| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Lekturnik

wtorek, 27 stycznia 2015

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem. 

(Antoni Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich, fragm.)

Ideałem jest spójność pięknego języka, elegancji stylu, zajmującego tematu, wyważonego stanowiska autora, bogactwa "nieprzegadanych" faktów. Jeżeli książkę poznaje się dzięki pracy tłumacza i zachwyt nad powyższymi elementami dzieła zostaje zachowany, to włożony trud  połączy pisarza, tłumacza i czytelnika, dając satysfakcję właściwej realizacji celów. Zachwycona niewielką objętościowo książką Pańska jest ziemia chcę zachęcić do poznania świata, który odszedł, a widzianego oczyma i duszą syna tej ziemi Abrahama Joshui Heschela (1907-1972), wybitnego filozofa i teologa. Styl autora, jak zauważa czytelnik a potwierdza w posłowiu tłumacz, jest pełen porównań, metafor, aforyzmów, poetyckiego obrazowania i dlatego oddziałuje na intelekt odbiorcy, skłaniając go do współuczestniczenia duchowego w sposobie przyjmowania treści. Wielkość zdobyczy cywilizacyjnych narodu mierzy się według prostego kryterium: ilości i jakości duchowej treści w codziennej egzystencji - jak stwierdza autor i co będzie analizował w kolejnych rozdziałach na konkretnych sytuacjach życiowych. "To, co twórcze, pochodzi z wrażliwego połączenia z tym, co w rzeczywistości odwieczne..." Omawiana pozycja wydawnicza opowiada o złotym okresie żydowskiej historii, historii żydowskiej duszy na terenie Europy Środkowo-Wschodniej. Należy jeszcze dodać, iż autora nie interesowały takie aspekty egzystencji jak syjonizm, żydowski socjalizm, odbudowa Izraela, szeroko omówiony rozwój nauki i sztuki, język oraz modernizacja żydowskiego życia i dostosowanie go do nowych warunków życia. Te zastrzeżenie podał już we wstępie, więc otrzymujemy pewien wyidealizowany obraz, ale podkreślający to, co jest niezmienne, co gwarantowało przetrwanie w każdej przestrzeni i zachowanie własnej tożsamości. Może to był przykład pokojowego (niemal - wyłączywszy postawy antysemickie i pogromów), choć często bez asymilacji, współistnienia kultur, którego dzisiaj w Europie Zachodniej brakuje.

W portrecie zbiorowym wkracza się w takie dziedziny egzystencji jak na przykład czytanie Tory, nauczanie Talmudu, pobożność, szabat, obchodzenie świąt, chasydyzm, interpretowanie kabały. Eseista omawia też dwie wielkie tradycje grupy sefardyjskiej i aszkenazyjskiej.

"... to, co autentycznie cenne, spotykamy raczej w Królestwie Czasu niż Królestwie Przestrzeni. (...) Uczucia, myśli są nasze własne, podczas gdy posiadany dobytek jest nam obcy i często zdradliwy. Być jest czymś bardziej istotnym niż mieć." Wartościowanie, oceny pojawiające się w eseju Abrahama Joshui Heschela chwilami można odczytywać nie jako słowa traktujące o Żydach, ale o nas, naszej ziemi, naszym życiu, wartościach duchowych, wyborach, postawach, przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

Książka pisana po wojnie miała na celu ocalenie od zapomnienia śladów życia duchowego, bo "Świat przepadł. Wszystko, co pozostało - to sanktuarium ukryte w królestwie ducha. Nasze pokolenie [autora] wciąż jeszcze posiada do niego klucz. Jeśli nie będziemy pamiętać, jeśli go nie otworzymy, świętość wieków pozostanie tajemnicą Boga. (...) Jeśli zgubimy klucz, utracimy samych siebie." Dodać należy jeszcze przytoczone słowa nieżyjącego już tłumacza Henryka Halkowskiego "Należy walczyć ze stereotypem, że Polska jest przede wszystkim krajem, w którym Żydzi ginęli - a wszystko, co istotne w życiu i kulturze Żydów związane było z innymi krajami; że Żydzi żyli w Niemczech, Czechach, Holandii, Francji, Austrii,na Węgrzech - a do Polski przywieziono ich dopiero po to, aby ich zamordować." Esej Heschela jest dowodem tego, że złoty okres żydowskiej kultury rozwijał się na ziemiach Europy Środkowo-Wschodniej. "Setki małych miast, które były jak święte księgi. Każde miejsce było wzorem, przejawem, drogą judaizmu."

Czytelnik zwróci jeszcze uwagę na klimatyczne drzeworyty Ilyi Schora, które są jak dźwięki nostalgicznej muzyki.

***

Wpis poświęcony pamięci sąsiadów rodziny, którzy zostali rozstrzelani i wrzuceni do wykopanych przez siebie dołów, zginęli w obozach pracy lub zostali zamęczeni w Bełżcu. W 70 rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau.

"Ludzkość nie ma wyboru pomiędzy religią a neutralnością. Bezbożność to nie opium, lecz trucizna."

______________________

Abraham Joshua Heschel, Pańska jest ziemia. Wewnętrzny świat Żyda w Europie Wschodniej / The Earth Is the Lord's: The Inner World of the Jew in Eastern Europe, przeł. Henryk Halkowski, wyd. I w tej edycji, s.192, Wydawnictwo ESPRIT, Kraków 2010.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Jakie powinny być okładki powieści kryminalnych? Mają wprowadzać nastrój, epatować okrucieństwem, krwią, narzędziem zbrodni, kolorem? Często okładka książki nieznanego autora zachęca do kupna, wypożyczenia lub zniechęca, skłania do odłożenia. Jednak gdy jest informacją o cyklu już czytanych utworów znanego autora, staje się obowiązkiem sięgnięcia po kontynuację. Znak, który wydaje powieści Marka Krajewskiego, wybiera charakterystyczne projekty graficzne nawiązujące do elementów treści, przerażające jakąś brutalnością skierowaną do jeszcze nieznanej przyszłemu czytelnikowi ofiary. To widzimy na okładce Władcy liczb, kolejnej pozycji z Edwardem Popielskim jako detektywem współpracującym z kancelarią mecenasa Becka, który na prośbę hrabiego Władysława Zaranek-Platera poza strukturami milicyjnymi w powojennym Wrocławiu ma zdobyć informacje o niepoczytalności ekscentrycznego matematyka i wyjaśnić tajemnicze zgony.

Siedemdziesięcioletni były lwowski komisarz już jedenaście lat mieszka w nowym mieście, tęskniąc za Lwowem i ludźmi, za tym co już nie wróci. W tle zadań śledczych, które prowadzi, pojawia się nowe polskie miasto, które nie zaleczyło swoich wojennych ran, a nowe społeczeństwo nie uformowało się jeszcze w spójny, wielkomiejski organizm. Zresztą autor w tej materii poznawczej słabo wspiera czytelnika, rzucając mu pojedyncze kostki układanki codzienności mieszkańców. Popielski poci się, męczy, korzysta z bystrości swej kuzynki Leokadii, chce ogarnąć ową teorię Belmispara, by poddać się i pozostawić historię swemu synowi Wacławowi. Narracja opiera się na relacjach obejmujących 1956 rok, a więc czas zdarzeń, 1975 rok - to czas spisywania historii trzech niezakończonych śledztw będących testamentem skierowanym do Wacława Remusa i 2013 rok obejmuje działania wspomnianego syna i ostateczne zamknięcie śledztwa. Ekwilibrystyka czasowa nie przeszkadza, pomysł rozwiązania zagadki bardzo pomysłowy, ale czuje się pewien przesyt bohaterem i miejscem akcji. Wiadomo, że na pewno Wacław Remus otrzymał w spadku jeszcze jedno zadanie do wyjaśnienia, by sprawiedliwości stało się zadość. Zakończenie w bieżącym roku w nowym tomie. Czym nas zaskoczy autor?

______________________

Marek Krajewski, Władca liczb, s.320, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

niedziela, 25 stycznia 2015

Skarby zawsze pobudzały wyobraźnię, dając impuls do poznania, formułowania hipotez dotyczących ich losów i poszukiwań. Wzorem tzw. uparciucha z dawnych czasów jest Schliemann i inni archeolodzy, którzy wzbogacili naszą wiedzę o starożytnych cywilizacjach. Jednak skarby dalej istnieją, a II wojna światowa w Europie sprawiła, iż wtedy wartościowe dzieła i przedmioty ukrywano,  grabiono, a potem je poszukiwano. Można nawet stwierdzić, iż obok działań militarnych istniał front walki z kulturą i o kulturę - ciągle niezakończony. W zabytkach przeszłości jest przecież coś z człowieka. Są narażone na zagrabienie, unicestwienie, zbezczeszczenie, są świadectwem przeżyć estetycznych, duchowych uniesień, inspiracji, odwołań historycznych, rodzinnych, mają wartość materialną i niematerialną. Na wojną wyruszają uzbrojeni żołnierze i umundurowani historycy sztuki.

Książka Leszka Adamczewskiego zaciekawia tematem, sygnalizuje problem wciąż nieznanych losów dzieł sztuki, które nie wiadomo gdzie zakończyły swoją wojenną wędrówkę, ale też odpowiada na zapotrzebowanie sensacyjnych historii i wiary, że kiedyś wszystko zostanie jednoznacznie wyjaśnione. Autor podąża przede wszystkim śladami niektórych dzieł z terenów II RP, Pomorza, Prus Wschodnich, Śląska. Są wśród nich  tak znane jak "Bitwa pod Grunwaldem", ołtarz Wita Stwosza, Bursztynowa Komnata, ale też te ważne dla Gdańska, Elbląga, Płocka, Szczecina. Obrazy, rzeźby, naczynia z kruszców docenić mógł, odnalazłszy je, nawet zwykły żołnierz, gorzej było z traktowaniem rękopisów, inkunabułów, gdyż papier, pergamin narażony był na spalenie, podarcie, zdeptanie. Ponieważ losy wielu skarbów są nieznane, a istnieją legendy o miejscach, do których zmierzały tajemnicze transporty, rzesze poszukiwaczy cennych zabytków, tropicieli historii wciąż mogą liczyć na dopływ nowych potencjalnych odkrywców. Temat dla dokumentalistów, scenarzystów filmów fabularnych, powieściopisarzy w dalszym ciągu może być pożywką dla wyobraźni.

Leszek Adamczewski nie tylko pokazuje mylne tropy prowadzące do nierozwiązanych tajemnic i miejsc, ale i euforię odnajdywania i przekazania skarbów. Sugeruje jednak, że cele ekip poszukiwaczy tak dawnych jak i współczesnych są owiane tajemnicą i nie zawsze zakładają ujawnienie tego, co się już odnalazło i gdzieś zdeponowało, toteż stawianie wciąż nowych hipotez jest dalej aktualne.

W jednej z książek przeczytałam, że wojenni rabusie zostali obrabowani przez zwycięskich rabusiów - i ten pogląd nie został obalony nie tylko w pozycji Skarby w cieniu swastyki, ale i dostępnej literaturze przedmiotu mimo podkreślania szlachetności oddawania własności państwom, miastom, właścicielom.

Gdzieś w tle pojawia się myśl, że wojna to nie tylko zabór, zniewolenie, ale przede wszystkim niszczenie i pozbawianie podbitego narodu kultury, dumy z posiadania, tworzenia, przyjmowania tendencji cywilizacyjnych w kolejnych epokach, ich twórczego wykorzystania.

____________________

Leszek Adamczewski, Skarby w cieniu swastyki, wyd. II, s. 308, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2013.

czwartek, 01 stycznia 2015

2015 rok wkroczył w naszą codzienność. Co przyniesie? Jakie radości i smutki? Co w ostatecznym rachunku okaże się dla nas dobre, mimo że początek nie obiecywał zadowolenia? Co nas rozczaruje? Zaczynamy optymistycznie, wiedząc, że nie wszystko od nas zależy.

Przeczytałam trzeci tom powieści Twoja twarz jutro Javiera Mariasa i mam ochotę na spotkania z innymi powieściami tego hiszpańskiego prozaika, mimo że nie jest to łatwa literatura. Komponowanie utworu beletrystycznego na wzór zapisów domowych, wspomnieniowych, w których fikcyjna akcja powiązana z narratorem splata się z zapisem intelektualnych rozmów, poszukiwaniem prawdy o człowieku i jego czynach, które warunkują przyszłość, analizowanie treści fotografii, plakatów, obrazów na oczach czytelnika każe czytelnikowi szukać powiązań, brać udział w rozważaniach, szukać swego zdania i własnych argumentów. Ważna rolę w powieści odgrywają dywagacje lingwistyczne (język hiszpański-angielski), odwołania do tekstów kultury, historii XX wieku. To ten kod łączności między nadawcą i odbiorcą.

Nie będę powtarzać informacji, które na temat bohatera-narratora zapisałam poprzednio, dodam tylko, iż w trzecim tomie autor wszystkie wątki, motywy, zręcznie i logicznie połączył, dostarczając dodatkowych dowodów, że człowiek nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji swojej pracy, decyzji, wypowiedzianych słów. Nie zawsze wychodzi się czystym moralnie, gdy nasza praca została wykorzystana w niesatysfakcjonujących nas celach. "Nigdy się nie wyzwalamy od tego, cośmy powiedzieli, nawet kiedy wierzymy, że nasza karta pozostała czysta."* "Nikt nie jest w stanie skontrolować, jak wykorzystuje się jego pomysły i słowa ani przewidzieć do końca ich konsekwencje."

Zatem powieść ma też charakter moralizatorski. Kieruje również uwagę na to, że niegodziwość jeżeli nie fascynuje, to sprawia, że może być taki moment, że sami ją naśladujemy, wierząc, że robimy to z właściwymi intencjami - życie Jacquesa Dezy zatacza koło. Nieświadomie bierze udział w działaniach, których celem jest przewidywanie ludzkich zachowań, staje się świadkiem przemocy, poznaje skutki swoich ekspertyz, daje sobie prawo naśladowania dostrzeżonej przemocy, ale żyje w niepewności jej skutku. Javier Marias nie zamyka jednoznacznie wątku głównego bohatera.

W warstwie budowania ocen, wniosków, uogólnień dotyczących ludzkiego postępowania, skłonności, polityki i historii (hiszpańska wojna domowa i II wojna światowa) wykorzystuje się wiedzę dwóch ważnych dla bohatera postaci - Petera Wheelera i ojca. Żeby dostrzec pewne prawidłowości, które cyklicznie pojawiają się w dziejach ludzkości, trzeba mieć swoje lata i doświadczenie, a także zachować niezależność intelektualną.

Parę cytatów z powieści

"Zastrzelenie kogoś na wojnie lub w obronie własnej jest złem, ale można z tym nadal żyć, nie straciwszy przyzwoitości ani człowieczeństwa, a przynajmniej niekoniecznie. Jeżeli jednak ktoś umiera dlatego, że kto inny coś powiedział albo co gorsza zmyślił; jeżeli przez to ktoś niepotrzebnie traci życie (...)myślę, że nie da się żyć, mając coś takiego na sumieniu, jakkolwiek wielu z tym żyje albo takie sprawiają wrażenie."

"Taka była nasza wojna. Kłamstwo za kłamstwem, bardzo dużo i wszędzie każdego dnia, to jak powódź, która wszystko porywa i zatapia. Próbujesz naprostować jedn kłamstwo, a nazajutrz masz już dziesięć nowych. Po prostu nie nadążasz. No więc poddajesz się i te kłamstwa krążą. Wiele ludzi je wymyśla i rozpowszechnia, to potężna siła, nie sposób jej się przeciwstawić. (...) A najgorsze, że nigdy nie da się niczego odkłamać do końca. (...) Żadnego kłamstwa nigdy nie da się wymazać do końca."

"Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć, i dlatego to takie logiczne i łatwe, że we wszystko można uwierzyć we właściwym czasie. Bez cienia wątpliwości: nawet w coś, co jest ewidentnie nieprawdziwe i sprzeczne z tym, co widzimy na własne oczy (...)Każdy jest gotów odwrócić wzrok i nie zwracać uwagi, zanegować, co ma przed sobą, i nie słyszeć krzyku, i utrzymywać, że nie ma krzyków, lecz wielka kojąca cisza; zmieniać fakty i to, co się wydarzyło, o tyle, o ile trzeba (...) ale przede wszystkim zmienić własne myślenie,odczuwanie, wspomnienia i przewidywaną przyszłość (...)"

"Dzisiaj wszyscy się wszystkiego boją i ludzie mają mało wolności w życiu osobistym i coraz mniej w kwestii wychowania własnych dzieci. Dawniej uczono  wielu rzeczy, gdy stawały się rozumne, z jakiegoś powodu tak to nazywano. Uczono je tego, co mogło im się przydać, gdy dorosną, bo nie zapominano, że dziecko ma się stać kiedyś dorosłym człowiekiem. Nie to co teraz, kiedy wychodzi się raczej z założenia, że to dorośli będą wciąż dziećmi aż do późnej starości, w dodatku mało rozgarniętymi i strachliwymi. Dlatego wszędzie jest tyle głupoty."

Cykl:

  1. Twoja twarz jutro. Gorączka i włócznia
  2. Twoja twarz jutro. Taniec i sen
  3. Twoja twarz jutro. Trucizna, cień i pożegnanie (jw.)

______________________

Javier Marias, Twoja twarz jutro. Trucizna, cień i pożegnanie, przeł. Ewa Zaleska, wyd. I, s.664, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2013.

* Cytaty ze stron: 442, 568, 487, 553, 129-130, 483.

wtorek, 30 grudnia 2014

Nieustraszona łowca [łowczyni] słów

W jednym z felietonów Osiecka zastanawia się nad rodzajem żeńskim rzeczownika fan. Myśli o fance, faniczce - ze wskazaniem na pierwszą formę. Nie jest to jednak wypowiedź językoznawcza, a prowadzi do egzemplum z życia wziętego, krótkiej historii Wiernej Słuchaczki-wierszokletki nagradzanej na wielu konkursach w mediach, która, porzucona i zaniedbana przez niedawnych promotorów, wydaje sumptem własnej rodziny tomik wierszy. Po takim obrazie następuje smrodek dydaktyczny, własne spojrzenie na fana. "... to jest masochista jak każdy inny. Ktoś, kto powinien się leczyć. (...) Człowiek pustawy lub zgoła pusty, przerażony własną anonimowością (...)" Tak rodzi się grafomanka, kaleka poetessa, fanka, wreszcie fanica - jak stwierdza w puencie felietonu. Od faniczki i fanicy niedaleko do ministry, ministrzycy, premiery, premierki - ale i lektur na ten temat jeszcze brakuje, choć inwencja słowotwórcza zgodna z regułami gramatycznymi kwitnie.

Zbiór felietonów Agnieszki Osieckiej zaciekawi każdego blogera, by poznać warsztat poetki jako czytelniczki. Często wykorzystuje informacje o okolicznościach czytania, pochodzeniu lektury, autorze znanym osobiście lub nieznanym, zastanawia się nad przekazem, czasami modą literacką, do niektórych spraw podchodzi z humorem, ironią, porównuje podobne sytuacje. Wybór lektur do subiektywnej prezentacji jest bardzo szeroki od klasyki literatury, utworów uznanych prozaików poprzez literaturę popularnonaukową, biograficzną, nawet kalendarze - do poezji z górnej półki, ale i tej grafomańskiej. Osiecka jest czytelniczką podążającą za słowem, które kreuje wspaniałą sytuację, myśl, portret, lecz również ujawnia śmieszność obrazowania w niektórych wypocinach twórczych. Autorka jest szczera w swoich poglądach, spostrzeżeniach, krótkich felietonach pisanych dla "Ex Librisu", a dygresje, refleksje, anegdoty dodają tylko smaczku pracy niemal recenzenckiej. Zadaje pytania, stawia hipotezy, gdyż jest to sposób dotarcia do intencji autora, ale ujawnia też fakt, że literatura żyje nawet wbrew autorowi i jego planom.

______________________

Agnieszka Osiecka, Czytadła. Gawędy o lekturach, s. 200, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

 

Nieustraszeni łowcy upiora

Nomen omen jako lektura świąteczna jest do strawienia, gdy potraktuje się ów dziwny wytwór najnowszej literatury jako żart, okazję do zabawy ze słowem i fabułą na pograniczu realizmu, kabaretowego widzenia świata, groteski i horroru. Wiem, że styl pisania powieści pani Marty Kisiel zdobył uznanie wielu czytelników. Wykształcenie polonistyczne, słuch odnotowujący mody językowe i slang młodzieżowy (nawet tej przerośniętej młodzieży) są widoczne w fabule wrocławskiej (nawet dolnośląskiej) powieści. Czyta się szybko, ale nie powierzchownie, lecz potem zostaje tylko przyjemność lektury i żal, że parę interesujących tematów "rozlazło się w szwach".

Wątki powieści są wpisane w ważne dla humanistów miejsca we Wrocławiu, ale też odległą ulicę willową, park, w przeszłości cmentarz. W pewnym momencie z czasem współczesnym połączy się czas wojenny Festung Breslau (Krajewski jako pierwszy wykorzystał ten temat w beletrystyce). Ów czas historyczny i wspomnienia są interesujące, lecz potraktowane dosyć informacyjnie w stosunku do źródeł, na których się opierają. W fabule autorka porusza parę interesujących spraw, jednak temat młodych niedojrzałych inteligentów (Salka i Niedaś), którzy wolą trzymać się z dala od równie pokręconej rodziny jest okazją do ekwilibrystyki słownej, by wprowadzić czytelnika do nawiedzonej willi z mieszkankami, trojaczkami, czyli swojskimi Parkami - paniami Bolesnymi. Stąd tylko krok do nieszczęścia związanego z uwolnionym upiorem pradziadka czyhającym na blondynki z długim blond warkoczem, by wymierzyć im sprawiedliwość. Nasza dzielna powieściowa gromadka musi wyruszyć na bój, by zdezorientowanego breslauera wysłać  z powrotem do wieczności.

Nomen omen jako literatura rozrywkowa sprawdza się znakomicie. Smaczkiem jest język (może trochę nadużywa dowcipne zwroty i wyrażenia), sytuacje nawiązujące do bzika wywołanego grami komputerowymi, szczypta nastroju grozy. Postacie nakreślone są interesująco, ale w sposób zbyt uproszczony. Wprowadzenie nazwisk Przygoda, Bolesna, niemodnych imion (zaleta) sugeruje, że autorka równie dobrze się bawiła, rozwijając fabułę, jednak nici mają to do siebie, że czasami same się rwą, tracą objętość. Aluzje i odwołania do literatury, cytaty łacińskie są dodatkową przyprawą, a one, jak wiadomo, w nadmiarze nie dodają smaku potrawie.

______________________

Marta Kisiel, Nomen omen, wyd. I, s. 336, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2014.

sobota, 27 grudnia 2014

Czytanie Hołowni jest nieustannym wyborem  między poważną treścią a rozkosznym, kolokwialnym modnym ubrankiem formy książek. Na pewno tym sposobem pisania a także rozmowy (w programach telewizyjnych) osiąga swój cel. Odkrywa słowa, wyszukuje interpretacje poważnych biblistów, zwalcza lenistwo i naiwność, zaciekawia, lecz również powoduje żachnięcie: Mówi byle mówić (Pisze, byle pisać).

Niebo, do tego nie dla początkujących, lecz dla średnio zaawansowanych to nie przelewki - wymagana jest elementarna wiedza, a nawet znajomość tekstów kultury, pojęć, do których odwołują się rozmówcy. Wydawnictwo jednak śpieszy z podpowiedziami, więc w ramkach odnajdujemy zwięzłe omówienie haseł Otchłań (Szeol), Paruzja, grzech, Kościół, miłość, itp.

Skoro niebo ma być celem, to zalecanie jest poznanie dróg do niego prowadzących, z których jedna jest oczywista - śmierć. Reszta to tajemnica, hipotezy bez dowodów.

Rozmówcy rozprawiają się z efektownymi mitami "życia po życiu", ludowym postrzeganiem piekła jako miejsca wiecznego grillowania i nieba z anielskimi chórami i modłami. Wprawdzie i dla nich te miejsca są niezbadane empirycznie, lecz próbują zrozumieć ich rolę dla przyszłych bytów dusz, wykorzystując nauczanie Biblii. Rozważają jeszcze rolę czyśćca, dwóch sądów: pośmiertnego i ostatecznego. Skupiają się też na pojmowaniu miłosierdzia i sprawiedliwości, stwierdzając, że człowiek może je rozumieć inaczej niż Bóg.

Książka warta przeczytania, by utwierdzić się w przekonaniu, że wszelkiego rodzaju kreatywne myślenie artystów, literatów i pseudo-teologów, guru religijnych może być atrakcyjne dla czytelnika i widza, lecz niewiele wspólnego może mieć z tym, co będzie. Człowiek zbyt mocno przywiązany do rzeczywistości materialnej ma trudności z pojmowaniem wyobraźni duchowej. Wielka niewiadoma skłania do pokory i nieufności, a nawet buntu przeciw utartym schematom.

______________________

Ks. Grzegorz Strzelczyk w rozmowie z Szymonem Hołownią, Niebo dla średnio zaawansowanych, wyd. I, s. 256, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2013.

niedziela, 07 grudnia 2014

Zanim została pisarką, była numerem 7566 w Auschwitz, toteż jej prawem i obowiązkiem było pisanie o człowieku upodlonym, zaszczutym, poddawanym presji życia w nieustanym strachu, gdyż, według Zofii Posmysz, wyniszczenie psychiczne było trwalsze niż fizyczne.

Trzy opowiadania ze zbioru Ten sam doktor M łączy nie tylko pobyt w obozie zagłady, lecz i trauma ocalonych, niewyobrażalna przez tych, którzy nie mieli takich doświadczeń obozowych jak bohaterki. Jest jeszcze muzyka (śpiew i orkiestra obozowa) będąca ważnym elementem fabuły w dwóch pierwszych opowiadaniach: Zengerin oraz Ave Maria. Narratorem jest zawsze kobieta, która była w Auschwitz-Birkenau, doznaje takich samych cierpień jak współwięźniarki, o których pisze, rozumie skrywane uczucia i lęki byłych uwięzionych, ich niechęć do opowieści swych doznań obozowych tym, którzy nie są w stanie zrozumieć wszystkich aspektów życia w miejscu odosobnienia i szczęścia z prolongaty życia o kolejny dzień. Sposób pisania nie jest ani oschły, precyzyjny w doborze słów i obrazów, ani czułostkowy, pełen rozpaczy i oskarżeń. Zofia Posmysz znalazła swój sposób na ukazanie prawdy o obozowej codzienności, którą będzie się pamiętać, przeżywać, tego mechanizmu zła, w którym każdy od zarządzających poprzez funkcjonariuszy średniego szczebla, funkcyjnych w blokach i więźniów ma swoje miejsce.

Jedynie opowiadanie Zengerin jest umiejscowione w czasie działania niemieckiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Na tle paromiesięcznych losów kobiecej karnej kompanii w Budach autorka przedstawia relacje między współwięźniarkami i niższym szczeblem nadzorującym. Rywalizacja, nienawiść, życzliwość, nadzieja, a więc cała gama emocji, uczuć może staje się w pewnych momentach ważniejsza niż czyny, nieludzka praca.

Najciekawsze opowiadanie Ave Maria wykorzystuje relacje między małżonkami zawodowo związanymi z muzyką, by opowiedzieć o wewnętrznym przeżywaniu przeszłości, braku umiejętności przekazania otoczeniu swoich lęków, także niezrozumieniu. Kobieta po wielu latach opuszcza męża, by zamieszkać w pawilonie na terenie kompleksu szpitala psychiatrycznego. Kontaktuje się tylko z lekarką, do której ma zaufanie, potem z mężem, lecz tylko listownie. Okazuje się, jak niewiele bliscy sobie ludzie wiedzą o sobie, jak inaczej interpretują wzajemne potrzeby, słowa i zachowania. Czas nie leczy ran, ale wydobywa je i każe się zmierzyć z przeszłością, karze za próbę przechytrzenia traum obozowych. Stopniowo, tak jak nieświadomy skrywanych przeżyć mąż, czytelnik dowiaduje się od czego uciekła Maria, z czym nie mogła już dłużej żyć. Dlaczego muzyka nie zatarła obrazu ludzi, którzy szli w takt muzyki lekkiej, przyjemnej, choć klasycznej (Lehar, Kalman, Offenbach). " A ja śpiewałam, żeby żyć. A oni szli, aby... A ja... A oni... A ja... Żeby żyć! Pomagałam im umrzeć, abym sama nie umarła." To opowiadanie o niezabliźnionej przeszłości, miłości i poznawaniu siebie na odległość.

Tytułowe opowiadanie Ten sam doktor M. dedykowane jest doktorowi Januszowi Mąkowskiemu. Spotkanie byłych więźniarek obozu koncentracyjnego jest ważne, gdyż jest się tam wśród swoich, tych, którzy rozumieją, którym nie trzeba tłumaczyć słów, powiedzeń, sytuacji. Tematem jest wspomnienie bezinteresownej pomocy medycznej i poszukiwanie wybawiciela. Jednocześnie czas teraźniejszy i rozmowa w domu przy młodym pokoleniu o codzienności w Auschwitz sprowadzi się do zdziwienia: "Czy to możliwe? Nie pamiętać, że się komuś... [ocaliło życie]"

Trzy wartościowe opowiadania obrazują sytuacje i przeżycia, których nie może przekazać żaden podręcznik, są warte uwagi, gdyż przekazała je osoba, która był uczestnikiem i świadkiem wydarzeń. Życie było loterią, a reguła stosowana przez starszych więźniów sprowadzała się do słów: "Nie należy się do niczego śpieszyć. Wiesz, co jest, nie wiesz, co będzie."

Zofia Posmysz pisze inaczej niż Tadeusz Borowski, ale zawsze przedstawiony temat obozowy poraża unaocznieniem codzienności i zwyczajności zła, którego nie można zwalczyć, odsunąć. Przypadek decyduje o życiu lub śmierci. Światełkiem była pojawiająca się nieoczekiwanie bezinteresowna ludzka dobroć. Po wojnie inne sprawy odsunęły temat wspomnień. Ileż można mówić i słuchać o niej?! - toteż i temat nie jest do końca zgłębiony ze zwyczajnej ludzkiej perspektywy zachowań, leków, wyborów.

Gdy ostatnio przeczytałam artykuł o Joannie Penson, natrafiłam na przeżycia porównywalne do tych, które stały się tematem wspomnianych opowiadań. "...- ciało umierało wcześniej niż duch. Człowiek fizycznie już wtedy nie istniał, ale zostawał duch, który był silniejszy i trwał z chęci życia. Robił się nawet wzniosły." Należy mieć też świadomość, że każde cierpienie ma swój kres - to już sprawa indywidualna. Wspomina jeszcze obraz powojenny na ulicach i już wtedy dotarło do niej, że jej pasiak nic niektórym nie mówił, oni mieli inne wspomnienia z czasów okupacji. Inne ważne spostrzeżenie - z mężem, który też miał traumatyczne przeżycia wojenne, nie rozmawiali o przeszłości. "Ludzie nie mówili sobie takich rzeczy. Wspomnienia zastępowało się innymi, lepszymi." Był też i inny powód przemilczeń.*

______________________

Zofia Posmysz, Ten sam doktor M, wyd. I, s. 248, Państwowe Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1981.

* Na podstawie artykułu "Nic takiego" opartego na rozmowie Natalii Kuc z Joanną Penson opublikowanego w grudniowym numerze "Twojego Stylu".

poniedziałek, 03 listopada 2014

Elif Shafak pisze z łatwością - myśli czytelnik, tak, jakby opowiadane historie same do niej przychodziły, a ona je tylko zapisywała i pięknie podawała. Ta lekkość pióra z dbałością o przekaz językowy, umiejętność kreowania postaci, nastroju i sytuacji sprawia, iż odbiorca fabuły staje się niemal słuchaczem, który z niecierpliwością oczekuje zdarzeń i wreszcie rozwiązania akcji.

Mała kurdyjska wioska nad Eufratem we wschodniej Turcji i dzielnica Londynu, w której mieszkają imigranci (gdzieś tam mignie również Abu Zabi) jako przestrzeń losów bohaterów oraz czas rozrzucony jak puzzle składają się na kompozycję powieści dodatkowo powiązanej z obserwacjami postaci przez narratora (ta gra narracyjna również jest warta uwagi), listami Iskendera. Należy jeszcze wspomnieć o podjętej próbie użycia realizmu magicznego (klasykom nie dorównuje) w celu podkreślenia pewnej przepaści kulturowej i obyczajowej między miejscem, skąd są korzenie rodziny a nowym, które należy oswoić. Honor to historia trzypokoleniowej rodziny Topraków, która ma odsłonić pojmowanie tytułowego honoru, roli mężczyzny, czasami jeszcze nastolatka, miejsce kobiety, zagubienie w kulturze europejskiej, poszukiwanie tożsamości. Elif Safak podkreśla różne odcienie miłości będące darem i przekleństwem wykreowanych postaci i być może te związki uczuciowe dla wielu czytelników są szczególnie ważne. Jednak najważniejsze są postawy bohaterów. Mimo że w nowym kraju żyje się wygodniej, to jednak zawsze się jest obok lokalnej tradycji. Adem okazuje się słabym i nieodpowiedzialnym mężczyzną, ale nie spotka się z gwałtownym potępieniem nawet brata. Pembe musi pracować, narażając się na oszustwa, lęk przed krzywdą, nienawiść. Jej rozkwitające uczucie po opuszczeniu rodziny przez męża stanie się powodem kryminalnego czynu syna. Dzieci szukają swego miejsca wśród rówieśników. Pewna izolacja, niespełnienie oczekiwań, nawet wykorzenienie przy jednoczesnej świadomości swojej inności sprawia, że łatwo przyjmuje się wszelkiego rodzaju agitację. W pewnym momencie na drodze życia Iskendera pojawia się Orator. "Kobietom jest trudniej, w tym sęk. Mają za wiele rozrywek, które sprowadzają je z właściwej drogi. Najpierw cały ten blichtr świata mody, potem poszukiwania bogatego męża, ekstrawaganckich mebli."Dla młodego człowieka słowa starszych, znawców tradycji okażą się ważne. Oni mu niczego nie każą, ale wyrażają swoje poglądy. To on sam podejmuje tragiczną decyzję.

Książek o współczesnych miejscach, w których przenikają się kultury, religie powstaje coraz więcej. Naprawdę interesujący to temat, ale w przypadku literatury wtedy, gdy przekracza granice publicystycznych sensacji, czy poważniejszych analiz socjologicznych. Zadaniem pisarza nie jest ślizganie się po temacie, lecz przyglądanie się indywidualnym przypadkom stworzonych bohaterów. Opisanie to jeszcze nie wszystko, pokazanie źródeł inności to też mało. Pisarz powinien mieć odwagę patrzeć w przyszłość, stawiać hipotezy, widzieć zagrożenia, ale i ratunek. Czytelnik zaś winien zrozumieć złożoność problemu.

Temat ważny okazał się piękną kolorowanką miłą dla oka, ale nie wzbogacił mnie o nowe spostrzeżenia, refleksje, nie dostrzegłam pogłębionej analizy problemu. Autorka zatrzymała się może nie tyle przed drzwiami, lecz w progu.

______________________

Elif Shafak, Honor /Honour, przeł. Maciej Świerkocki, wyd. I, s. 500, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

* Tamże, s. 327.

czwartek, 02 października 2014

Dygresje obok akcji są zawsze obecne w prozie hiszpańskiego pisarza, stanowiąc wizytówkę jego stylu. Sam autor mówi, że to zatrzymanie wzroku na jakimś obiekcie, osobie, a wtedy bieg wydarzeń przez pewien czas oczekuje kontynuacji. W drugim tomie trylogii Twoja twarz jutro wzniesiony miecz trwa w zawieszeniu około stu stron, by jednak w końcu czytelnik poznał, jaki ruch wykona.

Mariasa można lubić lub nienawidzić, powieść odrzucić już na początku albo zagłębiać się w dygresjach, tropiąc celowość egzemplifikacji wywodów intelektualnych, wchodzić w interakcje z narratorem i dostrzegać parę sytuacji, którym wciąż na nowo przygląda się bohater.

W drugim tomie akcja jest prosta. Jacques Deza ze swoim szefem Tuprą udają się do dyskoteki, by w tak nietypowych warunkach prowadzić ważne rozmowy. Nieoczekiwanie młody attaché z ambasady hiszpańskiej zachowuje się niewłaściwie w stosunku do żony gościa. Musi zostać ukarany. Jednak ważna nie stanie się kara, lecz postawa świadka jej wymierzania. Czy nieświadomy zamiarów szefa może stać się winnym, gdy będzie się przyglądał brutalności? Czy należy reagować, by zapobiec przemocy? A może należy powstrzymać się od wszelkiej reakcji na akt okrucieństwa? Postawa świadka zbrodni jest wszak tematem wielu analiz historycznych, filozoficznych, etycznych. Marias każe czytelnikowi oceniać incydent, lecz również poszukiwać innych przykładów zaniechania reakcji, utraty niewinności, co ocenia przyszłe pokolenia lub tylko współcześni. Nie nasza sprawa stanie się naszą sprawą.

Dygresje Mariasa mają charakter publicystyczny i polemiczny. Oto fragment:

"... dziś jest taka tendencja, by zamykać dzieci w bańce ogłupiającej szczęśliwości i fałszywego błogostanu, nie wystawiać ich na najmniejszy kontakt z tym, co niepokojące, nie dopuszczać, by dowiedziały się, czym jest strach, a nawet ich własne życie, sądzę, że w dzisiejszych czasach można kupić - a niektórzy dają je albo czytają swoim dzieciom - ocenzurowane, zmanipulowane i przesłodzone wersje klasycznych bajek (...)... obserwowanie strachu u innych zapewnia dzieciom ochronę, tym sposobem wyobrażają sobie strach na spokojnie, przyglądając mu się z perspektywy swojej bezpiecznej sytuacji; poprzez innych, szczególnie poprzez bohaterów bajek, mogą doświadczyć strachu pośrednio jako krótkotrwałego zakażenia, które - choć tylko zapożyczone - nie jest udawane. Wyobrażenie sobie czegoś to początek stawiania temu czemuś oporu (...)Najczęściej stosowanym przez ludzi zabiegiem jest rzecz jasna opowiadanie o nich. (...) ... co mu raz opowiesz, będzie już zawsze wiedział. Włączy  to do swego zasobu wiedzy"*

____________________

Javier Marias, Twoja twarz jutro. Taniec i sen / Tu rostro mañana. Bayle y sueño, przeł. Ewa Zaleska, wyd. I, s. 400, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2011.

* Tamże, s. 294-295. Opowiadanie ojca Dezy jest rozbudowane, gdyż sięga czasów wojny domowej i przypadkowo zasłyszanego zdania o popełnionym okrucieństwie oraz spotkania towarzyskiego, w czasie którego jeden uczestnik chełpił się wyjątkowym bestialstwem, o którym wiele lat potem nie chce pamiętać.

czwartek, 31 lipca 2014

"Jak to możliwe, że nie znam dziś twojej twarzy jutro, która już jest lub wykluwa się pod maską pokazywaną światu bądź pod nałożoną maską, twarzy, którą pokażesz mi dopiero wtedy, gdy nie będę się tego spodziewał?"1 Ów cytat jest krewnym innej znanej złotej myśli książkowej: "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono." Zagadka historii, przeszłości to nieustanne rozważanie postaw w chwilach zagrożenia, ale też i skłonności do donosicielstwa bez rozważenia konsekwencji czynu, zawiści, uraz z przeszłości, głupoty. Przeszłość pozornie odchodzi, bo wciąż trwa, przebierając się jak aktor do roli w nowe kostiumy.

Javier Marias nie pisze książek dla każdego, gdyż wielu czytelnikom trudno będzie poznać prozę o szczątkowo zarysowanej akcji, takiej, w której najważniejsze są w zastanawiający sposób kontrolowane dygresje wynikające z aktualnych zainteresowań bohatera i jego rozmówców. Jacques (Jacobo) Deza, były hiszpański wykładowca Uniwersytetu Oksfordzkiego, spotyka ludzi zajmujących się badaniem charakterów ludzi, ich wyborów, postaw, oczekiwanych zachowań. Kim są? Czego naprawdę oczekują od uzdolnionego w tej dziedzinie Hiszpana, który po rozstaniu z żoną wraca do Anglii? Na przyjęciu u sir Petera Wheelera poznaje pana Tuprę, który chyba w poznanym gronie osób rozdaje karty.

Trudno oceniać pierwszy tom trylogii, lecz i zakwalifikować jednoznacznie do znanej odmiany powieści nie sposób. Powieść szpiegowska, idei, myśli, dygresji. Zatem jak bohater-narrator dajemy się prowadzić, jednak nie bezwolnie, gdyż włączamy się w ciąg powracających parokrotnie wspomnień, analiz przekładów idiomów z języka hiszpańskiego na angielski, lektury Orwella na temat wojny domowej, Iana Fleminga (Tego od Bonda), Szekspira, by zatrzymać się przy nalepkach o charakterze propagandowym z czasów II wojny światowej. Marias uwodzi erudycją, skojarzeniami, mądrością wypowiedzi postaci, oburza, schlebia, wymaga zajęcia stanowiska. Gdzieś pojawia się szczelina między fikcją literacką a rzeczywistością. Literatura poglądów, obserwacji, wniosków, lecz gdzieś musi być nić, która to wszystko połączy, by stwierdzić, że prawda o człowieku, historii jest trudno uchwytna, wymyka się chęci skatalogowania i uogólnienia.

"Nigdy nie powinno się niczego opowiadać, dostarczać informacji czy przywoływać historii, ani powodować, by ludzie snuli wspomnienia na temat istot, które nigdy nie istniały..." -przewrotny początek książki, bo "Kiedy opowiadasz, to jakbyś dawał prezent, nawet jeżeli opowieść zawiera truciznę, też jest więzią i wyrazem zaufania..." Jaka jest świadomość czytelnika dotycząca reguł gry między opowiadaczem a nim samym? Kto jest panem, a kto istotą bezradną, zbuntowaną, która wszystko przejmuje, traci zaufanie lub odrzuca? Literatura a życie to przyjaciele i rywale, bo szukanie prawdy może być złudne, wyszukiwanie podobieństw dostarczy bólu, otwarcie świata marzeń oderwie od teraźniejszości, itp. To tylko słowa ubrane w obrazy.

"Nie da się opowiedzieć życia, to niezwykłe, że przez wszystkie znane nam stulecia ludzie z uporem starają się opowiedzieć coś, czego opowiedzieć nie można, czy to w formie mitu, poematu epickiego, kronik, annałów, protokołów, legend, poematów rycerskich, ballad i piosenek ludowych, ewangelii, żywotów świętych, historii, biografii, powieści lub mów pogrzebowych, filmu, spowiedzi, pamiętników, reportażu, wszystko jedno. To przedsięwzięcie skazane na niepowodzenie, może przynieść więcej szkody niż pożytku."2 A mimo to szukamy jednoznacznej prawdy w beletrystyce, literaturze faktu, pismach okolicznościowych, bo wydaje się nam, że w ten sposób zbliżamy się do poznania przeszłości, ludzi, ich czynów, a nawet uzurpujemy sobie prawo do ocen, pouczania.

"Ta epoka jest butna, że występuje w niej pewien fenomen, moim zdaniem bez precedensu: teraźniejszość żywi urazę do przeszłości, bo przeszłość miała czelność zaistnieć bez naszej w niej obecności, bez naszej rozważnej o niej opinii,naszej pełnej wątpliwości zgody i co jeszcze gorsze, bez żadnego dla nas pożytku. (...) Pyszałkowatość naszych czasów osiągnęła takie rozmiary, że nie potrafi zaakceptować myśli, nawet cienia, mgiełki,oparu myśli, że kiedyś sprawy może miały się lepiej. Nie, to oczywista uraza do wszystkiego, co ośmieliło się wydarzyć poza nami i nic nam nie jest winne, do wszystkiego, co skończyło się raz na zawsze, a więc nam umknęło. Umknęło naszej kontroli, naszej przemyślności i naszym decyzjom, choćby dzisiaj rządzący tysiąc razy prosili o wybaczenie za akty przemocy popełnione przez przodków, a nawet chcieli im zadośćuczynić, oferując obraźliwe pieniądze potomkom poszkodowanych, choćby ci potomkowie przyjmowali te pieniądze z największą ochotą i nawet ich się domagali, bo też są swoją drogą cwani i bezczelni. Trudno o większą głupotę i większą farsę z obu stron: cyniczni są ci, którzy dają, i cyniczni są ci, którzy biorą. Kolejny akt pychy: jak papież, król czy premier mogą rościć sobie prawo do tego, by swojemu Kościołowi, królestwu czy krajowi, tym dzisiejszym, współczesnym, przypisywać winy poprzedników, winy, których tamci nigdy za winy nie uważali ani nie przyznawali się do nich przed wiekami? (...) Oferowanie teraz przeprosin i przyjmowanie przeprosin, domaganie się takowych lub ich składanie za zło wyrządzone ludziom, którzy dla nas już nie istnieją, są tylko abstrakcyjni, to nic innego niż jak okrutna kpina z konkretnych spalonych ciał, ściętych głów (...) Nie znosimy tego, że nie mogliśmy na nią wpłynąć, pokierować nią ani jej uniknąć. Tak więc jeżeli to możliwe, wypacza się ją, zmienia albo ingeruje w nią, fałszuje się albo robi się z przeszłości liturgię, uroczysty obrzęd, emblemat(...)3

Inny ciekawy fragment dotyczy ostrzeżeń przed szpiegami w czasie konfliktów zbrojnych, szukania wroga w najbliższym otoczeniu, dostosowania się do nawoływań zachowania tajemnicy. Punktem wyjścia są angielskie kolekcjonerskie nalepki propagandowe. "Słowa wymykają się naszej władzy dużo łatwiej niż czyny, które, by tak rzec, pozostają w nas, dobre czy złe, nikt inny nie może ich sobie przywłaszczyć,jeśli nie liczyć oczywistych przypadków uzurpacji lub oszustwa (...) Człowiek niczego nie wyzbywa się tak bardzo i tak całkowicie jak słów. Wypowiadasz je i już ich nie masz, oddajesz je w posiadanie, a właściwie w użytkowanie temu, kto je słyszał."4 Od niego zależy, co z nimi zrobi.

Temat, który pojawia się w paru miejscach, dotyczy wojny domowej w Hiszpanii, ojca Jacobo, który został zdradzony przez przyjaciela oraz krwawych rozrachunków w kręgu ugrupowań komunistycznych biorących w niej udział. Punktem wyjścia jest sprawa Andreasa Nina, POUM (Robotniczej Partii Jedności Marksistowskiej) oskarżanej przez stalinowców o zdradę, szpiegostwo. Przewodnikiem narratora w tej materii jest Orwell i jego Hołd dla Katalonii oraz Pozdrowienia z Moskwy Fleminga.

Literatura rozpisana na głosy bohaterów, spostrzeżenia do przemyślenia, obserwacje człowieka wymaga uwagi, współuczestnictwa, polubienia.

"Książki mówią nocą jak rzeka, cicho, niechętnie, a może niechęć bierze się z naszego zmęczenia, somnambulizmu i senności, choćbyśmy uważali, że jesteśmy bardzo przytomni. Współpraca z naszej strony jest niewielka albo tak nam się wydaje, mamy wrażenie, że dowiadujemy się różnych rzeczy bez wysiłku i bez specjalnego zaangażowania, słowa prześlizgują się łagodnie i leniwie, nie staje im na drodze czujność czytelnika, jego gwałtowność, przyjmuje się je biernie, niczym podarunek, zdają się czymś nieprzewidywalnym (...) A w środku nocy, kiedy i my nie mamy w sobie wiele życia, one nie mogą się już bronić przed tym, co się o nich pisze, do jakiej wykorzystuje się je narracji."5

______________________

Javier Marias, Twoja twarz jutro. Gorączka i włócznia / Tu rostro mañiana. Fiebre y lanza, przeł. Ewa Zaleska, wyd. I, s.444, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2010.

1 Tamże, s.184.

2 Tamże, s. 117.

3 Tamże, s.281-282.

4 Tamże, s. 410.

5 Tamże, s. 131.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48