| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Scena i ekran

sobota, 19 lutego 2011

9. kompania, reż. Fiodor Bondarczuk, Rosja/Finlandia/Ukraina, 2005


Nie piszę na blogu o filmach, lecz tym razem chcę podzielić się spostrzeżeniami o 9. kompanii, obrazie wojennym w amerykańskim stylu ze śladami rosyjskiej duszy, ale tylko śladami.

Typowy schemat: pożegnanie rodzin, oswajanie się z rzeczywistością wojskową, pierwsze konflikty i szkolenie przed wyjazdem do Afganistanu, potem służba wojskowa aż do walki o utrzymanie Wzgórza 3234 - to zarys wydarzeń. Fiodor Bondarczuk, syn innego uznanego twórcy filmów ze scenami batalistycznymi - Siergieja, chciał stworzyć obraz hekatomby afgańskiej z lat 80. XX wieku, by przemówić do młodego widza środkami pozbawionymi propagandy. Trochę mnie dziwił brak szerokiego oddziaływania politruków na morale żołnierzy, bo w starych radzieckich filmach elementy patriotyczne, sugestywne przemowy do żołnierzy były mocno eksponowane. Tu przemowa przed wyjazdem była jałowa, informacja o lokalnych zwyczajach zwięzła. Nie do końca jasne są też powody decyzji młodych mężczyzn. Czy chodziło im o szybsze spełnienie patriotycznego obowiązku wobec ojczyzny i wcześniejszy powrót do domów? Grupa zadziornych o zróżnicowanych charakterach i pochodzeniu mężczyn nie jest zbyt wyrazista. Zwraca się szybko uwagę na artystę, w cywilu nauczyciela, Worobiowa / Wróbla, szeregowego, który żegnał się z żoną i córką, otrzymując dziecięcy rysunek,  wychowanka domu dziecka Czuguna(?). Jednak wielość bohaterów, przewaga scen zbiorowych i charakteryzacja sprawia, że gubimy się i przestajemy dostrzegać jednostkę. Testosteron, skrywane tęsknoty, niepewność jutra aż buchają. W filmie po scenie pożegnania występuje krótko jedna kobieta. Anielska z wyglądu cichodajka  zwana Królewną Śnieżką spotyka się z ochotnikami w szopie. Tam Worobiow wpada na pomysł uwznioślenia tej dziewczyny, mianujac ją Afrodytą, przed którą należy paść na kolana. Trochę sztubacko to wypadło, ale realistycznie. Nie brak scen symbolicznych. To przekazanie medalionu koledze z tego samego miasta, gdyż przynosi szczęście. Zaraz potem następuje katastrofa lotnicza, w której giną ci, którzy zakończyli służbę. Zły omen wzbudza lęk u przybyłych. Ten sam znak pojawia się w jednej z końcowych scen. Jak żyć ze świadomością, że straciło się kolegów z kompanii? Wyrazista, mimo że krótka scena pokazuje pole maków, inna zakrwawiony rysunek. Ogólnie można powiedzieć, że film składa się z wielu pięknych obrazów. Muzyka współgra ze scenami, nie dominując. Fabuła zmierza ku najdramatyczniejszym scenom, w których wszystkie elementy składają się na obraz kroczącej śmierci zbierającej żniwo. Bezsensowna w swej wymowie obrona Wzgórza, brak pomocy i wykrwawianie się obrońców robi mocne wrażenie. Ocalony żołnierz składa raport dowódcy tak jak nasz stary wiarus w Warszawiance (takie miałam skojarzenie). Mimo że aktor nie miał talentu Solskiego, to postawa była zbliżona. Odebrałam ją jako podkreślenie heroizmu żołnierza walczącego w moralnie nagannej wojnie.

Podaje się, iż film oparto na fakcie autentycznym obrony Wzgórza w 1988 r. przez 39 żołnierzy radzieckich, którzy odpierali ataki 200-300 mudżahedinów, lecz straty nie były takie jak w filmie. Afganistan pozostawił trwały znak na końcu historii ZSRR. Film kończy się informacją zza ekranu, że za dwa lata padnie imperium i poświęcenie, zdobyte medale przestaną mieć znaczenie.
Jest to film o wybitnej wymowie antywojennej, bezsensownej hekatombie kompanii, podporządkowaniu jednostki celom wielkiej polityki. Warto obejrzeć go, by przekonać się, jak się walczyło w Afganistanie dawniej i teraz.

---------------

Obejrzane w TVP

niedziela, 20 czerwca 2010

Tak, bo warto spędzić czas w plenerze, słuchając doskonałego wykonania opery. Tym razem są to Dolomity Sportowa Dolina,  naturalne wyrobisko dawnej odkrywkowej kopalni dolomitu a dziś kompleks sportowy. Wybranym miejscem był stok narciarski, a u podnóża przygotowano scenę, zaplanowano dekoracje, natomiast krzesełka licznie zgromadzona publiczność przyniosła sama. Od późnych godzin popołudniowych szły tłumy w kierunku tego miejsca, zjeżdżały się samochody i autobusy nie tylko ze śląską rejestracją. Opera Śląska w Bytomiu po raz czwarty zaprosiła na wielkie plenerowe widowisko. Tym razem była to czteroaktowa opera Giuseppe Verdiego Nabucco. Akcja przenosi widza do roku 587 p.n.e. Tytułowy Nabucco (Nabuchodonozor) podbija Judeę. Temat traktuje o problemach politycznych, intrygach dworskich, ważny jest wątek miłosny, ale i tęsknota za wolnością.


O godzinie 20.00 rozległa się uwertura. Kierownictwo muzyczne sprawowuje Tadeusz Serafin, reżyserem widowiska jest Feliks Widera. Widzowie oglądają 200 wykonawców i 30 koni, bo musi być świta królewska. Wykonawcami są: soliści, chór, orkiestra i balet Opery Śląskiej w Bytomiu oraz gościnnie chór Teatru Muzycznego w Kaliningradzie. Słynna pieśń Va pensiero z III aktu brzmi imponująco. Widzowie mają też możliwość oglądania zbliżeń na telebimach. Szkoda, że były one tylko po obu stronach sceny. Świetne głosy solistów, wśród nich barytona Rafała Songana jako tytułowego Nabucco oraz Haliny Fulary-Dudy przykuwają uwagę, a do tego jeszcze należy podkreślić dobrą grę aktorską wykonawcy głównej roli.


Pieczołowicie przygotowano dekorację, m.in murów Jerozolimy i bramy Isztar, a zmieniająca się pora przechodząca z dnia w noc pozwala wykorzystać takie efekty jak pochodnie, ogień, kolorowy dym, lecące oświetlone baloniki. Zbocza wyrobiska zaczynają zmieniać kolory: fioletowy, zielony, pomarańczowo-czerwony.

W przerwie zgromadzeni na stoku są świadkami pokazu strumieni laserowych oraz występu baletu przy muzyce instrumentalno-perkusyjnej.

Widowisko kończy piękny pokaz fajerwerków przy muzyce Verdiego.

Publiczność w różnym wieku, przy okazji nawet piknikująca, przyjmowała występy artystów z zachwytem, nie pozostawała obojętna na to co dzieje się na scenie oraz wokół niej. Opera Verdiego, pełna muzycznych, klasycznych przebojów, mogła też pełnić funkcję dydaktyczną. Zresztą kultura muzyczna na Śląsku ma długą tradycję.

Już jest planowana kolejna impreza za rok, tym razem na początku lipca, bo wtedy Polska obejmie wtedy przewodnictwo w UE. Będzie można obejrzeć Straszny dwór oraz widowisko Polak Węgier ...

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

- to nowy serial fabularny TVP, ale taki, który ma swój koniec, nie dłuży się w nieskończoność. Wczoraj wyemitowano pierwszy odcinek. Tak się złożyło, że jego wyświetanie połączyło się z dniami żałoby narodowej. Przypomniano list do twórców Prezydenta z podkreśleniem ważności tematu fabuły.

Mało kto wie, iż Prezydent wśród swoich wielu zainteresowań miał temat relacji między Polakami i Żydami i był w tym względzie prawdziwym fachowcem. W radiowym programie wspomnieniowym przytoczono wypowiedź (nie pamiętam osoby), że w czasie wizyty w Izraelu w 2006 roku wygłosił wykład na otwarcie wystawy Za Naszą i Waszą Wolność, w którym, nie czytając z kartki, wygłosił godzinną mowę o roli Żydów polskich w kulturze i historii narodu na przestrzeni 300 lat. Zyskał sobie tym faktem, erudycją powszechne uznanie. Uchodził też za człowieka, który potępiał antysemityzm w każdej postaci i reagował nań. Przyczynił się do porawy stosunków polsko - izraelskich na szczeblu państwowym. To oczywiście sprawa wychowania wyniesioneo z domu, pielęgnowanych wartości, lektur.

Otóż film ma traktować o stosunku Polaków do Holocaustu, wskazując różne z postawy z podkreśleniem tych, które przyczyniły się do uratowania wielu istnień. Nie darmo wśród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jest najwięcej Polaków i ich drzewek na terenie Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie (napiszę jeszcze o nim na blogu później). Jeżeli chcemy, by nie przypisywano nam win niezawinionych, sami musimy o to zadbać. Wiedza o ratowaniu Żydów w czasie okupacji jest niezbędna.

O filmie na razie trudno pisać po pierwszym odcinku. Prezentowani są niektórzy bohaterowie. Zaczyna się w 1938 roku ambitnymi planami budowy metra w Warszawie. Tu nasuwa się refleksja, jakież ambitne miało się plany i ile już się zrobiło w czasie 20 lat niepodległości (to prawie tak jak dzisiaj, minęło 20 lat). Jest migawka z kampanii wrześniowej i pojawia się Treblinka, wioska, w której jedna z bohaterek, Basia, opiekuje się rannymi.

W filmie będą dwa plany czasowe: wojna i współczesność.

Obraz na podstawie scenariusza Wojciecha Tomczyka wyreżyserował Waldemar Krzystek, który dobrze się czuje w tematyce moralno - patriotycznej. Zwraca też uwagę tło muzyczne dzieła Zbigniewa Karneckiego. Na inne oceny jest jeszcze za wcześnie.

Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat.

czwartek, 18 marca 2010

Ostatnio częściej słucham niż oglądam. Postanowiłam zwrócić uwagę na audiobooki, a także ofertę kulturalną radia. W tym ostatnim można posłuchać fragmentów książek, które ukażą się lada chwila lub też już są dostępne w księgarniach, w piątki  zaś chętnie słucham audycji o książkach. Jest też i teatr radiowy, który oferuje ciekawe spektakle dramatów współczesnych poruszających dyskusyjne tematy albo zwracajacych uwagę na wydarzenia o wymiarze historycznym.

Wczoraj w radiowej Jedynce wysłuchałam realizacji dramatu Herr Klement Patricii Suárez i Leonela Giacometty. Inspiracją dramaturgów było wydarzenie historyczne - wytropienie przez Mossad w 1960 roku w Buenos Aires ludobójcy Adolfa Eichmanna  i przerzucenie go po trzech dniach do Izraela, gdzie odbył się proces skazujący zbrodniarza na śmierć.

Tematem sztuki stał się trzydniowy pobyt w willi, reakcje i przeżycia agentów służb specjalnych, kontakty z zatrzymanym oraz reakcje samego Eichmanna. Przede wszystkim zwracają uwagę postawy młodego Shaloma i doświadczonego agenta Lubinskiego. Wspominając moment pojmania i pierwsze reakcje na fakt, iż dokonało się, Shalom mówi: "To jest potwór. (...) Czułem nienawiść bijącą z jego oczu." Z kolei Lubinsky, analizując swój stan, rozwija pojęcie dobrego człowieka. "Dobry człowiek powinien ciągle sam siebie pilnować." Mówiąc o swoim udziale w zatrzymaniu i odczuciach stwierdza: "Ale powściągnąłem moją nienawiść. Moją skumulowaną nieoczekiwaną wściekłość (...) Byłem osobą. Człowiekiem, który po prostu robił to, co powinien zrobić." Aktorzy głosem musieli przedstawić swoje emocje wynikające z losu rodziny, narodu, historii, a profesjonalizmu, odpowiedzialności, zaufania zwierzchników z drugiej strony. Myśląc o odurzonym  Eichmannie Lubinsky mówi, że to w końcu człowiek, "...który musi ponieść odpowiedzialność za swoje decyzje, za obrazę ludzkości." - to precyzyjne i mocne słowa. Padają jeszcze słowa: "Nie interesuje nas życie wewnętrzne, ale jego czyny. Cierpi na pragnienie zła." Oprócz wymienionych, wyrazistych postaci pojawiają się w sztuce dwie agentki: Dina Kofman i Rosa Recanatti, które też zmagają się ze wstrętem, odrazą a obowiązkiem wywiązania się z zadania. Sam tytułowy herr Klement, bo pod takim nazwiskiem przybył w 1950 roku do Argentyny, w swoich krótkich, ale wyrazistych wypowiedziach jawi się jako cynik: "Żyjecie dzięki mnie. Teraz jesteście narodem." W momencie największego napięcia, kiedy Shalom nie potrafi już utrzymać nerwów na wodzy mówi: " Nigdy nie jesteście zgodni. Rozczuliłem się..."

Radiowy spektakl skłania do zamyślenia nad wieloma problemami: kary, pojmowania człowieczeństwa, posłuszeństwa, cynizmu itp. A jaka jest wina Argentyny, która przyjęła zbrodniarzy i pozwalała im normalnie żyć? W sztuce podkreślono jasno - rządzących, nie obywateli.

Może klaustrofobiczna atmosfera teatru wyobraźni wyróżnia frazy, które wydają się być tu najważniejsze, może i człowiek gubi się w dźwiękach, ale wskazuje też, że człowiek nie jest bezwolną maszyną, chociaż wykonuje pracę każącą być jednym organizmem. W spektaklu najbardziej zwracał uwagę Krzysztof Gosztyła jako Lubinsky oraz Arkadiusz Bazak jako Eichmann.

Sztukę wyreżyserował  Janusz Kukuła, a opracował akustycznie Andrzej Brzoska. Dramat przełożyła Rubi Birden.