| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Środa z...

środa, 21 maja 2014

"W frazeologii Middlemarch być szczerym znaczyło skorzystać z najbliższej okazji, by powiedzieć przyjaciołom, że nie mamy najlepszego mniemania o ich zdolnościach, postępowaniu czy pozycji; zdrowa szczerość zaś nigdy nie czekała, by ktoś ją pytał o zdanie. A poza tym - poza tym było jeszcze umiłowanie prawdy, pojemne pojęcie, które w opisywanym teraz przypadku oznaczało żywy sprzeciw wobec tego, że żona wygląda na szczęśliwszą niżby to wynikało z reputacji jej męża, albo że okazuje zbyt duże ukontentowanie swym losem; powinna biedactwo, słyszeć rozmaite, rzucane mimochodem uwagi, że gdyby znała prawdę, to mniej byłaby rada ze swego kapelusza i zakąsek podanych do proszonej kolacji. A najsilniejsza z wszystkich była chęć zbudowania moralnego przyjaciółki, (...)Wszystko razem wziąwszy, można powiedzieć, że do dzieła ruszyło żarliwe miłosierdzie, każąc osobom cnotliwym wziąć się za unieszczęśliwienie bliźniego dla jego własnego dobra."1 Cudowny i jakże życiowy cytat. XIX, XX, XXI wiek - ludzie nie zmieniają się tak szybko jak warunki życia, osiągnięcia nauki i techniki.

W Miasteczku Middlemarch wszystko zmierza ku końcowi pewnego etapu życia wybranych postaci, a nawet epilogu, by czytelnik miał wszystko podane na tacy i nie żałował rozstania z tymi, których poznał. Jednak mimo wysiłków autorki i powołanego przez nią narratora wszechwiedzącego bohaterowie do końca pozostali mi obojętni, ich losy nie wpłynęły na przewartościowanie moich poglądów na temat życia, więzi międzyludzkich, nie zadawałam sobie pytań, by je chcieć dłużej przemyśleć, pogłębić, dlatego nie zrozumiałam wypowiedzi niektórych angielskich czytelniczek, dlaczego dla nich ta powieść stała się tak ważna, że zaliczają ja do tych, które nawet wpłynęły na ich życie. Nie wiem też, co wspólnego ma Dorotea ze św. Teresą, a nie chcę naciągać faktów z książki do tezy autorki.

Ot, lekarz, który okazał się niedojrzały życiowo, więc nie zrealizował swoich zamierzeń zawodowych, lecz w ostateczności nabił kabzę i, nieosiwiawszy, umarł, jest też hołubiona epicka heroina, bogata młoda kobieta szukająca pola do działania poprzez małżeństwa,  do tego oliwa, która na wierzch wypływa, kiedy jest się lokalnym prominentem i pochwała dobrej pracy - to w skrócie temat tej opasłej powieści wiktoriańskiej.

Żegnam bohaterów i miasteczko, nie tęskniąc za nimi. Im bliżej końca to i czułostkowość narratora drażniła: "Ciałem tej wspaniałej kobiety wstrząsały łkania, jak ciałem zrozpaczonego dziecka.", "Ogień gniewu Dorotei nieprędko wygasł i buchał płomieniem w nawrotach pogardliwych zarzutów.", "Nie leżało w naturze Dorotei zamykać się na dłużej w wąskiej celi swojej klęski, w otępionym nieszczęściem poczuciu, że cudzy los to - wobec jej losu - sprawa drugorzędna."2 Ironia i dystans z poprzednich ksiąg nieco się stępiły.

Ludzie szukają szczęścia, łącząc go z drugim człowiekiem, lecz zawodzą się albo sprawiają, że to ktoś zawodzi się na nich. Wady i zalety ludzi widziane poprzez pryzmat prowincji widoczne są jak na dłoni. Miasteczko Middlemarch to romans z niewykorzystanym do końca tłem społeczno-obyczajowym.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. II -s. 468, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga ósma Zachód i wschód słońca, s.349-468]

1 Tamże, s 262-263.

2 Cytaty ze stron 412 -413.

środa, 07 maja 2014

" - Jeśli człowiek zarabia na życie pracą zawodową, może zdobyć pieniądze tylko dzięki przypadkowi."*

Zmierzam do końca lektury słynnej dziewiętnastowiecznej powieści wiktoriańskiej, zaglądam do domostw angielskiej prowincji, poznaję świat bohaterów na tyle, na ile pozwala mi narrator. Problemy osobiste dwóch postaci staną się ważne w siódmej księdze.

Doktor Tertius Lydgate jest zadłużony na tysiąc funtów, więc wierzyciele szacują jego majątek trwały. Rozamunda nie jest oparciem. To szamotanie się z losem, kalkulacje, są bliskie nie tylko bohaterowi literackiemu, lecz człowiekowi w każdej epoce, gdy nie zauważył, że zaczyna żyć ponad stan, mając do dyspozycji tylko pieniądze pożyczone.

Drugą postacią jest pan Bulstrode szantażowany przez dawnego znajomego z "wstydliwych czasów". To znowu ujęcie problemu uniwersalnego. Przeszłość powraca w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Człowiek, przerażony tym, że prawda o dawnym życiu zostanie ujawniona, jest skłonny jedną podłość zasłonić drugą, ale nie zawsze ukrycie tajemnicy jest możliwe, gdyż stanie się wiedzą powszechną przekazywaną pocztą pantoflową. A dodatkowo nasz znajomy Tertius mimo woli zostanie wplątany w kolejną niegodziwość pana Bulstrode. Kto mu pomoże? Dorotea i pastor Farebrother zwierają siły.

Mimo posmaku kryminalnego, analizy podłości, szlachetności i naiwności ta księga jest jak przyczajony drapieżnik, który szykuje się do skoku.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. II -s. 468, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga siódma Dwa pokuszenia, s.243-348]

* Tamże, s. 252.

środa, 09 kwietnia 2014

Polskie wydanie Miasteczka Middlemarch, do którego większość czytelników ma dostęp, składa się z dwóch tomów wydanych w miękkiej oprawie. Na pewno jest to wygodne do poznawania tej słynnej niemal tysiącstronicowej powieści George Eliot. Zatem wymieniłam książkę, otrzymując inną okładkę, i zaczynam dalsze spotkanie z poznanymi bohaterami.

Przede wszystkim absorbuje uwagę związek Dorotei i pana Casaubona, który jest już jedną nogą w grobie, ale ma zamiar zaszkodzić żywym. Właśnie pragnie wymusić przysięgę.

"- Chcę, byś mi powiedziała, z całą pewnością, czy w wypadku mojej śmierci będziesz w dalszym ciągu spełniać moje życzenia: czy będziesz unikała tego, co ja bym dezaprobował, a robiła to, czego bym pragnął."* Na szczęście śmierć była szybsza od Dorotei, która, mimo wzbraniania się, była gotowa poświęcić swoje życie starczym mrzonkom. Jednak to nie koniec, gdyż stary zazdrośnik dołożył do intercyzy przedślubnej kodycyl, który zdaniem panów Chettema i Brooke, uwłacza dobrej opinii wdowy i rodziny.

Jak już wspominałam, odbieram opasłą powieść jak serial obyczajowy z paroma równorzędnie prowadzonymi postaciami. Jeżeli pojawiają się problemy społeczne czy polityczne, to zaraz są zasłaniane innymi zdarzeniami. Być może współcześni autorce lepiej rozumieli owe wprowadzane niedługie dyskusje, ambicje polityczne reformatorów, kandydatów do Parlamentu albo funkcjonowanie ówczesnej angielskiej służby zdrowia. Współczesny czytelnik-obcokrajowiec skupia się na kolejnych wydarzeniach z życia prezentowanych postaci, co czasami może nużyć.

Zatem Dorotea obsadza prebendę w Lowick pastorem Farebrotherem, i to jest dobra nowina dla jego rodziny i przyjaciół.

Młody Fred wraca ze szkół, ale nie uśmiecha mu się funkcja pastora, więc szuka porad, co robić. Zdanie Mary obchodzi go najbardziej.

Will wie, że Casaubon go nie lubi, ale chce widzieć Doroteę. Współpracuje z panem Brooke, który chce kandydować do Parlamentu. Często odwiedza doktorostwo Lydgate. Rozmowy Tertiusa i Willa to wymiana zdań inteligentnych mężczyzn spoza Middlemarch. W pewnym momencie odczuwa, iż jego pracodawca niezbyt chętnie zaprasza go do swego domu, a nawet sprzedaje "Pioniera". Powód zna czytelnik,  lecz nie zna bohater.

Doktor Lydgate czuje ciężar niechęci środowiska zawodowego. Chyba pojawiają się długi, a Rozamunda, mimo że jest słodka, nie darzy już zawodu lekarza sympatią. Jego szpital uzyskuje wsparcie finansowe Dorotei.

Pojawia się tajemnica związana z przeszłością miejscowego bogacza, ascety i chrześcijanina, pana Bulstrode. Poczekam na rozwinięcie tematu, bo zapowiada się interesująco.

O serialu, nawet w wydaniu papierowym, nie pisze się dobrze, gdyż całość dzieła czeka na jakiś jednoznaczny osąd końcowy. Tymczasem ludzie umierają, mają swoje tajemnice, chcą kogoś przechytrzyć, czasami życie nie spełnia ich oczekiwań, niektórzy szukają swej drogi do szczęścia. Nie ma tu osób idealnych.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. II -s. 468, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga piąta Martwa ręka, s.5-124]

* Tamże, s. 61.

środa, 02 kwietnia 2014

"Pod względem towarzyskim społeczność ziemiańska żyła w owych latach w dużym rozproszeniu: z wyniosłych punktów swoich górnych pozycji spoglądała w dół, z trudem rozróżniając poszczególne jednostki w kręgach życia stłoczonego w dole."1

Pogrzeb pana Piotra Featherstone stał się spektaklem zaplanowanym przez samego denata, co wynikało nie tylko z jakiejś próżności, lecz, jak się okazało, chciał po raz ostatni dać prztyczka w nos wszystkim, którzy oczekiwali zapisu. Czas stracony, wydatki poniesione na przyjazd niepotrzebne. Kim jest pan Joshua Rigg, spadkobierca?

Tymczasem w Lowick w domu pana Casaubona w pokoju na piętrze zgromadziło się towarzystwo, by oglądać ten cudaczny pogrzeb i komentować. Są Chettamowie, pastorowa Cadwallader, stryj Brooke, Dorotea jako gospodyni domu. Uczestnicy pogrzebów są zawsze interesującym materiałem obserwacyjnym dla postronnych.

Ponieważ każda księga jak serial to kolejne dni, miesiące życia wyodrębnionych mieszkańców, z którymi zawarliśmy już znajomość, więc zwracamy uwagę na kolejne odsłanianie charakterów i postaw lub wprowadzanie nowych wątków, reagowania na aktualne sprawy społeczne. W tym wypadku jest to zwrócenie uwagi na zarządzanie majątkiem i traktowanie farmerów (chłopów). Stryjaszek Dorotei nie jest wzorem do naśladowania. Może przywrócenie do łask Kaleba Gartha coś zmieni. Inny temat to zakup przez pana Brooke tytułu prasowego ("Pionier") i zatrudnienie w niej Ladislawa, co wywołuje całą lawinę irytacji ze strony pana Casaubon i państwa Chettamów (tych bardziej interesuje atak prasowy na stryjaszka przypuszczony przez "Trąbkę"). Pastorowa Cadwalladerowa skwitowała ów fakt: "To wina Tomasza z Akwinu [nawiązanie do rzymskiego obrazu, do którego pozował pastor]. Czemu nie użył swych wpływów, żeby Ladislawa zrobili jakimś attaché albo żeby wyjechał do Indii? W ten sposób wiele rodzin pozbywa się swoich kłopotliwych latorośli."2 Stosunek do obcego w małomiasteczkowym środowisku nie jest przychylny, bo Will "ma obcą krew", jego dziadek był Polakiem, a ponadto "Krążą o nim historie, że to cudzoziemski gryzipiórek, obcy agent i co tam jeszcze."2 Miejscowa społeczność nie należy do otwartych i tolerancyjnych. Zostawmy na razie to rozplotkowane towarzystwo.

Zauważamy, iż Ladislaw, darzony sympatią przez narratora, umysł niezależny, bardziej pasuje do Dorotei niż jej stary mąż. W towarzystwie młodego człowieka chętniej wypowiada swoje zdanie, nie czuje lęku, wstydu. Przywiązanie i matczyna niemal opiekuńczość skierowana do chorowitego męża są dla niej w tej chwili najważniejsze. Jednak wredny pan Casaubon ogarnięty zazdrością i niechętny wizytom młodego krewnego, również coś knuje.

Fred Vincy, leniwy hultaj,  rozczarowany brakiem spadku musi poważniej myśleć o swojej przyszłości. Rozamunda i doktor Lydgate wiją gniazdko.

Zmęczyła mnie ta księga, która sugeruje, iż zarysowane sprawy społeczne i pewne rozgrywki polityczne są ważne. Ja, nie mając odpowiedniej podbudowy historycznej, ich nie czuję, toteż większą uwagę zwracam na relacje między postaciami i niektóre dyskusje.

Księga czwarta kończy pierwszy tom polskiego wydania.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga czwarta Trzy problemy miłosne, s. 377-499]

1 Tamże, s.382-383.

2 Tamże, s.445, 444.

środa, 19 marca 2014

"... w Midlemarch bowiem różnice społeczne były bardzo subtelne i starzy fabrykanci, podobnie jak książęta, utrzymywali związki wyłącznie z równymi sobie, świadomi swojej przyrodzonej wyższości społecznej, która znajdowała bardzo zdecydowany wyraz w praktyce, choć nie sposób było określić teorii."1

W kolejnej księdze mamy okazję poznać nowych bohaterów - rodzinę Mary Garth  z jej ojcem Kalebem Garthem na czele. Zaprowadzi nas do nich nieroztropny młody człowiek o słabym charakterze, czyli Fred Vincy. Wpierw z grona przyjaciół wybiera najsłabsze ogniwo, by otrzymać podpis jako poręczenie weksla, a potem gdy nie może spłacić pożyczki, idzie się kajać. "W tym jednak momencie zobaczył samego siebie jako szubrawca, który okrada dwie kobiety z ich oszczędności [Mary i panią Garth, która oszczędzała na czesne dla syna]."2  Sam Kaleb Garth, człowiek dobroduszny i poczciwy, mu przebacza, bo zawsze chce widzieć tylko dobre strony człowieka. "Od wczesnych lat ambicją jego był owocny trud w tym wzniosłym trudzie, który w szczególny sposób uszlachetniał, nazywając go "pracą". Przedsiębiorca, samouk, robotnik, gdy trzeba było, realizował swoją pasję życiową, pozostając ubogim, ale ani on, ani rodzina tym się nie przejmowała. "Uważam swoich rodziców za najlepszą cząstkę samej siebie."2 - powie Mary. Zaskakujące to jest na tle postaw innych osób. Rodzina Vincy liczy na spadek po panu Piotrze Featherstone, podobnie jak inni członkowie najbliższej rodziny, którzy zjechali do Stone Court, by czuwać nad przebiegiem zdarzeń. To opowiadanie ironiczne, ale i dramatyczne, gdy uczciwość zderzy się ze zbyt późną decyzją ostatecznego zamknięcia ziemskich spraw.

W matni znajdzie się doktor Lydgate, którego wizyty w domu burmistrza i nie tylko zawodowe rozmowy z Rozamundą zostaną wzięte na języki lokalnych plotkarzy. Żenić się? Doktor zdobywa nowych, liczących się w środowisku pacjentów.

Nie wolno nam zapomnieć o kolejnych znajomych. Państwo Casaubonowie są już w Lowick Manor. Analiza niedobrania małżonków i niespełnienia oczekiwań szczególnie ze strony Dorotei w dalszym ciągu jest drążona przez narratora, który przenika myśli swojej bohaterki i dokonuje ocen. "Małżeństwo, które miało być jej drogą ku zajęciom godnym i przydatnym, nie uwolniło jej od przygniatającej swobody pani ziemiańskiego dworu;nie wypełniło nawet jej wolnego czasu rozpamiętywaniem radości, jaką niesie niepohamowana czułość. Kwitnąca, pulsująca młodość zamknięta została w duchowym uwięzieniu, stanowiąca jedno z zimnym, bezbarwnym, zawężonym krajobrazem, nieczytanymi książkami i upiornym jeleniem [na gobelinie w pokoju] w bladym fantastycznym świecie, który zdawał się niknąć w świetle dnia."3 Niepokój, który wydobył młody Will w czasie rzymskiej rozmowy, będzie się rozwijać.

Tymczasem pan Casaubon, robiąc w kontrakcie ślubnym hojny zapis, by znalazła wszystko, co potrzebne do szczęścia, miał otrzymać rozkosze rodzinne oraz kopię samego siebie, która po nim zostanie, jak pisali poeci szesnastego wieku. W XIX wieku o kopii nie było już mowy, bo sam zainteresowany miał problemy natury badawczej, czyli podjęcia decyzji wydania owego klucza do mitologii świata, nad którym pracował lata. Teraz możemy poznać, w czym tkwi problem autora niewydanej, a nawet nieukończonej pracy - zwyczajna niepewność i obawa przed krytyką uczonych.

Żeby zaostrzyć czytelniczy apetyt, zapowiada się wizytę młodego Ladislawa, którego wprawdzie pan Casaubon nie chce przyjąć (zazdrość), ale zaprasza go stryj Brooke, oczekując partnera do rozmów. Co z tego wyniknie?

Wątki uczuciowe, finansowe, ale też stosunek do pracy i jej plonów zostają podkreślone w tej księdze. Proza obserwacyjno-analityczna angielskiej pisarki obfitująca w sentencje, złote myśli staje się kroniką życia przeciętnego miasteczka angielskiego XIX wieku.

____________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga trzecia Czekanie na śmierć, s.269-376]

 1 Tamże, s. 274.

2 Tamże, s. 293, 304.

czwartek, 13 marca 2014

Księga druga wprawdzie zaczyna się od wyjaśnienia sprawy Freda, pozwala jeszcze raz spojrzeć na sytuację Mary Garth, ale autorka ich porzuca, gdyż istotniejszy staje się pan Bulstrode, bankier wżeniony w rodzinę Vincy i Featherstone. Jego pochodzenie jest nieznane mieszkańcom, gdyż "... mniej wyrafinowani chcieliby wiedzieć, kim był jego ojciec i dziad, jako że od ćwierćwiecza nikt tu nie słyszał o żadnych Bulstrode'ach."1 Człowiek surowych zasad, dla którego nawet rozkosze stołu nie miały żadnej wartości, zajmuje się uruchomieniem szpitala zakaźnego połączonego ze starą infirmerią, w którym zatrudnienie znajduje młody dwudziestosiedmioletni doktor Lydgate. Celem spotkania stanie m.in. wywarcie  aksamitnego nacisku na lekarza, by zagłosował w sprawie zatrudnienia kapelana szpitalnego z pensją 40 funtów na protegowanego bankiera wielebnego Waltera Tyke a nie słynącego z pięknych kazań pastora Farebrothera. Młody doktor wprawdzie niczego nie obiecuje, trochę buntuje się wewnętrznie, potem poznaje pastora, protagonistę miejscowego bogacza, znajdując w nim partnera do rozmów o nauce, ale w decydującym momencie głosowania okazuje się konformistą znajdującym usprawiedliwienie dla własnej decyzji. Rozdziały z nowym lekarzem stają się okazją do dłuższej tyrady narratora na temat stanu medycyny, reform, co uzupełniają rozmowy o niej prowadzone przez niektóre postacie. Przy okazji przyglądamy się  Lydgate'owi od strony jego zalet i wad, a nawet przypisanego mu zarozumialstwa z gatunku aroganckich. "Jednym słowem, Middlemarch liczyło na to, że Lydgate łatwo da się połknąć i zasymilować."1 O Rozamundzie pamiętamy i obserwujemy ją w dalszym ciągu.

"Ja w każdym razie mam dostatecznie dużo roboty z rozsupływaniem nici pewnych ludzkich losów i śledzeniem, jak się ze sobą splatają i przeplatają, dlatego całe światło, jakie mam do dyspozycji, musi być koncentrowane na tym jednym wątku i nie może się rozpraszać po jakże interesującym terenie wzajemnych odniesień, nazywanym wszechświatem."2 - wyjaśnia narrator, przystępując do prześwielenia doktora, medycyny i lokalnej rady zaangażowanej w sprawy lokalnego lecznictwa i wyboru kapelana.

 Akcja księgi drugiej dzieje się w salonach, sali zebrania, raz sali muzealnej, a za murami jest jakiś (podkreślam - jakiś) krajobraz, domy, miasta. W tej części wydarzenia skupione są właśnie w pomieszczeniach. To tam rozmawia się, narrator odkrywa myśli i wątpliwości postaci, ale też bawi się nimi jak marionetkami, pozwalając sobie na współczucie, głaszcząc po głowie lub wbijając szpilki ironii. Oprócz eksponowanych w danym momencie bohaterów rysuje się nam mgliście portret zbiorowy społeczności Midlemarch.

Porzucając miasteczko, wszystkowiedzący narrator  przenosi czytelnika do Rzymu, gdzie wcześniej wyekspediował w podróż poślubną Doroteę i pana Casaubona. "jej stosunek do niego jako małżonki stawał się wraz z niedostrzegalnym ruchem wskazówek zegara coraz bardziej odmienny od wszystkiego, co się dotychczas składało na jej dziewczęce sny. Jeszcze było za wcześnie, by mogła sobie w pełni uświadomić, a choćby przyznać przed samą sobą, że dokonała się zmiana (...) Nieustanny bunt, życie bez ładu, bez czcigodnego celu, któremu oddałaby serce, było dla niej niemożliwe, a w dodatku sama siła jej natury zwiększała jeszcze wewnętrzny zamęt."3 By zasiać niepokój w serduszku naiwnej i smutnej Dorotei, potrzebny jest przewodnik. I znajduje się taki. To Will Ladislaw, który wskazuje na bezcelowość domniemanej epokowej pracy jej małżonka, jego pracy dla samej pracy dokumentującej coś, co już dawno zostało wykorzystane przez innych badaczy tematu mitologii świata. Między młodymi nawiązuje się nić sympatii i współczucia ze strony Willego: "... W Lowick: zostanie pani żywcem pogrzebana. Myśl o tym doprowadza mnie do szału!"3

Księga druga zamknięta. Szykują się zmiany w życiu bohaterów. Dokąd ich zaprowadzą?

***

Trzynastego - wszystko zdarzyć się może..., więc z czwartku zrobiłam środę ;-)

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga druga Starzy i młodzi s.147-268]

1 Tamże, s.150, 185.

2 Tamże, s. 171.

3 Tamże, s. 234, 263.

środa, 05 marca 2014

Czytam bez fundamentów historycznych po pobieżnym zapoznaniu się ze wstępem tłumaczki. Czas akcji powieści wrzesień 1829 - maj 1832 r. mieści się w epickiej panoramie momentu przełomowego w dziejach Anglii z punku widzenia prowincji. To okres reform w polityce, religii, rolnictwie, produkcji, medycynie czy transporcie.

 George Eliot, czyli Mary Ann Evans zaprasza do Middlemarch. Pierwsza część to Panna Dorotea Brooke.

"Prawdziwie cudowne małżeństwo to takie, gdzie mąż jest jakby ojcem, zdolnym nauczyć żonę nawet hebrajskiego, gdyby tego chciała."1

Bohaterowie wprowadzani są stopniowo, a i problemy ich dotyczące albo te, którymi żyje środowisko, przekazywane są w różnych proporcjach. Na początku uwaga koncentruje się na rodzinie Brooke, której gniazdo rodowe mieści się w Tipton Grange. Stryj sprawuje opiekę nad dwiema bratanicami, z których najstarsza dochodząca do dwudziestu lat niedługo będzie pełnoletnia. Wprawdzie dominującym tematem będzie zamążpójście i wybór kandydata, to jednak nieodzowne stanie się wskazanie postrzegania roli społecznej kobiet, ich zdolności intelektualnych przez mężczyzn, ale i ukształtowania umysłów kobiet przez wychowanie nakierowane na ich obowiązki w rodzinie. George Eliot przygląda się bohaterom z wielu stron. Każe im się wypowiadać, odkrywa skryte myśli, wątpliwości, odkrywa naiwność, przebiegłość, chytrość, nadzieje, wrażliwość i brutalność. Kiedy uzna za stosowne, ustami narratora uporządkuje postrzeganie postaci i ich decyzji. Język narracji snuje się dostojnie w tempie spaceru, przejazdu konno albo faetonikiem. Tak poznamy okolice Middlemarch. Każdy rozdział wprowadzany jest bardziej albo mniej znanym cytatem.

Dorotea Brooke, nazywana przez siostrę Dodo, to młodziutka sawantka zafascynowana niebanalną literaturą taką jak "Myśli" Pascala, z których wiele fragmentów zna na pamięć. Szuka nauczyciela i mistrza. I wybiera nie młodego panicza, z którym mogła zrealizować swoje plany architektoniczne chat farmerskich, lecz ponad czterdziestopięcioletniego pana Casaubona, dobrze sytuowanego duchownego anglikańskiego o poważnych ambicjach naukowych, którego pani Cadwallader ironicznie nazwie "Cycero z Lowick".

Wystarczy, że przeczytamy tylko jedną księgę, by uznać, iż George Eliot ma dar układania fraz w złote myśli ujawniające a czasami obnażające poglądy społeczeństwa, którego przedstawicielami są bohaterowie.

Dorotea  drażni swoim pewnym wyborem, naiwnością, potulnością, idealizowaniem przyszłości. W wypowiedzi charakteryzującej czytamy: "Miała filozoficzny umysł, który ze swej istoty tęsknił za jakąś wzniosłą koncepcją świata, obejmującą również parafię Tipton oraz jej, Dorotei Brooke, reguły postępowania w tej parafii; uwielbiała wielkość i intensywność i natychmiast akceptowała wszystko, co w jej oczach nosiło ich znamiona".2 Panna o tak zdecydowanych poglądach i celach  pragnąca się rozwijać intelektualnie i pracować społecznie wybiera mężczyznę dojrzałego, nie pięknego, chorowitego.

"... w porównaniu z nim moje myśli to miernota. A jeszcze jego uczucie, jego doświadczenie - to całe jezioro w porównaniu z moją małą kałużą."2

"Przyszło Dorotei do głowy, że pan  Casaubon, być może pragnie się z nią ożenić, a ta możliwość wzbudziła w niej coś w rodzaju uniżonej wdzięczności. Jakaż by to była dobroć z jego strony!"

"Jestem bardzo wdzięczna panu Casaubonowi. Jeśli mi się oświadczy, przyjmę go. Jest mężczyzną, którego najbardziej na świecie podziwiam i czczę."

"Małżeństwo to stan wyższych obowiązków. Nigdy nie myślałam o nim jak o osobistej przyjemności jedynie - mówiła biedna Dorotea."

A pan Casaubon? Jakie są jego poglądy, wszak to on dokonał wyboru i oświadczył się? Poprowadzi nas narrator.

"... postanowił poddać się całkowicie strumieniowi uczuć i z pewnym chyba zaskoczeniem stwierdził, jak niezwykle płytki jest to strumyk. Tak jak w rejonach suchych chrzest przez zanurzenie dokonywany bywa już tylko symbolicznie, tak i tu okazało się, że panu Casaubonowi zamiast kąpieli musi wystarczyć kilka kropel wody z tego strumyczka; wyciągnął wniosek, że poeci ogromnie przesadzali, opisując siłę męskich namiętności."3

Gdy źle pomyślimy o starym kawalerze, który zmienił stan cywilny, od razu zostaniemy doprowadzeni przez narratora do właściwej drogi interpretacyjnej. Podejrzewamy jednak, że zdolność operowania przez niego ironią i humorem podkreślającym ludzkie śmiesznostki jest grą, której się poddajemy, przyjmując reguły,  i z chęcią wyszukujemy słów ujawniających dystans opowiadacza historii.

Młode małżeństwo wysłane zostanie w podróż poślubną do Rzymu i jest to okazją, by zetknąć się z innymi bohaterami, którzy zarzucili już wcześniej przyczółki na brzegu akcji.

Celia wydaje się być osobą trzeźwo myślącą o życiu. Stryj Brooke uczciwie przedstawia kandydatów do małżeństwa i nie naciska bratanicy do swego wyboru. W rozmowie lubi zmieniać tematy. Ma pewne ambicje na przyszłość związane z wejściem do parlamentu na fali reform("stanęliście po stronie Peela w Kwestii Katolickiej"). Ujawniła się nam również koalicja plotkarzy. Zaś Chettam, niedoszły narzeczony:

"Niewątpliwie mężczyźni, którym brak własnych pomysłów, mogliby pod dobrym, kobiecym kierunkiem stać się bardzo pożytecznymi członkami społeczeństwa, gdyby im się poszczęściło z wyborem szwagierek."4

Nie należy zapominać o młodym Willim Ladislawie, krewniaku Edwarda Casaubona, w którym płynie polska krew. To człowiek wrażliwy interesujący się sztuką.

Po opuszczeniu Tipton i Lowick, przenosząc się do Middlemarch i Stone Court stykamy się z nowymi ludźmi, co będzie wykorzystane w kolejnych częściach.

"- Ten młody Lydgate, nowy doktor. Myślę, że znakomicie zna się na medycynie."(...)5 Zanim pojawi się na stronach książki osobiście, poznajemy opinie na jego temat. Niezamożny, dobrze wykształcony młody człowiek z ambicjami w wykorzystania najnowszej wiedzy medycznej staje się obiektem obserwacji, ale i ktoś zagnie na niego parol. Rodzeństwo Fred i Rozamunda Vincy to kolejna para bohaterów, na których trzeba będzie zwrócić uwagę, a pojawiają się w ostatnich rozdziałach pierwszej części. Fred narobi sobie kłopotów, ale spotka Mary, bo to "Najlepsza dziewczyna, jaką znam."5

Relacja z czytania jest zawsze niewiadomą, czy zwracamy uwagę na właściwe osoby, wypowiedzi i opinie. Będzie jednak okazja do sprostowania, nowego spojrzenia na rozwijające się wątki i postacie.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa[2005]. [Księga pierwsza Panna Dorotea Brooke s.13-146; poprzedzona Preludium]

1 Tamże, s. 19.

2 Tamże, s. 16, 37, 40, 53, 55.

3 Tamże, s. 80.

4 Tamże, s. 47.

5 Tamże, s. 113, 146.

środa, 16 stycznia 2013

Czyżby czas był za ciasny dla wszystkich zdarzeń?

Zacznijmy obrazowo. Na nitkę nałożono koraliki-zdarzenia w ciągu przyczynowo-skutkowym, ale - o dziwo - znalazły się fakty, które nie zajęły swego miejsca w szeregu wydarzeń usytuowanych w czasie. Czymże zatem jest czas wobec zaistniałych zdarzeń? Czy może być rozdany, rozdzielony, rozebrany, niedostępny  dla spóźnialskich faktów? Znowu Schulz obrazowo wprowadza czytelnika w swój zamiar prowadzenia narracji i obrazowania - tym razem posługuje się pociągiem i torami równoległymi do wytyczonej jazdy, równoległymi wobec głównego nurtu historii indywidualnej. To ślepe tory czasu, które jednak nie wywołają wstrząsu u czytelnika.

Zatem w drogę, która zatrzyma się w domu rodzinnym Józefa, tego, który odnalazł Autentyk. Chłopiec akurat odkrył swoją pasję, doznaje wstrząsu twórczego, maniakalnie kreując świat, przenosząc swoje wizje na każdy dostępny mu papier. Trawi go wewnętrzny ogień, które otoczenie widzi, ale nie rozumie w pełni, nie uczestniczy w nim. Świat kreatora można tylko dostrzec po efektach, wziąć rysunki lub wytapetować nimi kuchnię. Ręka jest wyrazicielem myśli, wizji, bierze udział w nadawaniu kształtów, dobieraniu kolorów. Pokój samotnego twórcy łączy się z otoczeniem poprzez okno. I ta granica zostanie przekroczona, gdy na pustym placu ujrzy Szloma. Twórca i nawrócony grzesznik, nieważne, że tylko na jeden dzień, spotkają się, by określić swoje priorytety.

"-Jesteśmy teraz sami w całym rynku, ja i ty (...).
- Ja i ty - powtórzył ze smutnym uśmiechem - jak pusty jest dziś świat.
Moglibyśmy podzielić go i nazwać na nowo - taki leży otwarty, bezbronny i niczyj."

Oto nadarza się okazja do napisania nowych dziejów, jak się marzy Józefowi myślącemu jednocześnie o Mesjaszu, który niepostrzeżenie może zejść na ziemię.
Życie to przekraczanie granic, toteż i Szlomo wejdzie w progi domu, by obejrzeć rysunki. Ocenia je jak koneser: "... świat przeszedł przez twoje ręce, ażeby się odnowić, ażeby zlenić się w nich i złuszczyć jak cudowna jaszczurka." Złodziej całkiem realny rozumie złodzieja świata, który kieruje go na nowe tory.

Największa tajemnica - Autentyk - zostaje zestawiona niechcący z ubraniem i ozdobami Adeli. Znowu wspomnienie stworzenia świata zatrzymuje się refleksją na temat dnia siódmego. Pantofelek Adeli staje się prowokacją, pożądaniem, zapowiedzią - niewiadomą.

Czas boski, czas człowieczy, czas twórczy jest nieustannie w ruchu. Chwilą, procesem, przypadkiem, marzeniem, odkryciem.

______________________

Na podstawie opowiadań Sanatorium pod klepsydrą: Genialna epoka.
Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, wyd. II, s. 328, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.

środa, 09 stycznia 2013

Nazywam ją po prostu Księgą...

dostrzeżoną w dzieciństwie połączoną w pamięci  związkiem z ojcem zanim nastała era matki. To była epoka pokoju, własnego świata, który wtedy całkowicie wystarczał. Wzrok ślizgał się po kartkach, literach, obrazach potrafiących wstawać, gdy wiatr szedł przez jej stronice. To był też czas mieniących się, przejrzystych baniek mydlanych puszczanych przez ojca. Czas wyidealizowany, dziecięca Arkadia.

Obraz Księgi powróci po latach, a wspomnienie zmusi do usilnych poszukiwań, domagania się jej obecności. I to nie Biblia tak wryła się w pamięć, którą z wyrzutem nazwie skażonym apokryfem, tysiączną kopią, nieudolnym falsyfikatem (To tylko pozornie obrazoburczy cytat wyrwany z kontekstu innych tekstów Schulza). Zatem  czym była owa Księga?  W gruncie rzeczy istnieją tylko książki. Księga jest mitem, w który wierzymy w młodości, ale z biegiem lat przestaje się ją traktować poważnie. - tak objaśnia ojciec. Księga jest znakiem powrotu do czasów dzieciństwa, nieskażonej, wolnej wyobraźni. Poznajemy ją jednak z odnalezionego strzępu, luźnych kartek będących namiastką pierwotnej tajemnicy. Artykuł, ilustracje zdają się świadczyć, iż był to oprawiony rocznik tygodników z artykułami o kuriozach naszego świata. Historia włosów Anny Csillag, ogłoszenia, anonse, sprawy codzienne i czysto poetyckie, całe bogactwo świata i wyobrażeń utrwalonych na papierze. Tam żyły miejsca, krajobrazy, postacie, piosenki, dźwięki katarynki, harfy, które witały się z czytelnikiem i żegnały po odwróceniu kartki, a nawet postaciom i zdarzeniom nadawały nowe życie. To był Autentyk, święty oryginał, proza codzienności. Bo zwykłe książki są jak meteory. Każda z nich ma jedną chwilę, moment taki, kiedy z krzykiem wzlatuje jak feniks, płonąc wszystkimi stronicami. Dla tej jednej chwili, dla tego jednego momentu kochamy je potem, choć już wówczas są tylko popiołem. ... wszystkie książki dążą do Autentyku. A potem już tylko nastąpi epoka genialna. Tak Schulz zapowiada dalsze opowiadania Sanatorium pod klepsydrą. W imię boże tedy - wsiadajmy i odjazd!.
______________________

Na podstawie opowiadań Sanatorium pod klepsydrą: Księga.
Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, wyd. II, s. 328, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.

środa, 05 grudnia 2012

"... każdemu jękowi trąby odpowiadał wielki, roześmiany chór tłumu."

Podążam za słowami Brunona Schulza, omijając mądre opracowania krytycznoliterackie, eseje, wnikliwe analizy, by zasmakować w bogatej wyobraźni ujętej we frazy,  w obszarach przestrzeni, niepewności, zawieszeniu między światem realnym, tym równie realnym w świadomości i snach na jawie narratora, dziwnej deformacji będącej efektem innego patrzenia i oceny, wrażliwości na poezję i kolory życia. Gdzieś na drodze wyrazów spotykam przemyślenia wynikające z lektur, twórczego wykorzystania stylów klasyków, rozpasanych środków stylistycznych. Nagle otwierają się drzwi poznanych wątków, by zaskoczyć nowym obrazowaniem, odczuwaniem zdarzeń stworzonego świata, formującej się arkadii w prowincjonalnym mieście. Swoisty mikrokosmos ludzi, rzeczy, przyrody, miejsc i teorii staje się miejscem oswojonym, bezpiecznym a zarazem narażonym na powiew zmian, niepokój pewnej destrukcji, zagłady tradycji.

Poetyka opisu wichury wpisuje się w najlepsze tradycje zabiegów personifikacji i animizacji, rytmu sejmikowania, który rozpoczął się od melodii strychu. "Tam zaczęły się te czarne sejmy garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe flaszkowania, bulgoty butli i baniek." "Strychy wystrychnięte ze strychów..." I poszła wichura w miasto, by tańczyć posępnie przez trzy dni i trzy noce. Próg domu, okna, drzwi stają się granicą dwóch światów: pełnego ciepła mieszkania i grozy ciemności, kotłowaniny żywiołu poza nim. Zdarzenia i zjawisko widziane oczyma dziecka, które nie poszło do szkoły, odbierane jego zmysłem słuchu, przekazane zostało pamięci dorosłego JA. Odczucie zagrożenia, nerwowy niepokój, chęć niesienia pomocy udziela się domownikom, bo i ognia  nie można rozpalić, a i ochrona dobytku przez matkę i Adelę staje się niezbędna. Niezwykłości sytuacji dodają wizyty zbłąkanych zakutanych w szale i opończe mieszkańców miasteczka, w tym ciotki Perazji. Konflikt Adeli i ciotki staje się nowym rodzinnym spektaklem. Wichura na dworze i furia złości w domu do czasu, "gdy żałosny ten proces dobiegł do swego naturalnego końca." Przecież  "umacniało się w nas przekonanie, że cała ta burza była tylko donkiszoterią nocną, imitującą na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne bezmiary, kosmiczną bezdomność i sieroctwo wichury."

Równie niezwykły staje się spektakl nocny w sklepie kupca bławatnego Jakuba w nadliczbowym trzynastym miesiącu. Bele materiału w kolorach jesieni czekają na swoje przeznaczenie. Nastrój Wielkiego Sezonu udziela się wszystkim w miasteczku. "... sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełku kupujących." Wprowadzenie-komentarz, opis, opis sytuacji, niemal reportaż malowniczo przesuwa się słowami, prowadząc w ów nocny dramat pożądania i żalu za stratą oraz kolejne odkrycie egzystencjalne ojca, które go przygniata do ziemi. Na osobną uwagę zasługuje żywy fresk z motywem starotestamentowym z ojcem-Mojżeszem. Wielki sezon i martwy sezon są jak wielki spektakl operowy z tragicznym finałem. Męka twórcza, przekazanie pracy tłumowi i niepokój i przygnębiające odkrycie.  "Kot wył się w słońcu." Oto nowy dzień.

Dwa ostatnie Wichura i Noc wielkiego sezonu zamykają Sklepy cynamonowe, zbiór wyjątkowych w naszej literaturze opowiadań lub luźno formowanej powieści, jak chcą niektórzy. Od 1934 roku nie zestarzał się sposób kreacji świata, zachwyca świeżością, przenikliwością obrazowania, odkrywczym postrzeganiem szczegółów, rozterkami bohaterów i narratora.

Jerzy Ficowski napisał: "Autonomiczny świat Schulza tłumaczy się sam przez się i nie wymaga odwoływania się do psycho-biograficznej genezy, skoro osobiste stało sie powszechnym, a prowincja - światem.".
______________________

Na podstawie opowiadań Sklepów cynamonowych: Wichura, Noc wielkiego sezonu.
Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, wyd. II, s. 328, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.

Projekt okładki z 1933 r. - z internetu.

 
1 , 2