| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Portrety

poniedziałek, 05 stycznia 2015

Zbiór artykułów o charakterze biograficznym ma dać odpowiedź nie tyle o skali zaangażowania Niemców w system nazistowski, co o jakości, okolicznościach włączenia się, wykonywania tzw. rozkazów, wreszcie zobaczyć, jak wygląda osobisty rozrachunek z przeszłością. Tytuł Źli Niemcy jest dosyć przewrotny, ponieważ oceniający przymiotnik łączy się z rzeczownikiem o szerokim zakresie znaczeniowym obejmujących wszystkich obywateli Niemiec, gdy tymczasem stykamy się z szesnastoma sylwetkami, postaciami z różnych sfer zawodowych, ale też różnych pokoleń. Obok głupków i megalomanów (Wilhelm II) są sadyści i zbrodniarze (Amon Goth), ale też mitomani kreowani na bohaterów, ludzie nauki świadomi lub nieświadomi przeznaczenia swoich odkryć i wynalazków (Fritz Haber i Wernher von Braun), ludzie kultury, gdyż na terenie Rzeszy rozwijali swój talent (Herbert von Karajan), ci, którzy widzieli możliwości zysku, więc doskonalili swoje katowskie umiejętności, także ci będący panami/paniami życia lub śmierci w oparciu o przepisy rasowe (Eva Justin). Są wreszcie osoby, których "talenty" i talenty zostały wykorzystane w czasie powojennym nie tylko na terenie NRF, NRD, ale przez zwycięskich aliantów. Sugeruje się też, iż dziedzictwem nazizmu były decyzje na terenie NRD dotyczące funkcjonowania zakładów poprawczych, stąd artykuł o Margot Honecker, której młodość przypadała na czas przedwojenny i wojenny. Najciekawsze są losy tych, których nie ukarano, lecz przejęto w celach rozwoju nauki, przemysłu zbrojeniowego, wykorzystania dla celów propagandowych lub politycznych. Okazuje się, że tak naprawdę oficjalna denazyfikacja społeczeństwa był mitem, w życiu codziennym każdy nazista mógł na nowo być uczciwym Niemcem bez żadnych konsekwencji karnych, a nawet piastować wysokie funkcje w swojej wsi, mieście, landzie. Przeszłość została zamknięta, bo pojawiły się inne potrzeby, zadania. Podobną zasadę zastosowano w stosunku do przestępstw komunistycznych na terenie NRD.

Artykuły Wielińskiego redagowane z dziennikarską dociekliwością sygnalizują ciekawy temat, ale go nie rozwiązują (autor nie ma takich ambicji). To jedna z pozycji przyczynkarskich do pracy ujmującej postawy człowieka wobec historii zła, nie tylko Niemców. XX wiek jest doskonałym poligonem dla wszelkiego rodzaju badań historycznych, socjologicznych, psychologicznych.

______________________

Bartosz T. Wieliński, Źli Niemcy. Zbrodniarze, geniusze, fanatycy, wizjonerzy, s. 320, Agora SA, Warszawa 2014.

sobota, 26 lipca 2014

"No i najważniejsze. Ze straszliwym wysiłkiem wziąłem się do roboty.  Z początku nie szło mi nic; straciłem z oczu wszystkie postacie [...], wątki, wypadłem zupełnie z atmosfery i byłem zrozpaczony tak, że nie masz pojęcia. Ale siedziałem nad pustą kartką [prawie] po 8 godzin, co dla mnie jest wielkim wysiłkiem. Ale z początku nic; siedziałem nad tym maszynopisem, jak nad robotą obcego człowieka. Niewiele z tego mogłem zrozumieć i nic. Co minutę podnosiłem rękę, by napisać pierwsze zdanie, i ręka mi opadała. Wszystko, co przychodziło mi na myśl, z chwilą kiedy dotykałem piórem papieru - natychmiast wydawało mi się słabe, sztuczne, głupiutkie. Myślałem, że oszaleję. Krążyłem koło maszynopisu jak kot."* - pisał w lutym 1955 r. do Jerzego Andrzejewskiego. Jakże wiarygodny zapis męki twórczej nie tylko pisarza.

Marek Hłasko, idol czytelników epoki PRL-u, pisarz niepoznany całkowicie z powodu cenzury, braku kontaktu z prasą i wydawnictwami emigracyjnymi przez znaczną część czytelników, miał jednak od początku swej twórczej drogi swoje skromne miejsce w historii literatury, swój czas, swoją legendę. Parę opowiadań, na które wówczas chętnie powoływali się krytycy czy historycy literatury, trudno dostępne zbiory opowiadań były dowodem na istnienie. Każdy pisarz pisze po to, by zaistnieć, przekazać coś ważnego o postrzeganej rzeczywistości, znaleźć nić porozumienia i zrozumienia u czytelnika. Taki był i Marek Hłasko. Człowiek w życiu pełni wiele ról, które składają się na pewien nie zawsze spójny wizerunek, toteż i niepokorny pisarz lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ujawnia się w wydanych listach jako syn, siostrzeniec, kuzyn,  przyjaciel, kochanek, mąż, prozaik, obywatel, itp. Listy prywatne nie były przeznaczone do upublicznienia i chyba autor nawet nie spodziewał się, iż zwykłe, czasami skrótowe zapisy zostaną wydane jako publikacja książkowa. Pierwszy z 1944 roku list nastolatka do kuzyna, autora opracowania Andrzeja Czyżewskiego, i ostatni z 1969 roku pisany przed nagłą śmiercią (wyłączając telegram o śmierci) to klamry ocalałego zbioru ułożonego w porządku chronologicznym poprzedzonego wprowadzeniem o ważnych wydarzeniach z danych lat. Zabrakło mi tu jednak szerszego tła historycznego, które dla młodych czytelników niezbyt obeznanych w historii byłoby ważne. Wszak życie każdego jest czasami uzależnione od tych czynników.

Czytanie cudzych listów jest wkraczaniem w sferę intymną nadawcy, który nie ma możliwości ocenzurowania własnych zapisów, więc i w niektórych z nich czuje się zażenowanie z powodu przekraczania pewnej granicy prywatności, poznawania entuzjastycznych uniesień, żalu, rozgoryczenia, wyrzutów, relacji osobistych, które powinny być znane tylko nadawcy i adresatowi. Owszem, widzimy tu człowieka niewykreowanego na użytek mediów, takiego jak my, który zmagał się z trudnościami, podejmował niewłaściwe decyzje, czasami był zbyt ufny i naiwny, ale i brutalnie szczery, konkretny, znał wartość swojej pracy, był samokrytyczny, zmieniał swoje oceny i opinie, gdy posiadł większą wiedzę, doświadczenie. Marek Hłasko w listach ukazał cząstkę siebie, bo nie można uznać, iż na podstawie prywatnych zapisów możemy jednoznacznie nakreślić sylwetkę pisarza jako człowieka. Nasza wiedza w dalszym ciągu pozostanie fragmentaryczna a opinie różne. Może to i dobrze. W każdym jest tajemnica, nawet dla niego samego.

Przypomina mi się jedno z wcześniejszych opowiadań - Okno, które również jest wymieniane w paru listach. Ów mały rudzielec z pałaszem u boku chciał poznać cały obraz, który oglądał z podwórka na ścianie pokoju jednego z mieszkań. Na pewno jego górne fragmenty pobudzały jego wyobraźnię. Jednak pomoc lokatora mieszkania i narratora równocześnie sprawia, iż ujrzenie obrazu i pokoju jest końcem marzeń, może przekroczeniem granicy świata dziecka i dorosłego. "Na całym świecie są takie pokoje. Świat to jest właśnie kilka takich pokoi." wywołuje odzew: " - To ja jeszcze zobaczę." Myślę, że sam autor mimo świadomości  wykreowanego przez niego dorosłego bohatera o świecie rządzącym się paroma regułami, rozczarowań życiowych, pozostał do końca chłopczykiem, który chciał sprawdzać zasady istnienia swoich bohaterów w miejscach, które im przeznaczył.

Najciekawsze wydają się listy pisane do Jerzego Giedroycia na temat twórczości, języka, którym bohaterowie mogą się posługiwać, planów, spraw wydawniczych. Tu widać pisarza, który przeżywał niemoc twórczą, miał swoje pomysły, realizował je, był samokrytyczny, gdy widział, że utwór go nie zadowala. Na podstawie wielu listów można też sporządzić listę lektur pisarza, który przecież był bystrym samoukiem. Uczył się od klasyków literatury, od najlepszych.

Myślę, że spotkanie prywatne każdego czytelnika Listów Marka Hłaski może zachęcić do poznania lub przypomnienia niektórych utworów z dorobku tego pisarza, by spojrzeć na nie oczyma czytelnika innej epoki. Właśnie wydawnictwo AGORA zapowiada wznowienie niektórych z nich, więc można skonfrontować zapisy o utworach z ukończonymi tekstami.

______________________

Marek Hłasko, Listy. Wybrał, opracował i wstępem opatrzył Andrzej Czyżewski, s.592, AGORA SA, Warszawa 2014.

* Tamże, s.99.

piątek, 25 kwietnia 2014

Są domy równie sławne jak ich mieszkańcy. W powszechnej pamięci utrwala się nazwa, czasami kształt budynku, otoczenie. Na starych fotografiach dostrzega się znaki życia właścicieli i ich gości. Przecież dom najczęściej kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, szczęściem, swoim miejscem na ziemi. Do domu się powraca, lecz i i opuszcza się go, by tęsknić, wspominać. Bywa, że jest skazany na zapomnienie i zniszczenie.

Ostatnio czytelnicy otrzymali pięknie wydaną opowieść o domu Piłsudskich, "Milusinie" z Sulejówka, który po zmiennych losach powojennych stał się Muzeum Józefa Piłsudskiego. Bogato dokumentowana zdjęciami pozycja oddaje prywatną historię rodziny i niektórych spraw publicznych widzianych z jednego punktu widzenia. A zaczęło się od skromnego drewniaczka zakupionego przez Aleksandrę Szczerbińską, (No i po co to utyskiwanie, że prawowita żona nie chciała dać rozwodu Marszałkowi?) by następnie wybudować na posiadanej ziemi drugi dworek, w którym rodzina mogła mieszkać cały rok - "Milusin". Z właściwym domem murowanym, do którego powstania przyczyniły się też składki byłych legionistów oraz zawodowych wojskowych, łączy się niesmak w postaci usunięcia dwóch tablic wmurowanych we frontową ścianę dworku i zastąpienia ich nowymi. Na jednej z nich, informującej, że jest to dar Komitetu Żołnierza Polskiego, utrwalono nazwiska generałów Jakuba Krzemińskiego i Tadeusza Rozwadowskiego. Ten drugi za parę lat popadnie w niełaskę, gdy stanie po stronie legalnego rządu w czasie majowego przewrotu. Marszałek innym wybaczył, tylko nie Rozwadowskiemu. To taki przykład ludzkiej małości, która koegzystowała obok cech niewątpliwie szlachetnych, do których należała skromność, niechęć do czerpania zysków z pełnionej funkcji.

"Wy wszyscy zostawcie mnie przemyśliwanie rzeczy do dna. I nie tylko nie umiecie myśleć, ale nawet wyobraźni nie macie."* - miał powiedzieć zaufanemu współpracownikowi Bogusławowi Miedzińskiemu, oceniając swoich wiernych oficerów jeszcze w czasie podejmowania najważniejszej decyzji w czasie trwania I wojny światowej. Późniejsze wybory współpracowników przez  Piłsudskiego i decyzje polityczne już w latach trzydziestych nie zawsze były korzystne dla kraju. Rządzących trzeba zawsze kontrolować, nawet tych najbardziej kochanych, charyzmatycznych.

Książka Włodzimierza nie jest biografią Marszałka, lecz opowieścią o nim, żonie, córkach oraz pracownikach "Milusina", bo każdy z nich ma swoje miejsce w historii domu, jego dniach codziennych i świątecznych takich jak imieniny czy przyjmowanie gości. To dostrzeżenie wystroju wnętrza, sprzętów, księgozbioru  oraz ogrodu, miejsca do spacerów. Dom otwarty i gościnny, jak to zawsze w Polsce bywało.

Kolejne rozdziały podają temat ciekawie, czasami nie szczędząc wewnętrznej dramaturgii, dodając anegdoty, trochę ciekawostek z czasów Dwudziestolecia. Czyta się z zainteresowaniem. Mimo że autor próbuje być bezstronny w kreśleniu sylwetki Piłsudskiego, to i tak wiadomo, że uległ czarowi najwybitniejszego mieszkańca "Milusina" i jego rodziny. Jednak i przeciwnicy Marszałka złowią w książce parę smacznych kąsków.

Ostatnie rozdziały poświęcone są latom bez właścicieli, co również staje się materiałem interesującym. Niemcy, Rosjanie, przedszkole w PRL-u. Obecnie w dalszym ciągu trwają prace nad przygotowaniem ekspozycji, by stała się źródłem wiedzy, rozumienia przeszłości, tradycji. Kochajmy historię, lecz nie bezkrytycznie.

______________________

Włodzimierz Kalicki, Powrót do Sulejówka, wyd. drugie, s. 132, AGORA, Warszawa 2014.

* Tamże, s. 48.

niedziela, 12 stycznia 2014

Netsuke ma się po to, by nie tylko je podziwiać, ale przede wszystkim dotykać, ogrzewać we własnych dłoniach, pieścić, głaskać, nosić w kieszeni. Japońskie miniaturowe dzieła sztuki rzeźbione w drewnie lub kości słoniowej stały się modne w XIX wieku na fali zafascynowania japońszczyzną. Były tak pożądane jak swego czasu holenderskie tulipany, więc tylko wybrańcy mogli się poszczycić bogatą kolekcją. Charles Ephrussi zebrał ich aż 264. Niezwykły to zbiór, który w całości przeżył zmienne losy kolejnych właścicieli i teraz jest w posiadaniu autora książki.

Odziedziczywszy je, wyruszył w podróż śladami kolejnych właścicieli. Odwiedził Paryż ostatnich trzydziestu lat XIX stulecia, by potem pomieszkać w Wiedniu przeżywającym zmienne losy aż do 1938 r., następnie do 1947 roku zatrzymać się krótko w Köveces, Tunbridge Wells i ponownie w austriackiej stolicy przypomnieć zaskakującą historię uratowania całej kolekcji przez niepozorną służącą Annę. Wreszcie netsuke znajdują miejsce w swej ojczyźnie, czyli Tokio, by wreszcie z autorem powrócić do Anglii. Epizod odesski kończy wyprawę choć zabrakło zwieńczenia w Berdyczowie. W owej podróży mającej nie tylko charakter fizycznego przemieszczanie się śladami przodków, ale i intelektualnego spotkania ze sztuką, literaturą oraz przeżyciem wzlotu i upadku wielkiej fortuny - nieuniknione stało się spotkanie z Historią poprzez sięgnięcie do gazet, wspomnień, opracowań.

Edmund de Waal pisze zajmująco i efektownie przechodzi do kolejnych tematów, opisów, znajomości rodzinnych. Odtwarza wygląd pałaców, kolejnych dzieł sztuki, które są eksponowane w salonach, bibliotekach rodzinnych, przygląda się znajomościom, życiu towarzyskiemu, sięga do opinii innych ludzi, dotyka też skandali, pewnej niemoralności niektórych członków rodzin, ale też podkreśla ambicje, od których zaczynał się sukces. Było to prawdziwe poszukiwanie utraconego czasu - bo i Proust był jednym ze znajomych rodziny Ephrussi.

"Nie opuszcza mnie poczucie, że prawda wciąż gdzieś  mi umyka. Tak jak podczas pobytu w Paryżu szukałem śladów Charles'a, czytając Prousta, tak i tu, w Wiedniu, w lekturach odnajduję zniekształcone portrety moich przodków. Powtarzającym się motywem wielu powieści jest niechęć do rodziny Ephrussich.

Moje poszukiwania z trudem posuwają się naprzód. Dopiero teraz dociera do mnie, że nie mam pojęcia, czym właściwie była zasymilowana żydowska rodzina."1

I tymi słowami dotyka niespodzianki, która przyczyniła się do zgłębienia i przewartościowania jego wiedzy historycznej (a może i wiedzy czytelnika). Nie zdawał sobie sprawy ze skali antysemityzmu we Francji, Austrii sprzed czasów Anschlussu oraz podejścia tejże Austrii do zwrotu zagarniętego, zrabowanego mienia już w pierwszych latach po wojnie. "Nie może być tak, że cały naród odpowiada za krzywdy wyrządzone Żydom." - pisał prezydent Austrii  w kwietniu 1945 r. Jeszcze inne spostrzeżenie dotyczy traktowania zasymilowanych Żydów przez tzw. towarzystwo. "Było rzeczą przyjętą, że zamężne Aryjki nigdy nie składały wizyty w domach żydowskich, nie zostawiały biletów wizytowych, nie przyszłoby im też do głowy, by choć jedno z długich, ciągnących się w nieskończoność popołudni spędzić w żydowskim towarzystwie."2 Co nie znaczy, że ostentacyjnie i powszechnie wyrażano niechęć, dezaprobatę. Po prostu dwa światy istniały obok siebie, kontakty prywatne były sporadyczne, a biznesowe - oczywiste. Tak to autor wszedł na grunt mu w pełni nieznany, a zachowanie wiedeńczyków w tragicznych latach trzydziestych było konsekwencją nie tylko propagandy, lecz i wyartykułowaniu skrywanych poglądów.

Zając o bursztynowych oczach wykorzystujący motyw podążania za przedmiotem starszym niż życie jednego człowieka odsłania znane spostrzeżenia filozofów, iż nic trwałego nie jest na świecie, Fortuna nie zawsze sprzyja, a z losem trzeba się pogodzić, by jednak wciąż zaczynać na nowo swoje życie w poszukiwaniu szczęścia i samorealizacji. Koneser Charles szukał nowych doznań estetycznych, kupując dzieła sztuki, by kolekcję netsuke przekazać w prezencie ślubnym krewnym, którzy jej nie docenili. "Zabaweczki" z garderoby matki, cudem uratowane, zostały docenione i wyeksponowane po latach w japońskim a następnie angielskim domu. Zając księżycowy pędzący ponad falami oświetlonymi światłem księżyca,  groźny tygrysek, szczurek, wilk, ośmiornice, ociężałe żółwie, ale i mnisi, rybacy, 264 netsuke, są pamiątką przeszłości, miejsc, które przeminęły w sensie duchowym, osób z drzewa genealogicznego. Wprawdzie autor nie zobaczył nieba nad Berdyczowem, nie odkrył w pełni Odessy, a tym samym jego wiedza o rodzinie jest niepełna, to jednak może zacząć kolejny rozdział rodzinnej historii bogatszy o wiedzę czasów minionych.

Każda opowieść zaczyna się od przedmiotu. Nie wiadomo dokąd poprowadzi. Czytelnik i słuchacz również odkrywa kolejne warstwy opowieści i zadaje pytania.

______________________

Edmund de Waal, Zając o bursztynowych oczach. Historia wielkiej rodziny zamknięta w małym przedmiocie / The Hare With Amber Eyes: A Family's Century Of Art And Loos, przeł. Elżbieta Jasińska, wyd. II, s. 392, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

1 Tamże, s. 178.

2 Tamże, s. 179.

niedziela, 29 grudnia 2013

Wywiady wojskowe zawsze dbają o zachowanie swoich tajemnic, na światło dzienne wydostaje się tylko to, co może być ujawnione. Mimo wydawanych wspomnień, opracowań o działalności wywiadów uczestników II wojny światowej wiele postaci, działań operacyjnych skrywa mgła tajemnicy, niewiedzy, a  celowo niszczone archiwa już na zawsze dadzą możliwość stawiania hipotez, pytań retorycznych, które tylko wzbudzą ciekawość, lecz nie dostarczą jednoznacznych odpowiedzi.

Portret Krystyny Skarbek składa się składa się z wielu białych plam, mimo że Polka stała się inspiracją paru postaci literackich, jest obecna w publikowanych wspomnieniach osób, które ją znały (również Witolda Gombrowicza). Zachowana i dostępna dokumentacja jej działalności - skąpa. Dodatkowo Jarosław Molenda pisze o zawiązanym swego czasu pakcie czerech bliskich przyjaciół, którzy cenzurowali i nie dopuszczali do publikacji tekstów uwłaczających pamięci tragicznie zmarłej agentki. Zatem postać ciekawa, barwna, piękna kobieta długo nieobecna w polskim piśmiennictwie budzi zainteresowanie, zachęca do tropienia jej działalności, szukania odpowiedzi na pytania (nawet takich jak w tytule książki), by pozostać z niewiedzą dotyczącą bohaterki wojennej, ale za to wzbogaconym o wiedzę historyczną, również tą dotyczącą obyczajowości.

Kolejne rozdziały książki nie tylko prezentują dostępne fakty i poglądy na życie tytułowej bohaterki książki, ale analizują jej dojrzewanie, życie w Polsce międzywojennej oraz pracę jako agentki brytyjskiej (pytanie: Czy tylko? - pozostanie bez odpowiedzi) i osoby bez przydziału, lecz przede wszystkim ciekawie kreślą tematy obyczajowe i społeczne, które kształtowały i odcisnęły piętno na życiu niejednego obywatela mającego korzenie ziemiańskie, szlacheckie albo przynajmniej z klasy średniej. Dużo tu wniosków wynikających z cytowanych wspomnień, trochę pytań, sugestii i... cały świat, w którym toczyły się zakulisowe rozmowy, odwiedzane hotele, szlaki kurierskie. Życie dla wybranych, którzy nie tyle nie znają strachu, co mają wyjątkowe szczęście w chwilach decydujących o zdemaskowaniu. To wszystko poparte jest wyjątkową inteligencją, refleksem, czarem osobistym. Życie pełne tajemnic i śmierć równie tajemnicza - niby zwyczajne morderstwo z zazdrości, a jednak w tle pozostaje zainteresowanie i wiedza Krystyny Skarbek dotycząca córki gen. Władysława Sikorskiego - Zofii Leśniowskiej.

Mimo że nie jest to powieść, to jednak książkę Krystyna Skarbek - królowa podziemia czy zdrajczyni? czyta się znakomicie. Szkoda że to siermiężne wydanie bez map i zdjęć.

______________________

Jarosław Molenda, Krystyna Skarbek - królowa podziemia czy zdrajczyni?, s. 336, Bellona, Warszawa 2013.

poniedziałek, 28 października 2013

Miał szansę byś wielkim królem, został wartym współczucia ostatnim męskim potomkiem panującej dynastii Jagiellonów. Przyjemności i prywatę stawiał wyżej niż los państwa.

Iwona Kienzler przedstawia Zygmunta Augusta poprzez relacje z kobietami, które odegrały ważną rolę w jego życiu lub tylko pojawiły się na chwilę, by zgasnąć na zawsze. Książka jest zbiorem artykułów o niedocenianej przez długi czas w historiografii polskiej gospodarnej Bonie, niekochanej królowej Elżbiecie Habsburżance, wielkiej miłośnicy, "nierządnicy", "córki czarownicy", czyli kontrowersyjnej Barbarze Radziwiłlównie, odtrąconej Katarzynie Habsburżance, wspomniane są kochanki i intrygantki z ostatnich lat życia króla oraz zaniedbane siostry, z którymi nie potrafił się zaprzyjaźnić. Właściwie kolejne teksty przedstawiają znane i skrótowe informacje o damach, z których niektóre zaważyły na życiu ostatniego Jagiellona, a wzbogacone ciekawostkami z alkowy, rozterkami przybliżają go jako człowieka, który nie potrafił być politykiem i władcą troszczącym się o kraj. Ulubiony czarny kolor stał się znakiem żałoby po zaprzepaszczonej schedzie przodków.

Czytając eseje, opracowania popularnonaukowe poznajemy siłę i słabość, w tym i słabość charakteru, dalekowzroczność lub krótkowzroczność planów, bo dzieje zataczają krąg w nowych kostiumach, byśmy nie dostrzegli, że to już było. Czasy ostatnich Jagiellonów to czasy utraconych szans.

Książka Iwony Kienzler warta polecenia tylko początkującym historykom, innych znuży powtarzaniem znanych faktów i opinii.

______________________

Iwona Kienzler, Kobiety Zygmunta Augusta, s. 296, Bellona, Warszawa 2013.

niedziela, 15 września 2013

"...miłość do wielkich artystów, jak zakochanie się w jednej osobie, jest uczuciem narzucającym wstydliwą oszczędność słów. Smakuj sztukę swego wybrańca, odzywaj się, kiedy naprawdę musisz, podziwiaj w przerywanym rzadko milczeniu jego dzieło."1

Tak oszczędnie wyjątkowe miejsca i malarzy sprzed wieków zamknął w swoich słowami kreślonych medalionach, szkicach o przeżywaniu i odbiorze sztuki, Gustaw Herling-Grudziński.

Pierwszy medalion skrywa Parmę upamiętnioną przez Stendhala. Znany pisarz zaprojektował też tekst na własny nagrobek: "Tu leży Arrigo Beyle Milanese, żył, pisał, kochał, umarł w roku 18..., kochał Cimarosę, Szekspira, Mozarta, Corregia."2 Corregio, nazywany przez niego divin,  jest w Parmie obecny.

Drugi medalion poświęcony jest Sienie i okolicom. Siena to teatr, scena z kulisami. Herling-Grudziński skupia się na wybranych dziełach i miejscach. To smakowanie znawcy, który chce po raz kolejny zobaczyć to, co lubi.

Światło i cień zamyka medalion Caravaggia. Malarz wymyka się wszelkim próbom zaszufladkowania jego stylu. Peintre  maudit, pittore maledetto. Pisarz skupia się na odciętych głowach w jego obrazach, snuje wizję paru zdarzeń z jego biografii.

Rembrandt zamknięty jest w czwartym medalionie. Sam dopracował się stylu wydobywającego światło i tajemnicę cienia. Portrecista, autoportrecista, malarz o upodobaniach do ekspresji scenicznej. Tu też pisarz wyobraził sobie scenę jego śmierci.

Wspaniały  widok Delft z owym murem wprawiającym w zachwyt, a także malarz portretów to Vermeer, który wciąż jest podziwiany. Mało wie się o jego życiu, została sztuka. Dla Herlinga-Grudzińskiego najważniejsze obrazy to U rajfurki i Widok Delft.

Ribera, Hiszpan mieszkający i tworzący w Neapolu, artysta, który również podziwiał Corregia upamiętniony został w szóstym medalionie. "...był prawowitym potomkiem Caravaggia. Potomkiem, ale nie spadkobiercą; spadek stopniowo odrzucał, szukając własnych dróg."3 Znawcy uważają go za jednego z najwybitniejszych artystów XVII wieku.

Powyższy przegląd jedynie wskazuje na miejsca i nazwiska, gdyż nie sposób oddać innymi słowami odbioru wybranych dzieł przez autora szkiców o sztuce. To czytelnik ma być towarzyszem literackiej wyprawy, a autor przewodnikiem.

Książkę zamyka opowiadanie, które sugeruje zdarzenie autentyczne poprzez daty, miejsca, sylwetkę narratora-autora. Srebrna Szkatułka, piękne dzieło sztuki potraktowane jako łup wojenny, skrywa w sobie tajemnicę sprzed wieków. Każda historia życia jest jednak krucha. Motyw przedmiotu został ukazany na paru poziomach narracyjnych.

______________________

Gustaw Herling-Grudziński, Sześć medalionów i Srebrna Szkatułka, wyd. I, s. 120, "Czytelnik", Warszawa 1994.

1 Tamże, s. 49.

2 Tamże, s. 13.

3 Tamże, s. 85.

sobota, 22 czerwca 2013

Stanisław Janicki w latach 1967 - 1999 był gospodarzem niezwykle popularnego telewizyjnego cyklu W starym kinie, w którym przypominał i przybliżał widzom nie tylko przedwojenne filmy, ale i najjaśniej świecące gwiazdy. Wśród nich były i polskie, szczególnie ukochane przez wierną widownię. Szkoda, że obecnie nie wraca się do tych przemawiających emocjami utworów zapisanych na  starej taśmie filmowej. Może są i naiwne, problemy zbyt proste, patriotyzm podany na dłoni, ale niektóre piosenki z filmów muzycznych jeszcze dzisiaj będą się bardziej podobać niż ich współczesne wersje.

Magnetyczne spojrzenie Smosarskiej, naszej Jadzi kochanej, urok Zuli Pogorzelskiej, głos Toli Mankiewiczówny, nogi Lody Halamy - po jednej stronie, a po drugiej ich partnerzy filmowi tacy jak pełen czaru Eugeniusz Bodo, mistrz sceny Stefan Jaracz, dobroduszny Antoni Fertner, pamiętany z wielu ról Aleksander Żabczyński, mistrz szmoncesów Konrad Tom - odkrywa ich na nowo kolejnemu pokoleniu  Sławomir Koper w swojej nowej odsłonie postaci Dwudziestolecia, zaznaczając, iż inni artyści już byli przez niego prezentowani, więc się nie powtarza. Jednocześnie zapowiada książkę o tych artystach, którzy uwikłali się w niechlubne lub nie do końca wyjaśnione przedsięwzięcia z czasów okupacji. Gwiazdy sportu również czekają na swoją książkę.

Sławomir Koper prowadzi czytelnika przez chronologiczny rozwój kariery,  koleje życia, ludzkich słabości, sławy, legendy i zapomnienia. Czas wybuchu wojny był końcem dawnego życia i zamknięciem albumu głośnych dokonań artystycznych. Książka jest pewnym kompendium wiedzy wymagającym wzbogacenia poprzez kontakt z żywym człowiekiem ukazanym na  taśmie filmowej lub nagraniem jego głosu.

Każda epoka ma swoje gwiazdy i gwiazdeczki. O kim zechce się pamiętać dłużej?

_______________________

Sławomir Koper, Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej, s. 344, Bellona, Warszawa 2013.

środa, 06 marca 2013

Ostatni Piast na tronie niewątpliwie należał do grona władców kochliwych i niewiernych. A jakim był władcą? Wbrew opinii zawartej w słynnej rymowance wspierającej trud dydaktyczny historyków w szkołach, iż "zastał Polskę drewnianą, a pozostawił murowaną", są zdania, że nie dorównywał swemu ojcu Władysławowi Łokietkowi, którego przewyższał tylko wzrostem o dwie głowy. Kazimierz Wielki ma swoich zażartych zwolenników, ale i spore grono przeciwników.

W swej publikacji Iwona Kienzler zaczyna od czasów jego ojca, kiedy to w czyn wprowadzano dążenia scalania ziem dawnego królestwa nie zawsze w sposób skuteczny i odpowiedzialny. Urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą w tej materii okazał się skromny warchoł, nawet awanturnik, jak mówią niektórzy, który dojrzał do noszenia korony dzięki skuteczności, lecz nie zawsze przenikliwości, o czym świadczy zawarcie sojuszu z Krzyżakami w sprawie Pomorza. Ten skromny książę wraz ze swoją żoną Jadwigą Bolesławówną spłodzili przynajmniej dwoje inteligentnych potomków: Elżbietę Łokietkówną, żonę króla Węgier, i właśnie Kazimierza. O najstarszej Kunegundzie niewiele wiadomo, a dwaj starsi bracia Kazimierza zmarli w dzieciństwie (może któryś z nich byłby lepszym królem?).

"w drugi dzień kalend maja, urodził się Kazimierz, syn Władysława, króla Polski w roku 1310." [po przeliczeniu to 30 kwietnia] Po rozdziale poświęconym sytuacji politycznej Polski i dokonaniom ojca, przechodzi autorka do panowania Kazimierza, omawiając jego zasługi, które, jak chcą mu niechętni, wcale nie były takie małe. To zwięzły bryk wkładu ostatniego Piasta na tronie w rozwój cywilizacyjny kraju, ale i lista błędów.

Czas na udział kobiet w życiu monarchy. Wpierw najważniejsza okazuje się siostra, której małżeństwo utrwaliło więź z Węgrami jako sojusznikami. To widok węgierskich zamków królewskich skłonił Kazimierza do przebudowy Wawelu. Pobyt królewicza z misją dyplomatyczną na dworze Karola Roberta zaowocował głośną seksaferą, jak nazywa te incydenty autorka, która stała się głośna na niektórych dworach europejskich. Jednak niektórzy historycy, biorąc pod uwagę kary, które spadły na rodzinę Klary Zych, zastanawiają się, czy nie połączyła się ona z próbą zamachu stanu. Z kolei sylwetka siostry króla, jej energia i przenikliwość polityczna budziła nie tylko w jej czasach podziw.

By udowodnić folgowanie żądzom, które wcale nie przeszkadzały królowi w wypełnianiu obowiązków królewskich, autorka sięga do poglądów średniowiecznych dotyczących spraw seksu. To jest chyba najciekawszy rozdział w książce. Trzeba mieć świadomość, że życie codzienne a nakazy i zakazy spisane przez teologów to dwie różne sprawy.

Kazimierz Wielki, oprócz nałożnic (m. in. Cudka i domniemana Esterka), chwilowych kochanek, miał cztery żony (litewska Aldona-Anna, Adelajda Heska, czeska mieszczka Krystyna Rokiczana i Jadwiga Żagańska) i był podwójnym bigamistą w świetle prawa kościelnego, a mimo to nie skazywał małżonek na śmierć, nie obrażał się na Kościół i nie tworzył religii państwowej jak niejaki Henryk VIII. Skromne są te rozdziały poświęcone damom serca królewskiego, no bo i niewiele przekazów z epoki na ich temat się zachowało. Historycy na podstawie szczątkowych materiałów snują czasami dziwne hipotezy. To dla potomnych łóżko okazuje się czasami ważniejsze niż inne dokonania. Pozostaje jeszcze smutek braku następcy tronu. Bo gdyby taki był, to... - i tu moglibyśmy tworzyć historię alternatywną.

Książka Iwony Kienzler jest przykładem publikacji, która ma, moim zdaniem, trafić do młodego czytelnika, stąd styl lekki, gawędziarski z dużą dozą kolokwializmów, dygresji, odwołań do współczesności. Pojęcie urody wybranek jest powiązane z kanonem piękna danej epoki. Ponieważ jednak nie posiadamy wizerunków wykonywanych z natury, to trudno nam oceniać gust kochliwego króla-estety. Na koniec otrzymujemy rozdział o losach niektórych potomków Kazimierza Wielkiego. Przybliżanie historii poprzez sprawy alkowy również spełnia swoje zadanie popularyzatorskie.
______________________

Iwona Kienzler, Król Kazimierz Wielki bigamista, s. 280, Bellona, Warszawa 2013.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Emigracja miała być tymczasowa, na początku myśleli, że jednak wrócą do kraju, do swoich domów, szczególnie na Kresach. Tymczasem wszystkie prowizorki zawsze, chichocząc, zacierają ręce: "Powrotu nie ma".

Gdy pisze się o emigracji, trzeba skupiać się na losach ludzi, którzy ją tworzą, a przecież jest to, mówiąc obrazowo,  cała gama barw i odcieni, toteż i uogólnianie zawsze prowadzi na manowce. Zatem reportaż jest dobrą formą literackiego przekazu, gdyż nie dąży do jednoznacznych uogólnień, lecz oddaje jednostkowe losy, postawy, zachowując ich niepowtarzalność w szczegółach.

Nowe wydanie Londyńczyków Ewy Winnickiej zostało wzbogacone o o pięć nowych tekstów oraz zdjęcia potomka emigrantów Chrisa Niedenthala. Reportaże nie tylko  przekazują przekrój społeczności od tzw. polskiej socjety do nizin,  jakość zaaklimatyzowania się w niechętnym przybyszom środowisku, ale i stosunek do polskości, pielęgnowania kultury, religii, ukazują formy działań społecznikowskich, również stosunek do kraju pod rządami obcej ideologicznie ekipy. Gdzieś w tym wszystkim kumulują się problemy rodzinne, pogodzenie się z losem, także i niezrozumienie przez otoczenie. Nasuwa się równocześnie pytanie, jak długo organizacje polonijne mogą być ośrodkiem i podmiotem organizującym działania, kiedy i jak zakończyć wielopokoleniową pracę w zupełnie innych uwarunkowaniach politycznych i społecznych. Pierwsze pokolenie odchodzi, kolejne ma świadomość swego przystosowania do życia w innym kraju, czując się już jego częścią, a dalsze albo obojętnieje na polskość, albo wiąże się z krajem, do którego może podróżować bez przeszkód. Okazuje się bowiem, iż sukcesy, stabilizacja materialna odgrywają sporą rolę w pojmowaniu swego miejsca jako obywatela, nawet bardzo zasymilowanego, który ma konkretne pochodzenie. Pierwszy tekst Londyńczyków o zdjęciach znalezionych na śmietniku jako efektu opróżnienia mieszkania po zmarłym ma znaczenie symboliczne jakiegoś końca tego, co było istotą życia emigracji powojennej.

Forma reportażu jest dostosowana do tematu i bohatera. Są wizerunki osób z pierwszej i tzw. drugiej ręki. Raz jest to wywiad, innym razem luźne zapiski, odnotowanie wspomnień, różniących się opinii, kolejnych doznań, postępowania, jeszcze kiedy indziej fragmenty korespondencji, monologu bohatera. Autorka jest cały czas na drugim planie, mimo iż uczestniczy w rozmowach, przegląda dokumenty, nie ocenia, nie poddaje w wątpliwość. Bohaterowie reportaży sami odpowiadają za swoje wypowiedzi, a jeżeli wydają się śmieszni, pazerni, nieuczciwi, okrutni - to już sprawa tego co mówią i jak to odbiera czytelnik.

Zwróciłam uwagę na tekst  przede wszystkim korespondencyjny Tato. Po latach dorosła córka chce poznać i zrozumieć nieżyjącego i okrutnego dla rodziny ojca, dawnego polskiego żołnierza. Mimo zdobycia wielu faktów, to i tak nie nie była w stanie zrozumieć wszystkich przyczyn jego przemocy wobec najbliższych. Pojawił się w nowym kraju człowiek bez przeszłości i z obietnicą niejasnej przyszłości. Emigranci ujawniali tylko cząstkę siebie, nie byli rozumiani przez nową rodzinę irlandzką, szkocką czy angielską całkowicie. Nikt wtedy nie badał, jak wojenna trauma, wykorzenienie,  wpływa na życie, i tu nie chodzi o fakty znane z filmów, literatury, podawane przez historyków, ale o głośne wypowiedzenie swoich przeżyć, odczuć przed najbliższymi osobami. Piszę to dlatego, że znam podobny przypadek, gdy osoba, która potrafiła uprzykrzyć życie rodzinie, po ponad 30 latach dopiero opowiedziała siostrze i szwagrowi, co naprawdę przeżyła w czasie wojny, czego była świadkiem, a ci krzywdzeni nigdy tej opowieści nie usłyszeli. To podobno nazywa się teraz depresja bojowa albo i depresja więźniów obozów i łagrów.

A może, pisząc o książce, należałoby napisać, iż był kraj, który miał swoich żołnierzy, którzy koniecznie chcieli wrócić do niego, niosąc mu wolność. Jednak źli wujkowie poprzesuwali granice tak, że nie było do czego wracać. W nowym miejscu otrzymali pisemną wskazówkę, jak żyć wśród obywateli tego kraju. Początkowo byli sympatycznymi bohaterami, którym lady wręczały robione na drutach szaliki albo zużyte pończochy, potem już się opatrzyli, znudzili i musieli sobie radzić sami, bo nie kochali nowych przyjaciół. Jedni się przystosowali, pogodzili z degradacją społeczną, inni tęsknili nieustannie. Większość pielęgnowała swoją polskość według własnych wyobrażeń o niej. Emigrant jest zawsze gościem, potem można się do niego przyzwyczaić. Historia miłości w dziesięciu etapach jest najlepszym podsumowaniem.

Przygnębiająca książka.
______________________

Ewa Winnicka, Londyńczycy, wyd. II uzupełnione, s. 262, AGORA, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2012.

 
1 , 2 , 3 , 4