego z Quebecu zyskała uznanie na festiwalu komiksu w Angoulême, jednej z najważniejszych imprez tego typu w Europie. Gdy przejrzy się dorobek Guy Delisle'a, zauważy się wśród wielu innych projektów jego skłonność do ujęcia w powieść w obrazkach treści obyczajowych powiązanych z odwiedzonymi miejscami jak to miało miejsce w Kronikach birmańskich czy Pjongjangu (Korea Północna), które pozyskały sobie wielu czytelników. Również nagrodzone Kroniki jerozolimskie od razu skupiły na sobie zainteresowanie sposobem ujęcia gorącego tematu z pogranicza izraelsko-palestyńskiego.

Kreska rysunków pozornie pospieszna, schematyczna, nerwowa jest jednak precyzyjnie przemyślana i wpisana w kompozycję okienka i napisy. Ciąg zdarzeń następuje płynnie zgodnie z zaplanowanym scenariuszem, a często poprzedzony jest sygnalizacją tematu wiodącego - to podrozdziały wewnątrz podziału na miesiące (od sierpnia do lipca następnego roku). Zaskoczeniem jest również oszczędność kolorów, przede wszystkim sygnalizują dzień, noc i od czasu do czasu następuje eksplozja paru barwnych plamek. W trakcie czytania można się przekonać, że ta asceza kolorystyczna w zupełności wystarczy, by skupić się na sposobie prezentacji tematów.

Ów schematycznie ujęty na okładce człowieczek to narrator, obserwator, rysownik, mąż swojej żony, która pracuje jako administratorka dla Lekarzy Bez Granic przede wszystkim w Gazie, ojciec absorbujących i pełnych życia dwojga dzieci, zwykła kura domowa, a raczej kur domowy, gdyż to on pracuje w nienormowanym czasie, wykonując wolny zawód artysty. Guy Delisle dostrzega paradoksy życia w wielokulturowym mieście, świętym dla trzech religii, codzienności mieszkańców, różnic w standardzie życia między dzielnicami miasta, z ciekawością stara się poznać obyczaje, dostrzega aktywność ludzi, ale też i bezwolność. Nie politykuje, nie zajmuje stanowiska po żadnej stronie konfliktów w sposób jednoznaczny, raczej jest obecny po to, by poznać, naszkicować, zanotować, zebrać słowa tych, którzy chcą mówić. Ma świadomość, że jest osobą z zewnątrz. Tacy, którzy przybyli, aby pomieszkać, pomóc Palestyńczykom, nazywani są tu ekspatrianci. Odnoszę wrażenie, podobnie jak autor, że głównie kontaktują się ze sobą i osobami, którym hurtowo udzielają pomocy. Autor dostrzega również śmiesznostki pewnych postaw ludzi pomagających. W pewnym momencie ze świata przybyło tylu lekarzy, że aż trudno o pacjenta, by przeprowadzić operację. W barze spotyka psychologów i wdaje się w rozmowę z jedną z nich. "Zrozum, bite dzieci będą mieć skłonność do powtarzania tego samego schematu, bijąc z kolei swoje dzieci." Stosując do narodu: "Żydzi w Izraelu odtwarzaliby na innym narodzie cierpienia, których doświadczali przez pokolenia, jak bite dziecko." Na to odpowiedź trzeźwo myślącego narratora: "Czekaj, gdyby każdy naród, który jest dziś prześladowany, zaczął w przyszłości prześladować inny naród, nie wyszlibyśmy z zaklętego kręgu! I tak bez końca." Ta puenta zamyka buzię psycholożce.

Ponieważ Delisle zamieszkał w służbowym mieszkaniu we wschodniej Jerozolimie, w której najwięcej płacą za czynsz organizacje międzynarodowe niosące pomoc doraźną, nasuwa się kolejne spostrzeżenie, że to tylko jest pomoc dla pomocy, gdyż żadna sprawa nie może być rozwiązana bez dobrej woli i ustępstw społeczności zaangażowanych w konflikt. Dostrzega wśród mieszkańców miasta reprezentujących kolejne dzielnice tak różne postawy, że trudno w wielu sprawach dokonywać uogólnień a nawet krytyki. Mimo naturalnych utrudnień, wszechobecnych punktów kontrolnych, znanych tym, którzy byli w Izraelu, odpraw paszportowych na lotnisku, dzielenia ludności na tę z prawami i tę z ograniczonymi prawami, zacietrzewionych i skłonnych do zgody, miasto tętni życiem, przyjmując wielu turystów i pielgrzymów. Rysownik odwiedza również te powszechnie znane obiekty kultu religijnego, by zaobserwować przybyszów, walki o dusze wiernych. Przygląda się Izraelczykom, którzy nie są monolitem. Przeciwwagą dla Jerozolimy jest odwiedzany Tel Awiw. W tle pojawia się historia XX wieku, ruchomych granic tworzonego państwa, zarzewi konfliktu. Jest też próba szkicu paru świąt, obyczajów. Różnice w mentalności podkreślają warsztaty z tworzenia komiksów, które autor organizuje wpierw dla Palestyńczyków, potem dla Izraelczyków. Jakże wiele czynników wpływa na postawy, oczekiwania, ciekawość świata, chęć działania.

Do książki trzeba zajrzeć, bo podróżuje się wraz z autorem nie tylko utartymi szlakami, a przecież każdy rozgląda się i dostrzega coś innego. Marszruta inna, bez narzucania poglądów, raczej skłaniająca do wyszukiwania paradoksów, wyciągania wniosków, dostrzegania  ludzi, którzy mają różne oczekiwania od owego słynnego miasta, wyławiania różnych ocen tej samej sprawy, gdyż i to nam autor funduje jest niezwykle pouczająca.

Zaskoczenie? "Dowiaduję się, że nie wyrzuca się chleba do śmieci. Jest uznawany za święty." "Zaraz... Niech pomyślę, Arabowie robią tak samo." "Ciekawe, nie spotyka się tego u chrześcijan, którzy przecież uznają chleb za ciało Chrystusa." I tu się pan myli! W Polsce też szanowało się chleb. Ja do tej pory nie wyrzucam go ze śmieciami. Czy coś się obecnie zmieniło, gdy staliśmy się Europejczykami?

Po wielu mądrych książkach rzeczowo analizujących zdarzenia z Bliskiego Wschodu, ale wyciągających różne wnioski, warto sięgnąć po tę książkę, która pozwala spokojnie przemieszczać się w obrębie miasta, lecz również przekraczać jego granice. Jeżeli ktoś ma jednoznaczne i ugruntowane opinie na wiele spraw z tego rejonu świata i tu znajdzie okazję, by nerwowo miąć kartki w sytuacjach niewygodnych, a uśmiechać się, gdy autor dołoży przeciwnikowi.

______________________

Guy Delisle, Kroniki jerozolimskie / Chroniques de Jérusalem, tłum. Katarzyna Koła, s. 336, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

środa, 02 kwietnia 2014

"Pod względem towarzyskim społeczność ziemiańska żyła w owych latach w dużym rozproszeniu: z wyniosłych punktów swoich górnych pozycji spoglądała w dół, z trudem rozróżniając poszczególne jednostki w kręgach życia stłoczonego w dole."1

Pogrzeb pana Piotra Featherstone stał się spektaklem zaplanowanym przez samego denata, co wynikało nie tylko z jakiejś próżności, lecz, jak się okazało, chciał po raz ostatni dać prztyczka w nos wszystkim, którzy oczekiwali zapisu. Czas stracony, wydatki poniesione na przyjazd niepotrzebne. Kim jest pan Joshua Rigg, spadkobierca?

Tymczasem w Lowick w domu pana Casaubona w pokoju na piętrze zgromadziło się towarzystwo, by oglądać ten cudaczny pogrzeb i komentować. Są Chettamowie, pastorowa Cadwallader, stryj Brooke, Dorotea jako gospodyni domu. Uczestnicy pogrzebów są zawsze interesującym materiałem obserwacyjnym dla postronnych.

Ponieważ każda księga jak serial to kolejne dni, miesiące życia wyodrębnionych mieszkańców, z którymi zawarliśmy już znajomość, więc zwracamy uwagę na kolejne odsłanianie charakterów i postaw lub wprowadzanie nowych wątków, reagowania na aktualne sprawy społeczne. W tym wypadku jest to zwrócenie uwagi na zarządzanie majątkiem i traktowanie farmerów (chłopów). Stryjaszek Dorotei nie jest wzorem do naśladowania. Może przywrócenie do łask Kaleba Gartha coś zmieni. Inny temat to zakup przez pana Brooke tytułu prasowego ("Pionier") i zatrudnienie w niej Ladislawa, co wywołuje całą lawinę irytacji ze strony pana Casaubon i państwa Chettamów (tych bardziej interesuje atak prasowy na stryjaszka przypuszczony przez "Trąbkę"). Pastorowa Cadwalladerowa skwitowała ów fakt: "To wina Tomasza z Akwinu [nawiązanie do rzymskiego obrazu, do którego pozował pastor]. Czemu nie użył swych wpływów, żeby Ladislawa zrobili jakimś attaché albo żeby wyjechał do Indii? W ten sposób wiele rodzin pozbywa się swoich kłopotliwych latorośli."2 Stosunek do obcego w małomiasteczkowym środowisku nie jest przychylny, bo Will "ma obcą krew", jego dziadek był Polakiem, a ponadto "Krążą o nim historie, że to cudzoziemski gryzipiórek, obcy agent i co tam jeszcze."2 Miejscowa społeczność nie należy do otwartych i tolerancyjnych. Zostawmy na razie to rozplotkowane towarzystwo.

Zauważamy, iż Ladislaw, darzony sympatią przez narratora, umysł niezależny, bardziej pasuje do Dorotei niż jej stary mąż. W towarzystwie młodego człowieka chętniej wypowiada swoje zdanie, nie czuje lęku, wstydu. Przywiązanie i matczyna niemal opiekuńczość skierowana do chorowitego męża są dla niej w tej chwili najważniejsze. Jednak wredny pan Casaubon ogarnięty zazdrością i niechętny wizytom młodego krewnego, również coś knuje.

Fred Vincy, leniwy hultaj,  rozczarowany brakiem spadku musi poważniej myśleć o swojej przyszłości. Rozamunda i doktor Lydgate wiją gniazdko.

Zmęczyła mnie ta księga, która sugeruje, iż zarysowane sprawy społeczne i pewne rozgrywki polityczne są ważne. Ja, nie mając odpowiedniej podbudowy historycznej, ich nie czuję, toteż większą uwagę zwracam na relacje między postaciami i niektóre dyskusje.

Księga czwarta kończy pierwszy tom polskiego wydania.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga czwarta Trzy problemy miłosne, s. 377-499]

1 Tamże, s.382-383.

2 Tamże, s.445, 444.

niedziela, 30 marca 2014

Czytam komiks, a właściwie obszerny dziennik z pobytu, Kroniki jerozolimskie* i tam odnalazłam obrazek z kawą ze stosownym napisem. Więcej napiszę po przeczytaniu i obejrzeniu opowieści o półtorarocznym pobycie w Jerozolimie.

***

Aby było światowo, przenosimy się do Paryża z opowiadaniem Dawida Rosenbauma**. Pora śniadania, może nawet niedzielnego.

"Kawałek bagietki lub rogalik, trochę dżemu, odrobina masła i miseczka kawy z mlekiem. Tak na ogół wygląda francuskie śniadanie. Dla tych, którzy przyzwyczajeni są do polskiego wyboru wędlin, jajecznicy, twarogu albo innych smakołyków, przestawienie się na paryski sposób porannego biesiadowania może być kłopotliwy. Tak było również ze mną. Długo nie lubiłem takich śniadań. Powód? Są aż dwa: po pierwsze, należę do ludzi, którzy nie przepadają za słodkimi smakami, a po drugie po takim śniadaniu czułem się po prostu głodny. Wolałem wypić czarną kawę niż bawić się w smarowanie rogalika dżemem, a później maczaniem go w mlecznokawowym napoju. (...)

...wśród straganiarzy ujrzałem pulchną kobietę z wysoko upiętym kokiem, która przy malutkiej kuchence ustawionej na prowizorycznym stoliku pochylała się nad wielką patelnią i mieszała złotą kleistą masę buchającą aromatem. Wokół stolika piętrzyły się stosy małych słoików wypełnionych zapewne tym, co jeszcze przed chwilą bulgotało na patelni. Podszedłem nieśmiało i zacząłem przysłuchiwać się rozmowie sprzedawczyni i jakiejś kobiety, która pogryzała skórkę bagietki obficie posmarowaną masłem i ciepłą masą. Nie rozumiałem, o czym mówiły, bo słowa wyrzucane z ich ust kleiły się do siebie i do aromatu wydobywającego się z patelni. Jedynym słowem, które łatwo wpadało w moje ucho, było powtarzane wciąż "orange". A więc to właśnie była ta słynna konfitura z pomarańczy?! Doprawiona wanilią i skórką cytrynową. Ulubiony dżem Francuzów - słodkawy, z gorzkim świeżym posmakiem długo pozostającym na języku i o cudownym zapachu. (...) Subtelna  gorycz doskonale łączyła się ze słodyczą dojrzałych owoców i delikatnym posmakiem wanilii, a zapach przenikał mnie, niosąc orzeźwienie i wprowadzając w błogi stan. (...) Kupiłem dwa słoiki pomarańczowego dżemu i jak największe trofeum z podróży przywiozłem do Warszawy."

I z tym smakiem słodkości pozostawiam Was do kolejnej niedzieli. Dzisiaj też na śniadanie zjadłam konfiturę, ale truskawkową słodzoną sokiem jabłkowym. Nie lubię wędlin ani jajecznicy.

____________

* Guy Delisle, Kroniki jerozolimskie, Kultura Gniewu, Warszawa 2014, s.148.

** Dawid Rosenbaum, Wrześniowe pomarańcze [w:] Bluszcz, nr 24, wrzesień 2010, s.99-100.

poniedziałek, 24 marca 2014

"Trzeba chodzić, zbierać materiały, słuchać, co ludzie mówią, pytać, skąd przybywają, dokąd idą, co się z nimi dzieje, jakie wieści przynoszą. Bo to jest pospolite ruszenie ludu. Od wieków nie było takiej wędrówki. Całe ludzkie masy przemieszczają się z miejsca na miejsce, ze wsi do miast, z północy na południe, ze wschodu na zachód. Tylko, że nie jest to zwykła wędrówka ludów, tylko wygnanie i poniewierka. Uciekają cienie bez rąk, języków, oczu. To pielgrzymka duchów, imaginacji, mar."*

Dopełnienie losów jeszcze pozostałych przy życiu bohaterów, świadomość, iż pewien etap historii Kresów się kończy to trzon kompozycyjny tomu Ślepcy idą do nieba. Stanisław Srokowski wprowadził dwa sposoby kreowania świata przedstawionego: realistyczny i metafizyczny z licznymi odwołaniami kulturowymi.

Wojska ze wschodu prą na Berlin, tymczasem na Kresach krwawa jatka trwa nadal, ale też dołącza się do niej nowa tendencja aresztowań Polaków zbyt zaangażowanych politycznie i patriotycznie. Tak jak poprzednio wprowadzone zostały raporty świadków, dokumenty, ale najważniejsze są dyskusje kuzyna Artura i młynarzowej Anny, które pozwalają spojrzeć na prezentowane wydarzenia i oceny z różnych perspektyw (pewność i wątpliwości). Wokół Mitii-mściciela pętla się zaciska. Z Syberii, z robót przymusowych wracają niektórzy bohaterowie dalszego planu, by wprowadzić nowy temat. Historia zawsze ma wiele odcieni, a ludzie jak kłosy zbóż są przyginani do ziemi przez wiatr dziejów, więc i plonów nie będzie. Kresowa apokalipsa pozostawi po sobie ból, cierpienie i obawę zapomnienia.

Obrazowanie z pogranicza realizmu i snu to pojawiający się motyw okaleczonych, ślepców i inwalidów zawieszonych między stanem świadomości i szaleństwa, którzy wędrują przed siebie do bliżej nieokreślonego Wielkiego Zamku. Jest w tej gromadzie jedność, godność i troskliwość. Są postaciami jak z obrazów Boscha, Goi, a może i średniowiecznym korowodem prowadzonym przez Śmierć. Są też i chórem greckiej tragedii albo i ową gromadzą z Mickiewiczowskich Dziadów, którzy widzą więcej, bo dostrzegą zmarłych, raczej zamordowanych, którzy, zbudzeni przez Ptaka, wzniosą się do Nieba. Końcowa scena to metaforyczne uznanie świętości wszystkich pomordowanych: Polaków, Żydów, Ormian, Czechów, sprawiedliwych Ukraińców, tego wielokulturowego społeczeństwa dawnych Kresów.

Przygnębiająca lektura o świecie, który minął, i który już nie wróci.

________________________

Stanisław Srokowski, Ślepcy idą do nieba, wyd. I, s.300, ARCANA, Kraków 2011.

* Tamże, s. 44.

niedziela, 23 marca 2014


"Poprosił o gorącą kawę. Młynarzowa zapytała:
- Żołędziówkę?
- Tak, żołędziówkę - odparł. Lubił smak i zapach tej kawy. Dawała mu uczucie sytości i wzmacniała. Od kiedy wybuchła wojna, młynarzowa przygotowywała kawę z prażonych żołędzi, pszenicy lub grochu, czasem przyprawiała goździkami. Po chwili podała."*

*** 

***

Prasę modową niekoniecznie trzeba kupować, można przeglądać w salonach prasowych, czasami natrafiamy w niej na interesujący wywiad. Gdy przeczytałam rozmowę z Michałem Witkowskim, przypomniała mi się wspomniana w ubiegłą niedzielę wypowiedź pisarki nominowanej do NIKE, ale nie dlatego, że autor Lubiewa i Drwala, również nominowany, narzeka. Nie narzeka, czeka na wydanie najnowszej powieści Zbrodniarz i dziewczyna (celowe nawiązanie do znanego filmu z czasów PRL-u) i zaczął prowadzić blog Fashion Pathology - o modzie. Bloger - "Powinien być kolorowym ptakiem. Żeby innym robiło się weselej. Tak to rozumiem." Wizerunek pisarza-prowokatora zwraca uwagę.


Rozmowa poprowadzone z przymrużeniem oka, bez zadęcia. Na pytanie "Moda i literatura - to ci się nie kłóci?" - odpowiada:

"To wam się kłóci, nie mnie. Jeśli traktujesz literaturę jako normalny zawód, produkowanie konkretnego towaru i sprzedawanie go, to spokojnie możesz robić też coś innego. A literatura to świat bez glamouru, za to pełno tam mało seksownych bibliotek, swetrów, nieumalowanych pań i emerytek wciskających w pisarzy torty." "Przecież emerycki torcik może być glamour, to kwestia podania..." -dodaje dziennikarz.

HB** nie sponsoruje tego wpisu, a i znawcą twórczości pana Witkowskiego nie jestem, lecz wypowiedź skojarzyła mi się z podanym na blogu Padmy uwagą, że organizatorzy konkursów dla blogerów zwracają uwagę na szatę graficzną i "coś" więcej niż tylko recenzje, blog o książkach podobno powinien być trochę lifestylowy.

____________

* Stanisław Srokowski, Zdrada, ARCANA 2013, s. 64-65.

** Michał Witkowski. Kryminał z modą w tle. Rozmawiał Sławomir Belina [w:] "Harper's Bazaar", nr 4(13) 2014, s.98-100.

piątek, 21 marca 2014

21. marca w Światowym Dniu Poezji tradycyjnie otwieram tomik poetycki. Dzisiaj sięgam do klasyki, taniego zbioru Wierszy wybranych Maryli Wolskiej (1873-1939). Spośród prezentowanych kategorii tematów wybieram teksty wspomnieniowe z motywem domu. Rodziny Wolskich i Młodnickich były elitą intelektualną i kulturalną Polski czasów zaborów.

Tradycje domowe

"Do Grottgera szło się zawsze najpierwej."  Wpierw z rodzicami, bo przecież matka Wanda Monné była do końca narzeczoną artysty, a ojciec, Karol Młodnicki, bliskim przyjacielem.  Potem po kolei odwiedzało się groby znajomych z Monachium i zasłużonych. Po latach, kiedy i najbliżsi spoczną na lwowskim cmentarzu: "Do Grottgera idę zawsze najpierwej."

Inne wspomnienie malutkiej Marylki:

(...) /Nazywał się Goszczyński Seweryn.

Teraz umarł i poszedł do nieba.
Dobrze się przypatrz mała,
Trzeba, żebyś zapamiętała..." 

Tamten świat to wychowanie ze wskazaniem na wartości i szacunek dla ważnych dla kultury osób - "O których wtedy mówiło się jeszcze - rodacy.", a także tych, którzy zostali straceni na stokach Cytadeli z Trauguttem lub takich jak pan Apolinary Stokowski:

Ten sam,
Co od lat, w dzień Trzeciego Maja,
W czarnym żałobnym kontuszu,
Siwy - z zacięciem zawsze nieco krewkiem,
Garstce rodaków na lwowskim ratuszu,
Na wieży, wysoko pod lewkiem,
Czytał Akt Konstytucji...) A słuchali go tacy mężowie jak Agaton Giller, Platon Kostecki, Józef Kajetan Jaworski, a pan Konopka deklamował Maraton. Lwów chował również artystów z rozmachem. Pani Aszpergerowa "Była wielką, wielką artystką!", odtwórczynią  tylu ról, że nasunęła się myśl:

I nagle mnie opadła trwoga nierozumna:
Jakże tyle postaci pomieści - jedna trumna?!

Piękne poetyckie wspomnienie poświęcone jest bratu Albertowi.

Na Zimorowicza, pod szesnastym, we Lwowie mała dziewczynka z czarną po oczy grzywką przyjęła przyjaciela domu.

Szedł pan Adam Chmielowski.
Stukał drewnianą nogą,
(Swoją utracił dawno w powstaniu...)
Drugą, własną, włóczył posuwiście,
Szedł po schodach powoli, z ostrożna,
Jak ktoś, co się z trudem pod górę
W za ciężkim ubraniu gramoli.
On, na pewne... Do nas oczywiście. Serdeczne wspomnienie rozmowy wśród lalek dziewczynki, która nie bała się malarzy, z przyszłym święty jest jednym z wierszy-pamiętnika domu rodzinnego. Starsza dziewczyna wspomni jeszcze zauroczenie bez wspominania nazwiska tego, który "Snów dziecięcych - królewiczem!..."

Gdzieś w poezji snuje się Dusza, klimat ballad i serdecznych rymowanek, ale i ogród pełen wybujałego, rozbłyskanego kwiecia, drzew. Ja tymczasem przemykam do Perepelnik.

Był dwór

Kocham czar wspomnień, smutny wdzięk dawności,
Woń starych dworów, pustki i lawendy,
Rozwory wielkich, szklanych drzwi - bez gości,
Myśl, że tak wiele przeszło życia tędy,
Życia, co płynąc, jak dym się ulatnia -
I żem nie pierwsza tu i nie ostatnia...

I zdaje mi się, że w powietrzu strudze,
Co przez pokoi płynie pustkę wonną,
Dech się czyjś ostał, jakieś szczęście cudze,
Żal czyjś tęsknotą gnany tu pozgonną,
Coś, co jak zapach uwiędłego kwiatu
Miejsc się kochanych nie puszcza i trwa tu.

Klimat romantyków, a w szczególności dworu soplicowskiego oglądanego przez Tadeusza, na pewno był inspiracją do ujęcia wspomnień w wiersze.

Nie ma nikogo... Taki moment rzadki!
Zda się, że strojne prababek szatki
Szeleszczą wonne w komnat amfiladzie!

Oglądanie portretów, mebli, obić, uroczych bibelotów, porcelany, a wszystko jest znajome, nawet ów zegar, który wybija najmilszą z godzin - piątą [podwieczorek?], staje się strażnikiem minionego czasu, budzi wspomnienia bezpieczeństwa, ciepła i serdeczności. Do domu wchodzi wspomnienie historii, Napoleona, tych, dla których był ważny honor, ale i ów złocony tomik serdeczny - to Słowacki. W pokoju w anemony świeci płomyk przed Częstochowską, gdzieś leży ładownica dziada z czasów konfederacji barskiej. Takie to były domy.

Pokoju drogi! O pokoju miły!
Już rąk tych nie ma, co tu ład czyniły,

Są i inne pokoje, nawet

Ktoś gra! Książęca nuta poloneza
Puszy się butnie, wyloty zarzuca,
Miną nadrabia... Drwi - choć coś umarło
I coś przepada! (...)

Wara mi bluźnić!

Tymczasem

Smukłe kolumny na ganku wybiela
Jesienny księżyc. Ostatnia niedziela
Lata się kończy...

Cisza wieczorna, mrok przykrywa sprzęty i wspomnienia, pozostaje zapach.

W ścian tych samotni, pustką zatchniętej,
Straszy tu pono i w biały dzień,
Dawne poznając kąty i sprzęty,
Jakowyś cień.

Pyta - choć prawdy dociec nie rości,
W zwierciadeł mętne wpatrzony szkła:
- Nie widział kto z was mojej młodości,
Co tędy szła?...

Był dwór, ostoja rodziny, tradycji i polskości.

______________________

Maryla Wolska, Wiersze wybrane, s. 120, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2003. Klasyka Mniej Znana.

Zdjęcie dworu w Perepelnikach, który należał do Młodnickich i Wolskich, także Beaty Obertyńskiej, córki Maryli Wolskiej - ze strony www.olejow.pl

Wiersze o dworze w cyklach Na dnie zwierciadeł i Z przedwojennej szuflady.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96