| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Spotkania autorskie

piątek, 20 września 2013

Credo opolskiego poety z zawodu aptekarza zachęca do sięgnięcia po wiersze, szczególnie takie, które koncentrują się wokół spraw codziennych, ale nie pozbawionych poszukiwań wartości uczuć, wiary, sensu życia. Wystawiona recepta dbająca o to, by pacjent nie przedawkował leku, pozwala na dotykanie oczami słów, zastanowienie się, porównywanie własnych doświadczeń i obserwacji, nawet wywołuje uśmiech, lecz również skupia uwagę na słowach, ujawniając, ile w nich możliwości tworzenia więzów.


Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. E. Smołki w Opolu, która jest również wydawcą paru tomików poetyckich, zorganizowała w wrześniowy wieczór (19 IX) benefis Waltera Pyki z okazji jego siedemdziesiątych urodzin. Na program spotkania złożyła się interesująca rozmowa z jubilatem poprowadzona w sposób żywy, atrakcyjny językowo, z dozą humoru, czytanie wybranych wierszy przez poetę, nawet takiego, który przez twórcę został określony jako tekst, który tylko nosi znamiona poezji (bo to ostatnio bardzo modne słowo), przyjemna dla ucha muzyka i śpiew dwojga młodych ludzi. Wspomnę jeszcze, iż parę wierszy o uczuciach pan Walter czytał z inną zaproszoną artystką. Były i mowy pochwalne, kwiaty i prezenty, a na końcu tort dla czytelników z lampką wina.

Miejsca bliskie sercu to wieś, w której się urodził - Jemielnica, oraz wieś Popielów, w której zamieszkał po studiach, tworząc więzi rodzinne, w której z żoną prowadzi aptekę, gdzie zyskał sympatię ludzi i wreszcie mógł narodzić się jako poeta. Ślązak i Polak jednocześnie. Lubi poezję Szymborskiej i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Był uczniem ich wyobraźni i pracy nad słowem poetyckim.

Umiejscowiony w tradycji domu, oswojonych i nowych miejscach, obserwator przedmiotów będących w zasięgu ręki, wyraża ludzkie tęsknoty, uniesienia uczuciowe, nawet ich koniec, skupia się na wierze, która ułatwia życie i wypełnia pustkę, po prostu - prowadzi przez meandry życia. Walter Pyka trafia do serc tych, którzy są spragnieni wskazania zwyczajnego drobiazgu, gestu, życzliwości, ale i dostrzeżenia ludzkich smutków, mówiąc inaczej - umiejętności poetów haiku przełożonych na zupełnie inny typ wiersza.

PRÓBA OPISU ŚLĄZACZKI
Nie zna paragrafów,
tylko przykazania.
Nie była nad Morzem,
bo to daleko.
Chodzi na cmentarz,
bo to blisko.
Do kościoła prowadzi ją rower.
Usycha z tęsknoty
za dziećmi.
O życiu mówi śmiertelnie poważnie,
o śmierci śpiewa ładnie.
... a gdy czasami wątpi,
stawia na stole krzyż
i coś tam Bogu szepce.
Potem otwiera słoik miodu.
I czeka.

Lubię ten wiersz. Widzę kobietę w chłopskim ubraniu, która została wychowana według tradycyjnych wzorów. Ma swój honor i godność. Taka na pewno było matka poety.


ODKRYCIE PANI KRYSI LABORANTKI ZE SZPITALA SIOŁKOWICE
- Wszyscy ludzie są Polakami -
powiedziała pani Krysia
odrywając oko od mikroskopu,
gdzie pod cienką szklaną skórką
powiewały
biało-czerwone ciałka krwi


WYMAGANIA
byś mogła być
moją jesienią
musisz mieć
słoneczniki w oczach,
kasztany we włosach
i winogrona na piersiach.
I jeszcze szczegół.
W kosmetyczce - zamiast lusterka -
musi być słońce,
które od czasu do czasu
zawiesisz na wargach.



KONSTRUKCJA WIERSZA
Te wiersze
nie mają łokci,
pazurów,
nie pchają się do każdego.
Za Tobą chodzą.
Do Ciebie lecą
... a gdy je bierzesz
do ręki -
chcą być przydatne.
Wieczorami świecą.

Jesień jest dobra dla poezji dawkowanej wiersz po wierszu. Czytajmy poetów, których nie zawsze zna cała Polska.

____________

Wiersze pochodzą z tomików poetyckich Waltera Pyki.

piątek, 14 czerwca 2013

Ponieważ postanowiłam zareagować na biblioteczny plakat o spotkaniu autorskim z Manulą Kalicką i zwiększyć frekwencję, sięgnęłam po dwie dostępne pozycje z dorobku pisarki, by poznać o styl pisania i tematykę jej powieści.

Szczęście za progiem wpisuje się w nurt prozy o tym, że gdy się ma spaprane życie, a chce się wyjść z marazmu zapyziałej prowincji, to cięgiem należy ostatni grosz własny lub babciny  wydać na bilet do stolicy, jak to zrobiła Gosia Habich z Jagniątkowa. Wpierw trzeba się oczyścić na Pradze i w peep show jako pierwszym miejscu pracy, zahaczając w wolnych chwilach o stołeczne biblioteki, by wreszcie rozwinąć skrzydła na Mokotowskiej w wynajętym pokoju przedwojennego mieszkania, poznając  barwnych starszych lokatorów ze środowiska artystycznego. Cóż to Gosię czeka? Odkrycie swoich wszechstronnych możliwości, które umożliwiają jej studia, modeling i zdobycie zakochanego sponsora. Jednak nasza dziewczyna zastanawia się, czego chce w życiu i z tą niepewnością pozostawi czytelniczki, które lekturę przetrawią i ...

Lektura lekka, łatwa, z tych czytanych na metry.

Niektóre nasze pisarki z niewielkim dorobkiem mają zaskakującą zdolność budowania dialogów oddających styl i słownictwo ludzi pochodzących z charakterystycznych językowo środowisk. To nie ironia. W powieści Szczęście za progiem stykamy się z gwarą z Pragi, natomiast w kolejnej, tym razem wojennej opowieści, ze stylem składniowym i fleksyjnym Żydów polskich. Oprócz tego teksty wielokrotnie tryskają humorem zarówno w dialogach jak i sferze ocen w myślach bohaterów. Jednakże ten trud nie łączy się z głębszą kreacją postaci, dbałością o potrzebę szczegółów i spójność fabuły. Może przydałaby się dłuższa praca nad tekstem?

Później wydana powieść Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu jest ciekawiej skomponowana, ale mnie nieco rozczarowała odejściem od tematu, który początkowo uznałam za wiodący. Chodzi o zaplanowaną grabież dzieł kultury już w pierwszym roku wojny. Epizody rekwirowania dzieł są przygrywką do sensacyjno-obyczajowego wątku głównego skupionego wokół paru pomysłowych a zarazem sympatycznych postaci. Może jeszcze nadmienię, iż bohaterką jest postać znana z wcześniej omówionej powieści, właścicielka mieszkania przy Mokotowskiej - Irena Górecka, tu jako młoda kobieta. Pożądanie obrazu Rembrandta oraz Biblii Gutenberga, tudzież innych cennych ksiąg przez Niemców działających na własną rękę sprawiają, iż zaprezentowany krąg postaci z Warszawy i Krakowa znajdzie się w niebezpieczeństwie. Manula Kalicka, jak zaznacza w posłowiu, zapoznała się z tematyką okupacyjną, czytając między innymi dzienniki, wzorowała się się również na niektórych osobach ze wspomnianych miast. Perypetiom tragicznym, ale i przenikniętym humorem towarzyszy obraz codziennego życia pierwszych miesięcy wojny i okupacji. Okrucieństwo, obojętność zawsze istnieje obok dobroci i chęci niesienia pomocy.

Powieść Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu jest sympatyczną historyjką wojenną pisaną w nadziei, że znajdzie swoją kontynuację. Zakończenie fabuły w styczniu 1940 jest tego potwierdzeniem. Czy wnosi coś nowego do znanych postaw ludzi obu stron? Może tylko kieruje uwagę ku grabionym dziełom sztuki, bo inne tematy są (przynajmniej starszym) znane z lepszych, starszych książek. Dla młodszych czytelników może może mieć dodatkowy walor dydaktyczny.


A teraz przejdę do samego spotkania, które wcale nie było poświęcone twórczości pisarki, ale prezentacją sylwetki Anny German (Anna German - prawdziwa historia). To było zapisane na afiszu, ale podeszłam nieufnie do ogłoszenia, wiedząc, iż to nie pani Kalicka jest autorką książki o piosenkarce. Tymczasem pisarka wystąpiła w roli dziennikarki, która sobie pochałturzyła na prowincji. Wystarczył plik kartek z notatkami, parę zdjęć rzuconych na ekran, dwa fragmenty filmów dokumentalnych, fragment piosenki o Eurydykach, by powiedzieć to, co można było przeczytać w prasie w trakcie lub po premierze serialu. Bladziutko to wszystko wypadło tym bardziej, iż gość spotkania nie ma zamiaru pisać książki. Pani Kalicka lepiej pisze niż opowiada i prezentuje materiał biograficzny.

______________________

Manula Kalicka, Szczęście za progiem, s. 232, Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.

Manula Kalicka, Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu, s. 416, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2008.

piątek, 22 marca 2013

W mijającym tygodniu wzięłam udział w spotkaniu autorskim z Janem Grzegorczykiem zorganizowanym przez DKK. Już w latach poprzednich przeczytałam jego najsłynniejszą trylogię o księdzu Groserze (Adieu, Trufle i Cudze pole) oraz Puszczyka (pierwsza książka cyklu to Chaszcze). Dorobek poznańskiego pisarza i publicysty jest bogatszy, a Przypadki księdza Grosera mają swoją kontynuację. Właściwie spotkanie było też promocją Jezusa z Judenfeldu, najnowszej powieści. Z niej odczytał wybrany przez siebie fragment. Dowiedzieliśmy się, że przed nami jest jeszcze Dekalog księdza Grosera jako zamknięcie pięcioksięgu (Jak to brzmi!). Trzeba dbać o to, by nie ulegać naciskom, które cykl mogłyby zmienić w niekończący się serial. Warto autorowi życzyć tylko wytrwałości w swoim postanowieniu.


Każdy pisarz, który spotyka się z czytelnikami, albo reżyseruje starannie swoje wystąpienie, zakładając, iż atmosfera będzie drętwa, gdyż przybędą  ludzie z tzw. łapanki pań bibliotekarek, albo zdaje się na kontrolowany żywioł zapytań, dyskusji. Jan Grzegorczyk należy do prozaików przygotowanych na każdą ewentualność, toteż można odebrać scenariusz jego spotkań jako teatr jednego aktora (autora). Bywa, iż taki interesujący kontakt z pisarzem, którego się polubi, zachęca bibliotekę do uzupełnienia skromnego księgozbioru, a czytelników do lektury. Zatem, jak przebiegają spotkania Jana Grzegorczyka?

 „Pisz tekst religijny tak, aby młodzieniec - niedowiarek chłonął go jak gorszącą powieść" słowa Chateaubrianda są mu bliskie jako twórcy.

Spotkanie to ciąg opowiadań nie tylko o własnej twórczości od momentu debiutu, ale też wspomnienia mistrzów: Romana Brandstaettera, dominikanina Jana Góry, podziwianego Jana Twardowskiego. Anegdoty o sławnych odgrywane są mimiką, zmianą barwy głosu. Jest też prezentacja rzeczowa z dozą humoru. Zresztą autor uważa, że Bóg ma poczucie humoru, a w zaświatach ujrzy się Jego uśmiechniętą twarz. Dużo uwagi poświęcił perypetiom związanym z pierwszą książką o środowisku zakonnic-faustynek, czyli Każda dusza to inny świat, a także zbiorowi opowiadań, które mogą mieć kontynuację, czyli Niebu dla atlety.

O dorobku twórczym można dowiedzieć się ze stron o autorze, ale zainteresowanie niezmiennie wzbudza zagospodarowanie tzw. niszy kościelnej, wydobycie środowiska, które istniało w rozmowach, ale o którym nikt jakoś nie śmiał pisać. Teraz w czasach tabloidyzacji sensacja goni sensację - nieważne czy prawdziwą, nieważne, że jest prymitywnym stereotypem, więc literatura ze swoja skłonnością do uważnego przyglądania się postawom, wyborom środowisk kościelnych i osób wierzących już nie jest nowością, a czasami razi swoim analitycznym podejściem do problemów, indywidualizowaniem postaw.

Ile autora jest w jego bohaterach? Na pewno trochę, może krztynę. Wynika to z uznawanych wartości, a także zamiłowania do takich prac jak zapał do budowania. Ruiny są szczególnie atrakcyjne. A zbudować sobie ruinę - to cymes.

Kto był na spotkaniach z Janem Grzegorczykiem, wie, że lubi  Bułata Okudżawę i chętnie śpiewa jego utworzy akompaniując sobie na gitarze. Mini-koncert jest ujmującym uzupełnieniem spotkań.


piątek, 16 listopada 2012

"Krajewski, staraj się opanować myśli i pióro." - recenzował wypracowania przyszłego autora kryminałów polonista z liceum. Pan Krajewski zgodził się po latach z treścią owych zapisów i podał nawet przykłady swoich egzaltowanych przymiotników, które czyniły jego styl aż nadto kwiecistym.

Zanim jednak został pisarzem, był czytelnikiem. Opowiadał, jak to jako dziesięcioletni chłopiec zainteresował się książką czytaną przez wychowawczynię na koloniach i poprosił o pożyczenie. Pies Baskervillów Conan Doyle'a wywarł na nim duże wrażenie. To był pierwszy dojrzały trop jego zainteresowań opowieściami niesamowitymi. Swoją debiutancką powieść, która miała być horrorem osadzonym  w ukochanym mieście, rozpisał na ponad trzydzieści punktów planu i... odłożył.

Kiedy jednak pod koniec lat dziewięćdziesiątych spędzał trzy tygodnie urlopu w lasach lubuskich nad jeziorem, zapragnął wrócić do swego pomysłu. W kiosku Ruchu zakupił zeszyt, długopis i był gotowy do rozpoczęcia działań twórczych. Tak powstała jedna trzecia Śmierci w Breslau. Kończył już we Wrocławiu. Teraz korzysta z  iPoda i programu przydatnego przy układaniu planu książki, gdyż może kolorami oznaczać miejsca dominacji uczuć, działań, faktografii - w ten sposób próbuje panować nad kompozycją. Pracuje codziennie od szóstej rano w swoim gabinecie, gdyż obecnie utrzymuje się się tylko z literatury. Żywot podwójny (praca nauczyciela akademickiego i pisarza) jest zamkniętym etapem życiorysu.

Byłam na spotkaniu autorskim z panem Markiem Krajewskim, którego bardzo cenię za spopularyzowanie na polskim rynku wydawniczym rodzimych kryminałów retro, pomysł na pełne życia postacie Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego oraz jakże szczegółowe informacje skryte między wydarzeniami, dialogiem, a dotyczące różnych aspektów życia codziennego z epoki. Nie ma się co dziwić, że czytelników interesowały źródła pozyskiwania wykorzystanych faktów. Wszak współczesna literatura kryminalna oferuje nie tylko zgrabną intrygę otaczającą potworną zbrodnię, lecz może być impulsem peregrynacji po półkach bibliotecznych i księgarskich. Ponieważ cykl o lwowskim komisarzu wkracza w powojenne życie Wrocławia, nawet i Ziem Zachodnich, interesowała mnie literatura dotycząca tych czasów i zamierzam poszerzyć wiedzę poprzez przeczytanie dwóch wartościowych pozycji. Autor zasugerował  losy Popielskiego, ale nie odkrył kart. Na kolejną powieść musimy poczekać do jesieni przyszłego roku. Nie mniej jednak fascynacja autora wielokulturowym powojennym Wrocławiem powinna znaleźć się w książce, by wypełnić pewną lukę o historii społeczeństwa przeniesionego.

Marka Krajewskiego słucha się z przyjemnością, zwracają uwagę jego nienaganne maniery, skromność, miły w słuchaniu głos, umiejętność nawiązania kontaktu z uczestnikami spotkania. Jego ulubione kraje, w których jest czytany i chętnie uczestniczy w spotkaniach z czytelnikami (oprócz Polski) to Niemcy, Ukraina i Włochy. Zachęca do sugestii odnośnie kreowanych postaci i zdarzeń, a niektóre wykorzystuje. Przecież kuzynka Popielskiego Leokadia Tchorznicka była odpowiedzią na zarzut, iż w powieściach o Mocku nie ma pozytywnych bohaterek.

Jakie ma plany? Oprócz kontynuacji cyklu o Popielskim chciałby po skończeniu 60. roku życia napisać dobrą powieść obyczajową i powieści osadzone w scenerii starożytnego Rzymu, co wiąże się z jego wykształceniem filologa klasycznego i zainteresowaniami. Może z elementami intrygi kryminalnej jak u Saylora?


wtorek, 05 czerwca 2012

Tuż przed rozpoczęciem Euro 2012 wzięłam udział w spotkaniu autorskim z Mariuszem Czubajem, który jest znany jako autor kryminałów. W ostatnich dniach maja wydał ostatnią książkę Zanim znowu zabiję powiązaną treścią ze światem piłkarskim. Spotkanie było więc i promocją powieści, i ciekawą rozmową z interesującym, sympatycznym i otwartym człowiekiem. Mariusz Czubaj nie tylko jest za pan brat z fikcją, kreując świat obrońców prawa i przestępców, lecz również do spraw interesujących literaturę popularną podchodzi w sposób badawczy, ponieważ z wykształcenia jest antropologiem kultury. Miłośników kryminałów na pewno zainteresuje Etnolog w Mieście Grzechu i Krwawa setka. 100 najważniejszych powieści kryminalnych (współautor Wojciech Burszta). Autor jest dobrym mówcą i przyjemnie się słuchało jego krótkiego wykładu o literaturze kryminalnej. Następnie obszernie wypowiadał się na temat własnych powieści, odpowiadając na pytania czytelników, przy okazji sypiąc anegdotami, odtwarzając (pewnie wciąż na nowo) klimat tworzenia kolejnych tytułów.

Oczywiście, jak zawsze chyba na spotkaniach z tym autorem pojawiły się pytania o współpracę z Markiem Krajewskim, toteż i róża na stoliku położona została nie bez kozery.  Pierwsze spotkanie panów nastąpiło we Wrocławiu  w Złotym Psie - i pamięta wejście do lokalu, rozmowę, ale wyjścia nie pamięta. Omawiał formy współpracy i wizję lokalną we Władysławowie, gdyż topografia zdarzeń powinna się zgadzać, gdyby czytelnik chciał sprawdzić.

Tworzenie cyklu powieści z tym samym bohaterem wymaga również opracowania jego biografii, by móc ją wykorzystać w odpowiednich momentach powieści. W ostatniej książce poznajemy wreszcie ojca Rudolfa Heinza i jest to nie tylko osoba, która inicjuje ważny wątek, ale jest punktem odniesienia do kompleksów, bólu odrzucenia, buntu, a może i dojrzałego spojrzenia na zdarzenia z przeszłości. Nie obyło się też bez zainteresowania profilerem, którym jest główny bohater. Mariusz Czubaj głośno rozważał, kto w polskich warunkach może być wiarygodny w cyklu powieści, kto może prowadzić śledztwo i mieć dostęp do ważnych materiałów dowodowych. Plusem profilera jest też i to, że może swój zawód wykonywać nie tylko w rodzinnych Katowicach, ale i w innych miastach Polski, gdy zajdzie taka potrzeba (wykreowana oczywiście).

Jak ważną rolę odgrywa konsultacja u specjalistów omówił na przykładzie konsultacji medycznej w związku z przestępstwami polegającymi na duszeniu ofiar torbami foliowymi. Wiele cennych uwag zawdzięcza doktorowi Jakubowi Trnce. W powieściach zdarzają się i usterki, o czym przekonał się, gdy wypomniano mu ustawienie jednego zawodnika z historycznej Odry Opole, w której grał ojciec Rudolfa Heinza. To też powód do zadowolenia, że są skrupulatni czytelnicy.

Mariusz Czubaj ma trójkę ulubionych autorów powieści popularnych z nurtu kryminalno-sensacyjnego. Są to: Henning Mankell, Ian Rankin i John Le Carre. O tym, co podziwia w ich twórczości, czego im zazdrości również się wypowiadał.

No i piłka, piłka, która jest okrągła a bramki są dwie. I znowu ten temat łączy się z jego zainteresowaniami naukowymi. Antropologia piłki nożnej (współautorzy: Jacek Drozda i Jakub Myszkorowski) jest tego kolejnym dowodem. Okoliczności determinujące rozwój tej dyscypliny sportowej były rozważane wspólnie ze zgromadzonymi na spotkaniu. Przy okazji wspomniał (w związku ze swoim pobytem w Berlinie) o poznaniu losów śląskiego piłkarza Ernesta Wilimowskiego grającego w reprezentacji Polski i Niemiec hitlerowskich, rolę mistrzostw świata w Niemczech w 2006 roku, gdyż dopiero wtedy Niemcy zainteresowali się i dowiedzieli o losach reprezentacyjnych piłkarzy pochodzenia żydowskiego oraz wspomniał, iż pierwszy gol dla Polski w mistrzostwach świata w dwudziestoleciu międzywojennym (1938, mecz z Brazylią przegrany 5:6) strzelił zawodnik niemiecki grający w polskiej drużynie narodowej, Fryderyk Scherfke. Wyraził swój pogląd na temat zaprzepaszczonych szans promocji Polski w związku z Euro 2012. Zabrakło pomysłów, zwlekano do ostatniej chwili z wykorzystaniem tematyki twórczości sportowej do ostatniej chwili, a potem nastąpiły dyskusje na temat piosenki Koko Euro spoko. Impreza międzynarodowa to nie tylko drogi i stadiony.

Spotkanie autorskie zachęciło mnie do gruntowniejszego zapoznania się z twórczością Mariusza Czubaja. Obecnie czytam Zanim znowu zabiję. Oczywiście na końcu spotkania otrzymałam wpis do książki ...by nie zabiło? (zawahał się autor). Treść, treść - oczywiście.

A następna książka? Pracuje nad Piątym Beatlesem.

czwartek, 17 listopada 2011

No i kolejne, tym razem najdłuższe spotkanie z autorem książek, dziennikarzem - jak sam mówi o sobie. Moja Ziemia Święta, Moje Indie, Mój Egipt, Planeta według Kreta zostały wydobyte z pamięci, przywołane, zareklamowane, oświetlone na nowo. Mapy, nie tylko te z niżami i wyżami, są istotne dla każdego podróżującego człowieka, a dla Jarosława Kreta są drogą do ulubionych i fascynujących  miejsc. Nie uważa siebie jednak za podróżnika. Z jego wypowiedzi wywnioskowałam, iż traktuje przekaz wiedzy i subiektywnych obserwacji za pewnego rodzaju misję. Dlaczego? Otóż odwołuje się do przerwanej wielokulturowości Rzeczypospolitej w wyniku zaborów i PRL-u w XX wieku, a więc braku otwartości Polaków na inność kulturową, religijną, obyczajową. W tym czasie, gdy inne kraje europejskie zaczynały poznawać bogactwo i różnorodność świata, nawet poprzez niehumanitarny kolonializm, my byliśmy tymi, których niewolono, a zachowanie indywidualności, cech narodowych było potrzebą chwili. Teraz, kiedy nastąpiło szerokie otwarcie na świat, warto nie tyle wskazywać miejsca godne odwiedzenia co obyczaje uwarunkowane tradycją i położeniem geograficznym, nawet szukać wspólnych korzeni. Marynarka, którą lubi i założył na spotkanie, nawiązuje do ubrania indyjskiego przywódcy Jawaharlala Nehru. I tu nastąpił krótka i obrazowa pogadanka o jej pochodzeniu oraz o naszych kontuszach szlacheckich, które nie przybyły bezpośrednio z Indii, ale przez pośrednictwo Imperium Osmańskiego oraz kupców z Azji.

Na drugim zdjęciu pan Kret na krześle demonstruje wierzchni ubiór podobny do kontusza - to aćkan (achkan) albo podobny - szerwani z rozcięciami po bokach, by wygodnie wsiąść na konia. Gdy się dokona drobnych poprawek (skróci), otrzyma się jacket Nehru, a i do  klasycznej marynarki jest już bardzo blisko - wystarczy odpiąć guzik, a powstaną wyłogi i butonierka.

Indie, Egipt są ulubionymi miejscami, ale gdyby miał wybrać rajskie miejsce do życia, wybrałby Mauritius.

Wśród opowieści i demonstracji nie zabrakło słynnej duppaty, czyli szala z Indii, który jest noszony nietypowo, gdyż oba koce zwisają na plecach. Pełni nie tylko funkcję estetyczną, lecz przede wszystkim praktyczną. Zasłania się nim twarz, głowę, gdy wieje tak silny wiatr, że sypie piachem. A więc wpierw zawsze jest funkcja praktyczne, nie wyznaniowa. Szal, który stał się rekwizytem, był własnością jednej z uczestniczek spotkania.

Na zdjęciu pan Kret prześwietlony jest obrazem padającym z ekranu. Zebrani mieli okazję obejrzeć wybrane zdjęcia z podróży, przede wszystkim z Madagaskaru, o którym również długo opowiadał.

Spotkanie upływało w przyjaznej atmosferze, a pan Kret jest człowiekiem uśmiechniętym, miłym, cierpliwym i... niesamowitym gadułą.

Sala Domu Kultury nie ułatwiała robienia dobrych zdjęć, gdy się miało zbyt dużo światła i zajmowało jedno krzesło.

Na zakończenie powiedział, że dla niego prywatne motto sprowadza się do słów: Sentencja "Podróże kształcą" jest bzdurą! To MY kształcimy się podczas podróży.

oraz drugie z tej samej książki Mój Egipt:

Nie każdy Egipcjanin to Arab,
Nie każdy Arab to Egipcjanin
Nie każdy muzułmanin to Arab,
Nie każdy Arab to muzułmanin
Nie każdy Egipcjanin to muzułmanin
Nie każdy Egipcjanin to Kopt
Prawdopodobnie każdy Kopt to Egipcjanin
Prawdopodobnie każdy Kopt to chrześcijanin
Nie każdy egipski chrześcijanin to Kopt
Nie każdy mieszkaniec Egiptu to Egipcjanin...

... i kto powie, że świat wokół nas jest prosty?

Gdy to zrozumiemy (wkładając w podane nazwy własne również inne), świat nie będzie straszny. Ludzie wszędzie są przyjaźni, mili, lecz i bywają nieuprzejmi, chytrzy, a tylko fanatycy lansują swoje priorytety i niszczą świat.

I czas na autografy. Podpisując książki, pan Jarosław Kret rysuje uśmiechnięte słoneczka.

środa, 26 października 2011

Jak powinno wyglądać spotkanie z autorem? Wykład lub opowiadanie autora na wybrany temat w celu nawiązania kontaktu, potem czas na pytania; albo wprowadzenie od początku atmosfery swobody, luzu, takiej rozmowy, gdy każdy może zapytać się o wszystko - i powstaje chaos, przeskakiwanie z tematu na temat; jeszcze inna opcja - skrupulatne sterowanie przebiegiem spotkania przez moderatora - dyktatora; pewnie i wiele innych pomysłów można by wykorzystać. Wiadomo, że różni ludzie przychodzą na takie spotkania i... chwała im za to, że chcą poświęcić swój czas, by odkryć twórcę, poznać tajniki warsztatu, zobaczyć autora jako człowieka żyjącego w tym samym świecie co jego czytelnicy, którzy może sięgną po powieść, by zobaczyć efekt pracy. Trudno zebrać publiczność mającą lekturę książek na bieżąco. Najlepiej by było, gdyby dyskutowano o jednej z nich - jednak nie zawsze jest to możliwe. No cóż, okazuje się, że nie ma idealnego wzorca spotkania.

Ostatnio z gronem czytelników spotkałam się z popularną pisarką dla dorosłych i młodzieży - panią Izabelą Sową. Z blogerów na spotkaniu była też Szamanka, zatem i u niej pojawi się wpis na ten temat.  Ponad dwadzieścia czytelniczek w różnym wieku słuchało opowiadania autorki, a po przełamaniu pierwszych lodów nie tylko zadawały pytania, lecz i rozmawiały.

Życiorys, dorobek twórczy można znaleźć w internecie, więc tego materiału nie wykorzystam. Wybrałam tylko parę poruszanych tematów. Wpierw niech to będzie fascynacja Rumunią. Kiedyś w czasach demoludu jeździło się nad morze do Bułgarii lub Rumunii, zaś po otwarciu granic Morze Śródziemne, Adriatyk niemal całkowicie przysłoniły ten kraj. Tymczasem oferuje nie tylko ciepłe morze, lecz piękne góry i zabytki. Pani Iza jest też zachwycona ludźmi, biedniejszymi, skromniejszymi, lecz bardziej uprzejmymi na co dzień. U nas niesłusznie utożsamia się Rumunię z Romami. Tam chce umiejscowić akcję książki, którą ma w planach.

Jak zawsze są pytania o ulubionych twórców i książki. Tym razem jest to John Galsworthy z Sagą rodu Forsyte'ów, zarówno w wersji książkowej jak i serialowej, potem William Somerset Maugham, autor Księżyca i miedziaka oraz Malowanego welonu (przekład wersji dołączonej do jednego z magazynów jej się nie podobał). Ze współczesnych koleżanek i kolegów po piórze podziwia Ingę Iwasiów, Sylwię Chutnik, Sławowira Shuty'ego oraz Łukasza Orbitowskiego. Lubi czytać książki, więc jej zakupy oraz plany czytelnicze są niemałe. Ponieważ jest osobą nieśmiałą, niezbyt lubi tłumne targi książek, choć wie, iż promocja jest niezbędna. To nie czytelnicy wpływają na tę opinię, lecz szum, rozgardiasz, pośpiech, czasami zachowania niektórych wydawców, z którymi kiedyś się współpracowało. Tym ostatnim oraz spotkaniom autorskim poświęciła najnowszą powieść Części intymne. Mówiąc o początkach swej popularności, miło wspominała pana Jana Koźbiela. By wydać książkę, zawsze trzeba utrafić w zapotrzebowanie na określony typ literatury. Ona miała szczęście, iż zaoferowała debiutancką powieść w momencie boomu na literaturę pisaną przez kobiety o kobietach w momencie przemian społecznych. Ponieważ pani Izabela Sowa utrzymuje się tylko z pisania książek, były pytania, czy ma określone godziny pracy, jakieś dziwactwa z nią związane. Opowiedziała o przypadkach zawładnięcia wyobraźnią przez postacie mniej dopieszczone, które dzwonią do drzwi bohatera i... zostają, a nawet domagają się kolejnej powieści o sobie. Ponadto jeszcze mówiono o wegetarianizmie oraz o zwierzętach, w tym o kotach.

Dwugodzinne spotkanie upłynęło w przyjaznej atmosferze, a swoim zachowaniem, sposobem mówienia na pewno zyskała nowe grono czytelniczek.

środa, 20 kwietnia 2011

Wczoraj już nie zdążyłam opracowć relacji ze spotkania z Jackiem Hugo-Baderem, które trwało prawie trzy godziny.

Przed czasem wszedł bardzo szczupły mężczyzna w prochowcu. Został nietypowo  powitany, bo w bibliotece na niepełnym etacie jest też zatrudniona pani Regina, która z rodziną tworzy zespół Suskie Skowronki. Zagrali i zaśpiewali wiązankę piosenek popularnych na Śląsku. Reporter był zaskoczony, ale i część zebranych również. Powitanie nietypowe i miłe.

Na początku  zorganizował swoją przestrzeń, bo tak robi zawsze. Nie dla niego stoły z obrusami i wygodne wyściełane krzesła. Czułby się wtedy jak I sekretarz partii, który przemawia do ludu pracującego zachowując dystans. Reporter musi być blisko, na wyciągnięcie ręki, na nawiązanie kontaktu wzrokowego.

Jest to bardzo miły, pogodny człowiek, który lubi ludzi, a przy tym jest i gadułą (w tym znaczeniu, że potrafi rozwiązywać worek zdarzeń, doświadczeń i barwnie opowiadać) i słuchaczem. A ponieważ musi dbać o kondycję niezbędną w swoich wyprawach, dzisiaj też miał za sobą parokilometrowy bieg - tak wyznał czytelnikom.

Reporterem nie staje się z marszu, zachcianki, próżności. Wyznaje starą zasadę solidnego przygotowania się do wyprawy, rozmów, tu nie ma miejsca na przypadek, improwizację w sferze przygotowań. Plan jest po to, aby potem rozsądnie zbierać materiał, być czujnym na temat, który sam mimowolnie się podsuwa, dokonywać zmian z przestrzeganiem zasad własnego bezpieczeństwa. Reporter nie może być chojrakiem, powinien odczuwać i rozumieć strach, gdyż zakreśla on granice możliwości, z którymi nie należy igrać.

Jacek Hugo-Bader opowiadał, że ceni sobie wszelkie sposoby dochodzenia do zrozumienia człowieka, którego życie będze chciał opowiedzieć. Podał przykład eksperymentu życia jak bezdomny, człowiek z nizin. Wzorem postawy z filmu jest dla niego Charlie Chaplin z "Brzdąca".

I tu podam swoją dygresję oderwaną od treści spotkania. Dowiedziałam się tego dopiero dzisiaj. Otóż znajomy z Niemiec pytał się, czy wiemy, kto to jest "zimmerman". I nie chodzi tu o nazwisko. To nowa moda na Zachodzie, rodzaj wyzwania, które się podejmuje indywidualnie lub w zespole dwuosobowym na określony czas, np. rok. Wyrusza się z domu bez bagażu i bez pieniędzy, należy się przemieszczać i zdobyć fundusze na utrzymanie. W praktyce jest to pewna kontrolowana forma bezdomności. Ciekawa byłabym wniosków po zakończeniu tego projektu życiowego.

A teraz wracam do tematu. Dla reportera najważniejszy jest instynkt, fart i człowiek ze swoją historią, który staje się w chwili nawiązania porozumienia najważniejszy. Pytania, które się pojawiły dotyczyły picia alkoholu, zagrożeń i granic, które należy sobie postawić w kontaktach z innymi ludźmi. Rozmawiano również o wybranych reportażach, np. wissarionowcach, szamanach, bomżach. Przy okazji o rozumieniu demokracji w Rosji, sympatii przeciętnych Rosjan do Polaków, niezrozumieniu intencji  informacji, które przekazują ich media. Pytano o to, czy wraca do swoich rozmówców, interesuje się ich losami później, czy jest to potrzebne.

Człowiek podróżujący powinien mieć miejsce, do którego wraca, gdzie jest  oczekiwany. Bardzo ciepło mówił o roli rodziny, najważniejszej wartości w życiu.

Nie sposób oddać przebiegu i atmosfery całego spotkania. Warto było iść do biblioteki. Szkoda, że tak mało ludzi korzysta z tej możliwości.

W końcu nadszedł czas na podpisywanie książek czytelników.

Na Gwiazdkę wydawnictwo Czarne wyda kolejną książkę, plon wyprawy na Kołymę. Nie opowiadał o treści, nie czytał fragmentów, lecz poinformował, przekazał parę refleksji o okolicznościach związanych z reporterskim projektem. Wiem na pewno, że będę chciała ją przeczytać. Zresztą wydawnictwo starannie rozważa stronę graficzną książki.

czwartek, 23 września 2010

Pani Irena Matuszkiewicz jest filigranową, zgrabną kobietą o bystrym, ujmującym  spojrzeniu i łagodnym głosie. Ja od razu zwróciłam uwagę na jej piękną biżuterię, dzieła sztuki jubilerskiej. Autorka powiedziała, że w poprzednim wcieleniu musiała być sroką. Tylko że była to sroka wyjątkowa, którą nie interesuje wszystko, co się świeci, ale egzemplarze unikatowe.


Pisarka gościem Dyskusyjnego Klubu Książki, a spotkanie miało charakter kameralny. Nie był to wykład, lecz rozmowa o jej debiucie, genezie niektórych postaci, pomysłach fabularnych. Ucieszyła się wypowiedziami o roli języka w odbiorze i ocenie powieści. Zresztą wywiązała się dłuższa dyskusja o wulgaryzmach i skrótach myślowych we współczesnym języku polskim.


Nie zabrakło zapowiedzi nowych książek, które się ukażą, wpierw będzie to saga w wydawnictwie Prószyński, potem powieść kryminalna w W.A.B. Były też pytania, a jakże, o książki, które czytała i czyta. Dyplomatycznie odpowiadała na pytania dotyczące współczesnej literatury kobiecej.

Półtoragodzinne spotkanie przy kawie i torcie minęło bardzo szybko, zbyt szybko.