| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
nutta malpa gazeta.pl
MÓJ DRUGI BLOG
PRZECZYTAŁAM
LISTA AUTORÓW I TYTUŁÓW
PRZEGLĄDAM BLOGI O KULTURZE
Spis moli
PRZEGLĄDAM INNE BLOGI
W SIECI
WYDAWNICTWA I KSIĘGARNIE
Wyspa NIKE
Wyspa noblistów
WYZWANIE CZYTELNICZE
Tagi

Wpisy z tagiem: powieść obyczajowa

środa, 02 kwietnia 2014

"Pod względem towarzyskim społeczność ziemiańska żyła w owych latach w dużym rozproszeniu: z wyniosłych punktów swoich górnych pozycji spoglądała w dół, z trudem rozróżniając poszczególne jednostki w kręgach życia stłoczonego w dole."1

Pogrzeb pana Piotra Featherstone stał się spektaklem zaplanowanym przez samego denata, co wynikało nie tylko z jakiejś próżności, lecz, jak się okazało, chciał po raz ostatni dać prztyczka w nos wszystkim, którzy oczekiwali zapisu. Czas stracony, wydatki poniesione na przyjazd niepotrzebne. Kim jest pan Joshua Rigg, spadkobierca?

Tymczasem w Lowick w domu pana Casaubona w pokoju na piętrze zgromadziło się towarzystwo, by oglądać ten cudaczny pogrzeb i komentować. Są Chettamowie, pastorowa Cadwallader, stryj Brooke, Dorotea jako gospodyni domu. Uczestnicy pogrzebów są zawsze interesującym materiałem obserwacyjnym dla postronnych.

Ponieważ każda księga jak serial to kolejne dni, miesiące życia wyodrębnionych mieszkańców, z którymi zawarliśmy już znajomość, więc zwracamy uwagę na kolejne odsłanianie charakterów i postaw lub wprowadzanie nowych wątków, reagowania na aktualne sprawy społeczne. W tym wypadku jest to zwrócenie uwagi na zarządzanie majątkiem i traktowanie farmerów (chłopów). Stryjaszek Dorotei nie jest wzorem do naśladowania. Może przywrócenie do łask Kaleba Gartha coś zmieni. Inny temat to zakup przez pana Brooke tytułu prasowego ("Pionier") i zatrudnienie w niej Ladislawa, co wywołuje całą lawinę irytacji ze strony pana Casaubon i państwa Chettamów (tych bardziej interesuje atak prasowy na stryjaszka przypuszczony przez "Trąbkę"). Pastorowa Cadwalladerowa skwitowała ów fakt: "To wina Tomasza z Akwinu [nawiązanie do rzymskiego obrazu, do którego pozował pastor]. Czemu nie użył swych wpływów, żeby Ladislawa zrobili jakimś attaché albo żeby wyjechał do Indii? W ten sposób wiele rodzin pozbywa się swoich kłopotliwych latorośli."2 Stosunek do obcego w małomiasteczkowym środowisku nie jest przychylny, bo Will "ma obcą krew", jego dziadek był Polakiem, a ponadto "Krążą o nim historie, że to cudzoziemski gryzipiórek, obcy agent i co tam jeszcze."2 Miejscowa społeczność nie należy do otwartych i tolerancyjnych. Zostawmy na razie to rozplotkowane towarzystwo.

Zauważamy, iż Ladislaw, darzony sympatią przez narratora, umysł niezależny, bardziej pasuje do Dorotei niż jej stary mąż. W towarzystwie młodego człowieka chętniej wypowiada swoje zdanie, nie czuje lęku, wstydu. Przywiązanie i matczyna niemal opiekuńczość skierowana do chorowitego męża są dla niej w tej chwili najważniejsze. Jednak wredny pan Casaubon ogarnięty zazdrością i niechętny wizytom młodego krewnego, również coś knuje.

Fred Vincy, leniwy hultaj,  rozczarowany brakiem spadku musi poważniej myśleć o swojej przyszłości. Rozamunda i doktor Lydgate wiją gniazdko.

Zmęczyła mnie ta księga, która sugeruje, iż zarysowane sprawy społeczne i pewne rozgrywki polityczne są ważne. Ja, nie mając odpowiedniej podbudowy historycznej, ich nie czuję, toteż większą uwagę zwracam na relacje między postaciami i niektóre dyskusje.

Księga czwarta kończy pierwszy tom polskiego wydania.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga czwarta Trzy problemy miłosne, s. 377-499]

1 Tamże, s.382-383.

2 Tamże, s.445, 444.

środa, 19 marca 2014

"... w Midlemarch bowiem różnice społeczne były bardzo subtelne i starzy fabrykanci, podobnie jak książęta, utrzymywali związki wyłącznie z równymi sobie, świadomi swojej przyrodzonej wyższości społecznej, która znajdowała bardzo zdecydowany wyraz w praktyce, choć nie sposób było określić teorii."1

W kolejnej księdze mamy okazję poznać nowych bohaterów - rodzinę Mary Garth  z jej ojcem Kalebem Garthem na czele. Zaprowadzi nas do nich nieroztropny młody człowiek o słabym charakterze, czyli Fred Vincy. Wpierw z grona przyjaciół wybiera najsłabsze ogniwo, by otrzymać podpis jako poręczenie weksla, a potem gdy nie może spłacić pożyczki, idzie się kajać. "W tym jednak momencie zobaczył samego siebie jako szubrawca, który okrada dwie kobiety z ich oszczędności [Mary i panią Garth, która oszczędzała na czesne dla syna]."2  Sam Kaleb Garth, człowiek dobroduszny i poczciwy, mu przebacza, bo zawsze chce widzieć tylko dobre strony człowieka. "Od wczesnych lat ambicją jego był owocny trud w tym wzniosłym trudzie, który w szczególny sposób uszlachetniał, nazywając go "pracą". Przedsiębiorca, samouk, robotnik, gdy trzeba było, realizował swoją pasję życiową, pozostając ubogim, ale ani on, ani rodzina tym się nie przejmowała. "Uważam swoich rodziców za najlepszą cząstkę samej siebie."2 - powie Mary. Zaskakujące to jest na tle postaw innych osób. Rodzina Vincy liczy na spadek po panu Piotrze Featherstone, podobnie jak inni członkowie najbliższej rodziny, którzy zjechali do Stone Court, by czuwać nad przebiegiem zdarzeń. To opowiadanie ironiczne, ale i dramatyczne, gdy uczciwość zderzy się ze zbyt późną decyzją ostatecznego zamknięcia ziemskich spraw.

W matni znajdzie się doktor Lydgate, którego wizyty w domu burmistrza i nie tylko zawodowe rozmowy z Rozamundą zostaną wzięte na języki lokalnych plotkarzy. Żenić się? Doktor zdobywa nowych, liczących się w środowisku pacjentów.

Nie wolno nam zapomnieć o kolejnych znajomych. Państwo Casaubonowie są już w Lowick Manor. Analiza niedobrania małżonków i niespełnienia oczekiwań szczególnie ze strony Dorotei w dalszym ciągu jest drążona przez narratora, który przenika myśli swojej bohaterki i dokonuje ocen. "Małżeństwo, które miało być jej drogą ku zajęciom godnym i przydatnym, nie uwolniło jej od przygniatającej swobody pani ziemiańskiego dworu;nie wypełniło nawet jej wolnego czasu rozpamiętywaniem radości, jaką niesie niepohamowana czułość. Kwitnąca, pulsująca młodość zamknięta została w duchowym uwięzieniu, stanowiąca jedno z zimnym, bezbarwnym, zawężonym krajobrazem, nieczytanymi książkami i upiornym jeleniem [na gobelinie w pokoju] w bladym fantastycznym świecie, który zdawał się niknąć w świetle dnia."3 Niepokój, który wydobył młody Will w czasie rzymskiej rozmowy, będzie się rozwijać.

Tymczasem pan Casaubon, robiąc w kontrakcie ślubnym hojny zapis, by znalazła wszystko, co potrzebne do szczęścia, miał otrzymać rozkosze rodzinne oraz kopię samego siebie, która po nim zostanie, jak pisali poeci szesnastego wieku. W XIX wieku o kopii nie było już mowy, bo sam zainteresowany miał problemy natury badawczej, czyli podjęcia decyzji wydania owego klucza do mitologii świata, nad którym pracował lata. Teraz możemy poznać, w czym tkwi problem autora niewydanej, a nawet nieukończonej pracy - zwyczajna niepewność i obawa przed krytyką uczonych.

Żeby zaostrzyć czytelniczy apetyt, zapowiada się wizytę młodego Ladislawa, którego wprawdzie pan Casaubon nie chce przyjąć (zazdrość), ale zaprasza go stryj Brooke, oczekując partnera do rozmów. Co z tego wyniknie?

Wątki uczuciowe, finansowe, ale też stosunek do pracy i jej plonów zostają podkreślone w tej księdze. Proza obserwacyjno-analityczna angielskiej pisarki obfitująca w sentencje, złote myśli staje się kroniką życia przeciętnego miasteczka angielskiego XIX wieku.

____________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga trzecia Czekanie na śmierć, s.269-376]

 1 Tamże, s. 274.

2 Tamże, s. 293, 304.

czwartek, 13 marca 2014

Księga druga wprawdzie zaczyna się od wyjaśnienia sprawy Freda, pozwala jeszcze raz spojrzeć na sytuację Mary Garth, ale autorka ich porzuca, gdyż istotniejszy staje się pan Bulstrode, bankier wżeniony w rodzinę Vincy i Featherstone. Jego pochodzenie jest nieznane mieszkańcom, gdyż "... mniej wyrafinowani chcieliby wiedzieć, kim był jego ojciec i dziad, jako że od ćwierćwiecza nikt tu nie słyszał o żadnych Bulstrode'ach."1 Człowiek surowych zasad, dla którego nawet rozkosze stołu nie miały żadnej wartości, zajmuje się uruchomieniem szpitala zakaźnego połączonego ze starą infirmerią, w którym zatrudnienie znajduje młody dwudziestosiedmioletni doktor Lydgate. Celem spotkania stanie m.in. wywarcie  aksamitnego nacisku na lekarza, by zagłosował w sprawie zatrudnienia kapelana szpitalnego z pensją 40 funtów na protegowanego bankiera wielebnego Waltera Tyke a nie słynącego z pięknych kazań pastora Farebrothera. Młody doktor wprawdzie niczego nie obiecuje, trochę buntuje się wewnętrznie, potem poznaje pastora, protagonistę miejscowego bogacza, znajdując w nim partnera do rozmów o nauce, ale w decydującym momencie głosowania okazuje się konformistą znajdującym usprawiedliwienie dla własnej decyzji. Rozdziały z nowym lekarzem stają się okazją do dłuższej tyrady narratora na temat stanu medycyny, reform, co uzupełniają rozmowy o niej prowadzone przez niektóre postacie. Przy okazji przyglądamy się  Lydgate'owi od strony jego zalet i wad, a nawet przypisanego mu zarozumialstwa z gatunku aroganckich. "Jednym słowem, Middlemarch liczyło na to, że Lydgate łatwo da się połknąć i zasymilować."1 O Rozamundzie pamiętamy i obserwujemy ją w dalszym ciągu.

"Ja w każdym razie mam dostatecznie dużo roboty z rozsupływaniem nici pewnych ludzkich losów i śledzeniem, jak się ze sobą splatają i przeplatają, dlatego całe światło, jakie mam do dyspozycji, musi być koncentrowane na tym jednym wątku i nie może się rozpraszać po jakże interesującym terenie wzajemnych odniesień, nazywanym wszechświatem."2 - wyjaśnia narrator, przystępując do prześwielenia doktora, medycyny i lokalnej rady zaangażowanej w sprawy lokalnego lecznictwa i wyboru kapelana.

 Akcja księgi drugiej dzieje się w salonach, sali zebrania, raz sali muzealnej, a za murami jest jakiś (podkreślam - jakiś) krajobraz, domy, miasta. W tej części wydarzenia skupione są właśnie w pomieszczeniach. To tam rozmawia się, narrator odkrywa myśli i wątpliwości postaci, ale też bawi się nimi jak marionetkami, pozwalając sobie na współczucie, głaszcząc po głowie lub wbijając szpilki ironii. Oprócz eksponowanych w danym momencie bohaterów rysuje się nam mgliście portret zbiorowy społeczności Midlemarch.

Porzucając miasteczko, wszystkowiedzący narrator  przenosi czytelnika do Rzymu, gdzie wcześniej wyekspediował w podróż poślubną Doroteę i pana Casaubona. "jej stosunek do niego jako małżonki stawał się wraz z niedostrzegalnym ruchem wskazówek zegara coraz bardziej odmienny od wszystkiego, co się dotychczas składało na jej dziewczęce sny. Jeszcze było za wcześnie, by mogła sobie w pełni uświadomić, a choćby przyznać przed samą sobą, że dokonała się zmiana (...) Nieustanny bunt, życie bez ładu, bez czcigodnego celu, któremu oddałaby serce, było dla niej niemożliwe, a w dodatku sama siła jej natury zwiększała jeszcze wewnętrzny zamęt."3 By zasiać niepokój w serduszku naiwnej i smutnej Dorotei, potrzebny jest przewodnik. I znajduje się taki. To Will Ladislaw, który wskazuje na bezcelowość domniemanej epokowej pracy jej małżonka, jego pracy dla samej pracy dokumentującej coś, co już dawno zostało wykorzystane przez innych badaczy tematu mitologii świata. Między młodymi nawiązuje się nić sympatii i współczucia ze strony Willego: "... W Lowick: zostanie pani żywcem pogrzebana. Myśl o tym doprowadza mnie do szału!"3

Księga druga zamknięta. Szykują się zmiany w życiu bohaterów. Dokąd ich zaprowadzą?

***

Trzynastego - wszystko zdarzyć się może..., więc z czwartku zrobiłam środę ;-)

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa [2005]. [Księga druga Starzy i młodzi s.147-268]

1 Tamże, s.150, 185.

2 Tamże, s. 171.

3 Tamże, s. 234, 263.

wtorek, 11 marca 2014

Antykwariusz z Szantarska po raz kolejny zostaje wmieszany w sytuację komplikowaną nie tylko dla niego, ale i dla funkcjonowania innych antykwariatów w mieście. Wprawdzie sam kiedyś widział korzyści płynące z istnienia gildii antykwariuszy, to jednak sposób wprowadzenia w życie tej inicjatywy przez nieznane mu osoby z zewnątrz, które nie przebierają w środkach, a nawet uciekają się do morderstwa jedynej osoby, którą Smolin mógłby nazwać przyjacielem, zmusza go do działania.

Zamknięcie cyklu z przypadkami antykwariusza, który jest fachowcem samoukiem, ale też ma dwie odsiadki w czasach minionego ustroju, to nie tylko poznanie zawartości owej pancerki, o której była mowa w poprzednich tomach, obalenie mitu bohatera-rewolucjonisty, ale również rozwijany wspomniany powyżej temat oraz obrazki codzienności ukazane z perspektywy prowincji. Nie ma tutaj kobiecego mizdrzenia się jak u Doncowej czy surowości i sztywniactwa Maryninej, lecz męski punkt widzenia rzeczywistości wciąż Nowej Rosji. Stare nie odchodzi tak szybko, gdyż w dalszym ciągu wpływa na stan obecny. Układy, układziki, to, co ktoś zagarnął, jak się ustawił, komu należy się przysługa, prezent, pojawiają się w tle zdarzeń. Człowiek prowadzący interesy, własną działalność gospodarczą, powinien umieć lawirować, tak prowadzić swój statek, by nie natknąć się na rafy koralowe lub je zręcznie omijać.

Szantarsk to nie Moskwa, więc i prowincjonalnej dyplomacji i cierpliwość trzeba. Pamiętamy, że siedem jajek Faberge wciąż czeka na kupca. Czy Buszkow zamierza kontynuować swój cykl? Na razie mamy przełożone trzy tomy, które należy czytać po kolei.

Język książki to wprawdzie współudział tłumacza, lecz należy się domyślić, że nie ustępuje oryginałowi w sposobie posługiwania się humorem słownym. Rosyjski klimat wprowadzają zwroty typu wujku Wasia - bo tam wszyscy w minionym ustroju dla siebie byli wujkami lub ciociami. Nie czujemy trochę tych zwrotów ironiczno-obraźliwych typu koziołek, suczka w zwrocie o mężczyźnie.

Akcja nie prowadzi jednym torem do celu, zbacza, czasami utyka w zdawałoby się ślepych uliczkach, by jednak znów odnaleźć dróżkę łączącą się z główną drogą. Ten sposób pisania, może niezbyt wartki, zapewnia czytelnikowi czas na obserwacje.

Trylogia z Szantarska:

______________________

Aleksander Buszkow, Skarb antykwariusza / Skrowiszcze antikwara, przeł. Jan Cichocki, s. 256, Bellona, Warszawa 2014.

środa, 05 marca 2014

Czytam bez fundamentów historycznych po pobieżnym zapoznaniu się ze wstępem tłumaczki. Czas akcji powieści wrzesień 1829 - maj 1832 r. mieści się w epickiej panoramie momentu przełomowego w dziejach Anglii z punku widzenia prowincji. To okres reform w polityce, religii, rolnictwie, produkcji, medycynie czy transporcie.

 George Eliot, czyli Mary Ann Evans zaprasza do Middlemarch. Pierwsza część to Panna Dorotea Brooke.

"Prawdziwie cudowne małżeństwo to takie, gdzie mąż jest jakby ojcem, zdolnym nauczyć żonę nawet hebrajskiego, gdyby tego chciała."1

Bohaterowie wprowadzani są stopniowo, a i problemy ich dotyczące albo te, którymi żyje środowisko, przekazywane są w różnych proporcjach. Na początku uwaga koncentruje się na rodzinie Brooke, której gniazdo rodowe mieści się w Tipton Grange. Stryj sprawuje opiekę nad dwiema bratanicami, z których najstarsza dochodząca do dwudziestu lat niedługo będzie pełnoletnia. Wprawdzie dominującym tematem będzie zamążpójście i wybór kandydata, to jednak nieodzowne stanie się wskazanie postrzegania roli społecznej kobiet, ich zdolności intelektualnych przez mężczyzn, ale i ukształtowania umysłów kobiet przez wychowanie nakierowane na ich obowiązki w rodzinie. George Eliot przygląda się bohaterom z wielu stron. Każe im się wypowiadać, odkrywa skryte myśli, wątpliwości, odkrywa naiwność, przebiegłość, chytrość, nadzieje, wrażliwość i brutalność. Kiedy uzna za stosowne, ustami narratora uporządkuje postrzeganie postaci i ich decyzji. Język narracji snuje się dostojnie w tempie spaceru, przejazdu konno albo faetonikiem. Tak poznamy okolice Middlemarch. Każdy rozdział wprowadzany jest bardziej albo mniej znanym cytatem.

Dorotea Brooke, nazywana przez siostrę Dodo, to młodziutka sawantka zafascynowana niebanalną literaturą taką jak "Myśli" Pascala, z których wiele fragmentów zna na pamięć. Szuka nauczyciela i mistrza. I wybiera nie młodego panicza, z którym mogła zrealizować swoje plany architektoniczne chat farmerskich, lecz ponad czterdziestopięcioletniego pana Casaubona, dobrze sytuowanego duchownego anglikańskiego o poważnych ambicjach naukowych, którego pani Cadwallader ironicznie nazwie "Cycero z Lowick".

Wystarczy, że przeczytamy tylko jedną księgę, by uznać, iż George Eliot ma dar układania fraz w złote myśli ujawniające a czasami obnażające poglądy społeczeństwa, którego przedstawicielami są bohaterowie.

Dorotea  drażni swoim pewnym wyborem, naiwnością, potulnością, idealizowaniem przyszłości. W wypowiedzi charakteryzującej czytamy: "Miała filozoficzny umysł, który ze swej istoty tęsknił za jakąś wzniosłą koncepcją świata, obejmującą również parafię Tipton oraz jej, Dorotei Brooke, reguły postępowania w tej parafii; uwielbiała wielkość i intensywność i natychmiast akceptowała wszystko, co w jej oczach nosiło ich znamiona".2 Panna o tak zdecydowanych poglądach i celach  pragnąca się rozwijać intelektualnie i pracować społecznie wybiera mężczyznę dojrzałego, nie pięknego, chorowitego.

"... w porównaniu z nim moje myśli to miernota. A jeszcze jego uczucie, jego doświadczenie - to całe jezioro w porównaniu z moją małą kałużą."2

"Przyszło Dorotei do głowy, że pan  Casaubon, być może pragnie się z nią ożenić, a ta możliwość wzbudziła w niej coś w rodzaju uniżonej wdzięczności. Jakaż by to była dobroć z jego strony!"

"Jestem bardzo wdzięczna panu Casaubonowi. Jeśli mi się oświadczy, przyjmę go. Jest mężczyzną, którego najbardziej na świecie podziwiam i czczę."

"Małżeństwo to stan wyższych obowiązków. Nigdy nie myślałam o nim jak o osobistej przyjemności jedynie - mówiła biedna Dorotea."

A pan Casaubon? Jakie są jego poglądy, wszak to on dokonał wyboru i oświadczył się? Poprowadzi nas narrator.

"... postanowił poddać się całkowicie strumieniowi uczuć i z pewnym chyba zaskoczeniem stwierdził, jak niezwykle płytki jest to strumyk. Tak jak w rejonach suchych chrzest przez zanurzenie dokonywany bywa już tylko symbolicznie, tak i tu okazało się, że panu Casaubonowi zamiast kąpieli musi wystarczyć kilka kropel wody z tego strumyczka; wyciągnął wniosek, że poeci ogromnie przesadzali, opisując siłę męskich namiętności."3

Gdy źle pomyślimy o starym kawalerze, który zmienił stan cywilny, od razu zostaniemy doprowadzeni przez narratora do właściwej drogi interpretacyjnej. Podejrzewamy jednak, że zdolność operowania przez niego ironią i humorem podkreślającym ludzkie śmiesznostki jest grą, której się poddajemy, przyjmując reguły,  i z chęcią wyszukujemy słów ujawniających dystans opowiadacza historii.

Młode małżeństwo wysłane zostanie w podróż poślubną do Rzymu i jest to okazją, by zetknąć się z innymi bohaterami, którzy zarzucili już wcześniej przyczółki na brzegu akcji.

Celia wydaje się być osobą trzeźwo myślącą o życiu. Stryj Brooke uczciwie przedstawia kandydatów do małżeństwa i nie naciska bratanicy do swego wyboru. W rozmowie lubi zmieniać tematy. Ma pewne ambicje na przyszłość związane z wejściem do parlamentu na fali reform("stanęliście po stronie Peela w Kwestii Katolickiej"). Ujawniła się nam również koalicja plotkarzy. Zaś Chettam, niedoszły narzeczony:

"Niewątpliwie mężczyźni, którym brak własnych pomysłów, mogliby pod dobrym, kobiecym kierunkiem stać się bardzo pożytecznymi członkami społeczeństwa, gdyby im się poszczęściło z wyborem szwagierek."4

Nie należy zapominać o młodym Willim Ladislawie, krewniaku Edwarda Casaubona, w którym płynie polska krew. To człowiek wrażliwy interesujący się sztuką.

Po opuszczeniu Tipton i Lowick, przenosząc się do Middlemarch i Stone Court stykamy się z nowymi ludźmi, co będzie wykorzystane w kolejnych częściach.

"- Ten młody Lydgate, nowy doktor. Myślę, że znakomicie zna się na medycynie."(...)5 Zanim pojawi się na stronach książki osobiście, poznajemy opinie na jego temat. Niezamożny, dobrze wykształcony młody człowiek z ambicjami w wykorzystania najnowszej wiedzy medycznej staje się obiektem obserwacji, ale i ktoś zagnie na niego parol. Rodzeństwo Fred i Rozamunda Vincy to kolejna para bohaterów, na których trzeba będzie zwrócić uwagę, a pojawiają się w ostatnich rozdziałach pierwszej części. Fred narobi sobie kłopotów, ale spotka Mary, bo to "Najlepsza dziewczyna, jaką znam."5

Relacja z czytania jest zawsze niewiadomą, czy zwracamy uwagę na właściwe osoby, wypowiedzi i opinie. Będzie jednak okazja do sprostowania, nowego spojrzenia na rozwijające się wątki i postacie.

______________________

George Eliot, Miasteczko Middlemarch / Middlemarch, przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, t. I -s. 500, Prószyński i S-ka, Warszawa[2005]. [Księga pierwsza Panna Dorotea Brooke s.13-146; poprzedzona Preludium]

1 Tamże, s. 19.

2 Tamże, s. 16, 37, 40, 53, 55.

3 Tamże, s. 80.

4 Tamże, s. 47.

5 Tamże, s. 113, 146.

czwartek, 20 lutego 2014

Przedwojenna powieść Gustawa Morcinka nagrodzona w 1936 roku w konkursie IKC ("Ilustrowanego Kuriera Codziennego") łączy w sobie szereg odmian powieści, w tym społeczno-obyczajowej, psychologicznej i elementów romansu. Wpisuje się w klimat międzywojennego etosu pracy, wyeksponowania jednostki jako wybitnego fachowca, lecz jednocześnie człowieka nieszczęśliwego w życiu osobistym, samotnika.

Trzydziestosześcioletni inżynier górnictwa Jan Szeruda pełni funkcję naczelnego inżyniera kopalni "Ernest", tzw. zawiadowcy (w imieniu dyrekcji spółki zawiaduje tą kopalnią). To człowiek z awansu społecznego, ale takiego z wyboru własnego popartego zdolnościami, usilną pracą i pewnie przezwyciężaniem trudności finansowych na etapie kształcenia i pierwszej pracy. Przeszłość pojawia się w migawkowych wspomnieniach, szczególnie w odniesieniu do metaforycznego znaczenia pewnego fragmentu Biblii o wejściu do sadzawki Bethsaidy w Jeruzalem oraz słów analizujących więź: Nie było między nami Boga, wspomnienia ojca zaczytującego się w Księdze, opiekuńczej matki i bólu rozwodu, odejścia żony Anny.

Powieść odznacza się przejrzystą kompozycją obejmującą dwanaście dni, czyli podjęcie decyzji ostatecznego ugaszenia pożaru poprzez wykorzystanie zamułki, czynności ekip górniczych z inżynierami, katastrofę oraz dążenie do uratowania grupy uwięzionych górników. Istotną rolę w fabule odgrywa kobieta, która staje się ważna dla sfrustrowanego bohatera - to  nauczycielka i początkująca poetka Basia Romanowska. Po zwiedzeniu kopalni zachęca inżyniera do realizacji planów zmierzenia się z pożarem za tamą, gdyż wtedy będzie zwycięzcą. Zresztą to słowo pojawi się jeszcze parokrotnie, poszerzając przestrzeń owego zwycięstwa. Gdy zwierzy się kobiecie ze swego stanu ducha, ona dyskretnie wskaże mu zwycięstwo nad jego przeszłością, która jest źródłem nieustannej depresji i nienawiści, a także odsunięcia się od ludzi, gdyż to będzie przebaczenie. Podobne zdanie i wiarę w uczciwość zwierzchnika wyraża inżynier Wagner.

Opowieść o pracoholiku, który w pewnym momencie "... odgrodził się od ludzi. Znosił tylko obecność swojego szofera i starej służącej. W obszernej piętrowej willi była cisza i pustka." - jest również wpisana w życie paru górników i ich rodzinnych problemów. Wprawdzie społeczność lokalna to masa czekająca na wieści z kopalni, pragnąca dodatkowej pracy za wyższe wynagrodzenie, modląca się w czasie adoracji w kościele, uczestnicząca w pogrzebie, ale też Morcinek wydobywa z niej jednostki, które wykonują swoją pracę w kopalni, marzą o szczęściu, przeżywają porażki życiowe. Szczególną uwagę poświęca uwięzionym wraz z inżynierem Richterem na najniższym pokładzie. Kolejne dni oczekiwania, widmo śmierci, która jest coraz bliżej skłaniają do przyjrzenia się wraz z narratorem zachowaniom, słabościom, relacjom w grupie.

O sile powieści i wiarygodności dla czytelnika świadczy nie tylko dawkowanie zachowania i myśli znerwicowanego inżyniera uzasadnione przeżyciami osobistymi, ale  również wydarzenia dziejące się obok, w które inżynier się włącza lub jest świadkiem. Może takim motywem wartym uwagi jest wiara, religijność. To nie tylko wspomnienie owego cytatu z Ewangelii św. Jana i przełożenie go na sytuację tytułowego bohatera, ale  również jego obojętność religijna będąca efektem surowego ewangelickiego wychowania, lecz równocześnie szukanie pociechy, ukojenia wśród ludzi i wejście do katolickiego kościoła w czasie Wiecznej Adoracji, by posiedzieć w mroku. Ważny to moment, który pozwolił mu przezwyciężyć złość, opętanie zemstą, lecz także zaobserwować scenę kradzieży Jezusika z bocznego ołtarza. Sterana życiem i powodowana rozpaczą stara matka Zuczka zabiera NMP synka, targuje się i obiecuje zwrócić, gdy ta odda jej syna. "Dojrzał w tej chwili dno ludzkiego bólu." Po wydostaniu górników żywych i nieżywych z niedoszłą synową wlecze się drogą TAM... - by oddać. "... z głębokości wołam ku Tobie, Panie!/ Panie, wysłuchaj głos mój!..." - wtedy zrozumiał te słowa, które nie raz słyszał. "To ludzkie serce płacze, splute, skopane i sponiewierane do ostatka serce ludzkie!" Inżynier Szeruda dojrzał tragedię innych, większą niż jego własna. Jeszcze jedna rozmowa staje się ważna, ta z Basią Romanowską, która stwierdza, że często się modli. Beskidy, Wisła, Czantoria, Stożek, Barania - "bliżej mi tutaj do Boga, że tu mogę się modlić, że człowiek staje mi się człowiekiem, do którego nie mogę  żywić nienawiści i niechęci. Czuję się inną. Nie jestem tutaj ani kobietą, ani nauczycielką, ani może poetką, jak mnie pan zapewne w duchu z przekąsem mianuje, lecz jestem po prostu człowiekiem." Jeszcze inna scena. Odcięci górnicy z inżynierem Richterem w pewnym momencie jeden po drugim padają na kolana i żarliwie się modlą, a w innym momencie czują potrzebą wyznania przed sobą swego największego grzechu życia. Szczęść Boże! - witają się i żegnają pracownicy kopalni bez względu na hierarchię zawodową i towarzyską. Zatem wiara jest nadzieją, pogodzeniem się, oswojeniem niewytłumaczalnego, wyjściem na spotkanie wieczności.

"Pan stracił wiarę w ludzi i w siebie. No i w Boga!" - skoro była diagnoza, było i lekarstwo działania. "A jednak morowy z niego chłop. Mądry - dodał z uznaniem Donocik."

Jeszcze jedne strony są bardzo współczesne. Szukanie sensacji w owych tragicznych wydarzeniach. "Wszyscy rozprawiali żywo, w jakimś rozgorączkowaniu, dopytywali się wzajemnie, ilu górników zostało zasypanych, ile dni przebywają już pod ziemią, czy jest nadzieja wyratowania ich, a gdy bardziej świadomi tłumaczyli, że zostało tylko sześciu górników, że załoga ratownicza dojdzie niezadługo do nich, wtedy gawiedź  bezwiednie zdradzała specyficzną intonacją w głosie, że spotyka ją zawód. (...) Szybko jednaj spostrzegli się i zaczynali wzdychać niemrawie, a potem biegli do domów, roznosząc z podświadomym zadowoleniem zdobytą wieść i dzieląc się z ludźmi spotkanymi na drodze. Hołota ludzka raczyła się strawą." Bo człowiek oczekuje w napięciu nieszczęścia, będzie podświadomie czuł żal, gdy wszystko dobrze się skończy, ale potem potrafi się radować z dobrego zakończenia, cierpiąc na niedosyt sensacji. Podobnie pismacy i fotoreporterzy, którzy oblegali kopalnię drążyli temat, wisieli na telefonach, podgrzewali napięcie aż ich Szeruda wyrzucił za bramę, a wtedy zaczęli w nim szukać winnego.

W genezie powieści podkreśla się wpływ osobistych przeżyć pisarza na kreowanie bohatera załamanego osobistymi przeżyciami, jednak otrzymany utwór stał się ukłonem w stronę człowieka, który przezwycięża własne problemy, dostrzega ludzi i znajduje ukojenie nie tylko w dźwiękach maszyn.

______________________

Gustaw Morcinek, Inżynier Szeruda, wyd. V, s. 280, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1981.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dwie książki czytane w tym roku doprowadziły mnie do Irène Némirovsky - Lutetia i wspomniane w niej córeczki Epstein (nazwisko pisarki i jej męża) oraz Zając o bursztynowych oczach z powodu podobnej drogi dochodzenia do majątku przodków jak rodziny Ephrussi.

Némirovscy pochodzili z Niemirowa na dzisiejszej Ukrainie i wzbogacili się na handlu zbożem, by następnie zająć się finansami. Mieszkali w Kijowie, Odessie, Sankt Petersburgu, Moskwie, wakacje spędzali w modnych kurortach, prowadzili życie bogatej burżuazji. Sama Irène otoczona była opieką guwernantek, miłością ojca, ale też oschłością, wręcz niechęcią matki. Wybuch rewolucji sprawił, iż rodzina ewakuowała się na Zachód, tracąc część majątku pozostawionego w Rosji. Studia, małżeństwo, udana kariera pisarska, macierzyństwo - wydają się życiem jak z bajki, jednak do czasu II wojny światowej i śmierci w Auschwitz 17 VIII 1942 roku. W Polsce międzywojennej wydano trzy powieści (jako Ireny Niemirowskiej): Dawid Golder, Bal, Maska młodości [Jezabel], po wojnie tylko Albatros wydał dwie pośmiertnie opublikowane powieści, czyli Gorącą krew i niedokończoną Francuską suitę, która we Francji miała swoją premierę 2004 roku.

Zaplanowana jako panorama epoki i postaw na wzór Wojny i pokoju Lwa Tołstoja pisana w czasie wojny niemiecko-francuskiej i okupacji, zrealizowana tylko w postaci dwóch tomów stała się dokumentem czasu i wielkiego talentu, żalu, iż nie pozna się w pełni akceptowanego przez pisarkę efektu końcowego. Do powieści dołączono zapiski autorki robione przez nią w trakcie pisania dzieła. To bardzo cenne informacje, z których odczytuje się zmagania z powstającą materią epicką i to ciągłe dążenie do stworzenia utworu idealnego, spójnego. Wiadomo, że zamierzała zamknąć swój zamysł twórczy w pięcioksięgu: I - Burza [Czerwcowa burza w polskim wydaniu] II - Dolce, III - Niewola, IV- Bitwy (?) i V- Pokój (?). Powstały dwa tomy. Mimo ich idealnej kompozycji ma się wrażenie, że autorka dalej by dokonywała drobnych zmian, by uzyskać maksymalną spójność fabularną.

Czerwcowa burza to pierwsze dni i tygodnie po najeździe Niemiec na Francję w czerwcu 1940 roku. Składa się z szeregu obrazów-obserwacji, przemierzając drogę paru rodzin, które opuszczają Paryż w obawie przed bitwą i zniszczeniem miasta. Jedynie małżonkowie Michault są potraktowani z pewną dozą sympatii przez narratora, pozostałym nie szczędzi się podkreślania śmieszności, drwiny, ironii, posługuje się elementami karykatury. Część mieszkańców Paryża udaje się na zachód, południe w swej bezładnej ucieczce, w czasie której zanikają wszelkie podziały klasowe w dostępie do miejsc noclegu, żywności, zagrożenia ze strony nieprzyjacielskich samolotów. Przypomina to w jakiś sposób opuszczenie Warszawy we wrześniu 1939 roku i chaos na drogach.

Dolce jest obserwacją społeczności miasteczka w centralnej Francji i jego okolic w momencie oczekiwania na wojsko okupacyjne i ich stacjonowania do chwili rozkazu skierowania na front wschodni na początku lipca 1941 roku. Ironiczny i karykaturalny opis wyboru postaw wobec okupanta, w tym chowania zdjęć, by nie skalał ich niemiecki wzrok (starsza pani Angellier), ale i potem przyglądanie się dziewcząt, młodych kobiet młodym mężczyznom, którzy zostają rozlokowani we francuskich domach, bycie obok siebie i ze sobą to codzienność Bussy. Właściwie nie ma tu żadnego okrucieństwa, raczej ciekawość siebie, serdeczność i dystans, rodzące się uczucia i zazdrość, trochę prztyczków w postaci informacji o donosach. Momentem przełomowym staje się zabicie niemieckiego oficera i ukrywanie sprawcy. Ten tom staje się wskazaniem, iż Niemcy też są ludźmi (szczególnie kurtuazyjny Bruno von Falk, ale też i ci dający dzieciom cukierki, hołubiący je na kolanach, głaszczący główki), których skierowano na wojnę. Nikogo nie interesuje fakt, iż ów garnizon jest już zaprawiony w bojach w Polsce, która już wcześniej zaznała okupacji. Zatem wojna ma tylko charakter lokalny i stanowi dla ludności wielką niewiadomą. Zamknięciem tomu jest efektowny wymarsz. "Wkrótce na miejscu niemieckiego pułku unosiło się tylko trochę kurzu na drodze."

 Świadomość niedokończenia dzieła nie pozwala odnieść się do niego krytycznie. Dziwi tylko fakt,iż żadna z postaci nie ma korzeni żydowskich. W świetle losów pisarki staje się to ważne dla czytelnika. Wszak zamiary Rzeszy względem nie tylko wyznawców judaizmu, ale i rodzin zasymilowanych były już skrystalizowane. Być może później i ten temat musiałby się pojawić na kartach powieści.

 W drugim tomie niesympatyczny pisarz, który wrócił do Paryża, zastanawia się:

"Ale on, Corte, był za stary, by dopasowywać się do nowych gustów. Już w tysiąc dziewięćset dwudziestym odnowił swój styl. Po raz trzeci byłoby to niemożliwe. Zdyszałby się, próbując dotrzymać kroku tej nowej rzeczywistości, która się narodzi. Ale kto może przewidzieć, jaką postać przybierze świat po wyjściu z twardej matrycy wojny, niczym ze spiżowego odlewu; może okazać się gigantem lub fałszerstwem (a może jednym i drugim)...(...) Myślał o swojej powieści, o rękopisie uratowanym z ognia, spod bomb, spoczywającym na krześle. Odczuwał głębokie zniechęcenie. Namiętności, które opisywał, stany ducha, skrupuły, historia pokolenia, jego pokolenia, była stara, bezużyteczna, przedawniona. Powtórzył z rozpaczą: przedawniona!"*

Mam wrażenie, że z podobnym problemem zetknęłaby się i sama Némirovska, gdyby przeżyła. Przecież doświadczenie  obozu przejściowego w Pithiviers , a potem Auschwitz pokazałyby jej inny obraz Niemców niż ten w II tomie i postaw oraz losów ludzkich. Może któryś tom nosiłby tytuł Piekło albo Upodlenie.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na kolejne dołączone dokumenty - korespondencję z lat 1936-1945, w tym te dotyczące prób ratowania pisarki i uwolnienia jej z obozów. Wcześniej jednak należy wspomnieć, iż rodzina zawsze dążyła do asymilacji zarówno w carskiej Rosji jak i później we Francji, odcinała się od korzeni, a Némirovska chętnie uwydatniała w swoich przedwojennych powieściach tzw. "żydowską bezczelność", ignorowała duchowość żydowską i różnorodność cywilizacji żydowskiej w Europie Wschodniej. 2.02.1939 rodzina przechodzi na katolicyzm. Irène nie ma jednak obywatelstwa francuskiego, jest bezpaństwowcem. I to od nich zaczęto aresztowania.

Listy w których szuka się argumentów, by uwolnić pisarkę z perspektywy lat i wiedzy wydają się bardzo naiwne. "... jest białą Rosjanką, która nigdy nie chciała przyjąć radzieckiego obywatelstwa." "We Francji nikt z naszej rodziny nie zajmował się polityką." "W żadnej z jej książek (które zresztą nie są zakazane przez władze okupacyjne) nie znajdzie się ani jednego słowa skierowanego przeciw Niemcom, a choć żona jest Żydówką, w swoich utworach nie okazuje Żydom żadnej czułości." "... jesteśmy katolikami, tak jak nasze dzieci, które urodziły się w Paryżu i mają obywatelstwo francuskie." We Francji jeszcze w lipcu i sierpniu 1942 roku niektórzy byli na tyle krótkowzroczni, by zobaczyć, że to zupełnie inna wojna i okupacja.

_______________________

Irène Némirovsky, Francuska suita /Suite Française, przeł. Hanna Pawlikowska-Gannon, wyd. I, s. 448, Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2006.

Wykorzystałam informacje ze wstępu Myriam Anissomov.

* Tamże, s. 189-190.

poniedziałek, 06 stycznia 2014

Byłam ciekawa książki, która wzbudziła zainteresowanie do tego stopnia, iż miałam okazję zapoznać się z jej trzecim wydaniem. Piszę o Ukraińskim kochanku Stanisława Srokowskiego, wiedząc już, że jest to pierwszy tom trylogii (kolejne tomy to Zdrada i Ślepcy idą do nieba).

Tematyka kresowa coraz częściej obecna w pracach historycznych, wydawanych wspomnieniach, reporterskich i fotografiach wciąż poszukuje sposobów dotarcia do nowych czytelników poprzez sięgnięcie do poetyki powieściowej różnych jej odmian. Przedstawienie momentu przełomowego w dziejach ziem wschodnich II Rzeczypospolitej budzi emocje i potrzebę opowiedzenia o tragedii wielowyznaniowej i wielonarodowościowej społeczności, która dokonała się w czasie II wojny światowej, choć symptomy eskalacji nienawiści pojawiały się wśród elity ukraińskich działaczy narodowych dużo wcześniej.

Stanisław Srokowski wybrał oczywisty czas przełomu przynależności ziem, a więc lata trzydzieste, by, nie kryjąc bolączek antysemickich, ukazać pewien ład społeczny i nadzieje, następnie najtragiczniejsze szybko postępujące zmiany z czasów wojny, czyli czasy pierwszych Sowietów, Niemców i banderowców. Miejsce to wieś w okolicy Kołomyi na Pokuciu, ale poprzez kontakty, chwilowe miejsce pobytu lub informacje, które docierają do bohaterów, przestrzeń poszerza się o Lwów, Drohobycz, Wołyń. Dzieje fikcyjnych bohaterów mają zaciekawić tym, czego nie oszczędzi im los. Nie wgłębiam się w szczegóły, ale dodam, iż pierwszy tom kończy się drastycznym wydarzeniem. Historia nostalgiczna, pełna smutku, bólu ma za zadanie wywołać u czytelnika nie tylko żal za minionymi czasami, ale i doświadczyć zbliżającego się do bohaterów zagrożenia, nieszczęścia, a potem nic już nie będzie takie same, bo nie ma nawet możliwości powrotu do dawnych czasów.

Autor Ukraińskiego kochanka nie ma jednak talentu Marii Dąbrowskiej czy Jarosława Iwaszkiewicza, więc i zamierzony rozmach epicki, kreacja bohaterów wypada dosyć blado. Wiodące postacie, czyli Kasia Kukułka i jej mama Anna to postacie papierowe, irytujące brakiem spójności ich prowadzenia, za często ustępują miejsca kolejnej łopatologicznej informacji, którą należy przekazać. Anna na pewno nie jest Barbarą Niechcicową, a Jakub Bogumiłem. Srokowski dba o zróżnicowanie sposobów przekazu wiedzy, bo i są opowiadania o zdarzeniach, których się było świadkiem lub zasłyszanych, listy, rozmowy, jednak brakuje dyskusji. Niestety, niektóre są sztuczne i niewiarygodne jeżeli chodzi o faktyczną wiedzę, którą może ów bohater posiadać, jak wspomnienia matki o lwowskich matematykach czy informacje uczennic drohobyckiego gimnazjum. Na osłodę podam parę ciekawych pomysłów jak ów z Cyganami na początku, ale i dopracowane rozdziały o tradycjach weselnych lub spotkania z wioskowym głupkiem. Można również dopatrzyć się wpływów literackich w  budowaniu nastroju. Peany na cześć powieści na wyrost, mimo że połączenie wątków romansowych z politycznymi mogą zainteresować historią grono nowych czytelników, którym temat Kresowy był do tej pory obcy.

______________________

Stanisław Srokowski, Ukraiński kochanek, wyd. trzecie, s. 488, ARCANA, Kraków 2011.

piątek, 03 stycznia 2014

"Ale moje życie przez jakiś czas, w bliskości Lajosa, naprawdę było "niebezpieczne". Teraz, gdy to niebezpieczeństwo minęło, uświadomiłam sobie, że nic nie pojawiło się na jego miejsce; zrozumiałam, że to niebezpieczeństwo było jedyną prawdziwą wartością mojego życia."1

Krótka powieść wybitnego węgierskiego prozaika z 1939 roku poprzedza słynny Żar. Znać, że pisarz zainteresował się tematem wkraczania przeszłości w teraźniejszość bohaterów, próbami rozrachunków, wyjaśnieniem trudnych relacji sprzed lat. To okazja zaprezentowania sytuacji zdzierania masek, gdyż jak w teatrze sceną jest jedno miejsce - dom z najbliższym otoczeniem, ale są też i rekwizyty, które w Dziedzictwie Estery odgrywają ważną rolę. Przed widzem-czytelnikiem rozgrywa się dramat trwałego zauroczenia, niemal wampirycznej więzi, świadomości zamiarów, ale również niemożliwości, wręcz niechęci, by im zapobiec.

U Maraiego ważne jest każde słowo, fraza, gdyż każda myśl, wspomnienie, obserwacja i dialog z udziałem narratorki odsłaniają problem patologicznego uzależnienia oraz jakże prosty i przejrzysty sposób działania dawnego "przyjaciela" i szwagra. Atmosfera zdarzeń jest irytująca również dla czytelnika poznającego niemożność zerwania więzi między krzywdzicielem a ofiarą.

W centrum jest Lajos z przeszłości i Lajos jako gość, który ponownie przybył, by zrealizować zaplanowany cel. "... od Lajosa ludzie się nie odwracają, ponieważ jego drobne reżyserskie interwencje obfitują w niespodzianki, którymi on sam się rozkoszuje, i gdy owe improwizacje wieńczą nieoczekiwane pointy, najchętniej śmiałby się do łez i oklaskiwał samego siebie."2 To nie komediant, lecz cyniczny gracz, który dobrze planuje swój występ, a gdy kurtyna opadnie, zwrotów biletów nie będzie. Tym razem po dwudziestu latach przybywa w godnym siebie towarzystwie uczniów, którzy wezmą udział w ostatecznej rozgrywce ograbienia Estery. Świadomość złych zamiarów, niegodziwości wcale jej nie zapobiegnie.

Márai oświetla problem, pokazuje działania i świat wewnętrznych przeżyć tytułowej bohaterki, ale ostatecznie pozostawia czytelnika z bagażem dokonanego zła i otwartym tematem ciągu dalszego. Przestrzeń na ocenę i rozważania relacji międzyludzkich jest olbrzymia - i to jest dobra literatura.

______________________

Sándor Márai, Dziedzictwo Estery / Eszter hagyatéka, przeł. Feliks Netz, wyd. I, s. 120, Czytelnik, Warszawa 2008.

1 Tamże, s.37.

2 Tamże, s.45-46.

środa, 01 stycznia 2014

Oprócz fabuły w powieściach ważna jest rama, w którą ujmie się obmyśloną treść. Oczywiście teoretycy literatury mogliby wskazać szereg schematów wykorzystywanych od czasów najdawniejszych, co nie znaczy, iż nie ma tu miejsca dla oryginalności artysty stojącego obok sprawnego rzemieślnika. Sposób spojrzenia na historię poprzez obserwację zmian zachodzących z okna lub perspektywy ulicy albo losów okrętu, który ma swoje czasy wzlotu i upadku, to potwierdzenie nieuchronnej zmienności dziejów, której doświadcza człowiek i miejsce mu bliskie.

Taki pomysł miał francuski pisarz, biograf i dziennikarz, również od 2012 r. członek Académie Goncourtów, Pierre Assouline, który ukazał niemal dwadzieścia lat (?) francuskiej historii XX w. z punktu widzenia losów luksusowego paryskiego hotelu Lutetia (hotel ma swoją stronę internetową). Nad wdrożeniem pomysłu pracował od 1971 do 2004 roku, zbierając materiał, obmyślając sposób przekazu problemów, wreszcie przenosząc pomysł na papier.

Prolog i epilog, klamra wiosny i lata 1945 roku spina trzy fazy z dziejów hotelu a także prywatnych niepokojów narratora. Z kolei bibliografia potwierdza autorski zamysł, by książka była fikcją literacką powstałą z inspiracji Historii, w której pojawiają się autentyczne postacie pod swoimi prawdziwymi nazwiskami.

Narracja pierwszoosobowa prowadzona jest przez hotelowego detektywa, byłego policjanta, Édouarda Kiefera. To Alzatczyk o rodzinnych tradycjach francusko-niemieckich, uczestnik I wojny światowej. "Wojna, nie mówcie mi tylko o wojnie, odmawiam jej jakiejkolwiek szlachetności, to nigdy nie jest ani czyste, ani szczytne, patriotyczna jatka, z wyjątkiem być może gabinetów i redakcji... Wojna, ta prawdziwa, nie oszczędzi niczego... Nie ma ładnego sposobu na to, żeby polec na wojnie... Wyruszyłem na wojnę jako żołnierz, wróciłem z niej troglodytą... Wojna na zawsze zaplombowała nasze życia."1 Dwujęzyczność i dwukulturowość łączy się ze zrozumieniem dla łowiectwa i grą na trąbce myśliwskiej jako efektu życia w przybudówce zamku w Cheverny, gdzie ojciec był jednym z zarządców. Z tym miejscem łączy się wieloletnia miłość do N***. Po rezygnacji z pracy w policji (jak się okaże w czasie II wojny światowej - słusznej) związał się z hotelem, którego właściwie nie opuszczał. Ze swej antresoli, która stała się jego biurem, obserwował hotelowe życie, a przemieszczając się po budynku - rozmawiał, słuchał, interpretował fakty. Osobliwością było prowadzenie kartoteki fiszek, zapisków o gościach zamieszkujących hotel.

Na konstrukcję powieści nie składa się wartka akcja z udziałem głównych bohaterów, lecz właśnie narracja w formie zapisów o codziennym życiu hotelu, w którym swój udział mają zatrudnieni pracownicy i goście powiązani z prezentowanymi epizodami. Informacje, skąpe dialogi i refleksje - to trzon fabuły. Są też i anegdoty o autentycznych postaciach wynajmujących pokoje i apartamenty. To James Joyce(tu pisał część Ulissesa), André Gide, "nasz noblista" Roger Martin du Gard, Antoine de Saint-Exupéry i Consuelo, pułkownik Charles de Gaulle.

"Na pierwszy rzut oka wielki hotel wygląda jak pasażerski statek. Z chwilą jednak kiedy człowiek usiądzie w jego wielkim salonie, przypomina on teatr, w którym wystawia się w skrócie komedię ludzką. Każdy przywdziewa jakiś strój i odgrywa swoją rolę. Z jedną tylko różnicą: aktorzy nie wiedzą, że grają w sztuce ani w jakiej."2

Od lat 30-tych sztuka Historii staje się coraz bardziej obecna. Obok arystokracji, burżuazji, artystów zaczynają się pojawiać uchodźcy z Hiszpanii, Niemiec, Austrii, a w rozmowach złowieszcza nazwa obóz koncentracyjny. Koniec lat trzydziestych to niepokój związany z rozpoczęciem wojny Niemiec z Polską, próbne alarmy, ćwiczenia ucieczki do schronów (ten element powieści potraktowany jest z pewną ironią, bo tylko w Ritzu korzystano w schronach ze śpiworów Hermesa i kołder Revillon), a potem nowy rozdział w dziejach hotelu wojna i okupacja Francji.

Krótka wojna i okupacja połączona z obserwacją stacjonowania szefostwa Abwehry w Lutetii to nowy rozdział historii, a narracja pełna jest gorzkiej refleksji, ironii, także zapisem osobiście frustrujących zdarzeń związanych z asystowaniem przy zdjęciu francuskiej flagi, wypiciem toastu na cześć rozpoczęcia wojny ze Związkiem Sowieckim i zmuszenia do koncertu na trąbce dla oficerów okupanta.

"Nowi władcy: wszyscy Niemcy i niektórzy Francuzi." Zmiana, pogodzenie się z nowym, zbieranie wiedzy o postawach Francuzów w nowej sytuacji, ich usłużności, nadgorliwości w wypełnianiu zadań, skłonności do donosicielstwa, wyręczania okupantów w działaniach przeciwko Żydom, członkom ruchu oporu. To hańba bohatera narodowego marszałka Pétaina - na razie Francuzi wiwatują na jego cześć, gdy przybywa do Paryża z Vichy, a potem tak samo będą wiwatować na cześć aliantów. Kiefer pracuje w nowych warunkach jako tłumacz, ale też zbiera informacje o hańbiących czynach, próbuje dyskretnie pomagać znajomym z ruchu oporu, również próbuje zachować godność własną, zmagając się z obietnicą posłuszeństwa zwierzchnikom. Zmaga się z pytaniem: "Jak daleko człowiek może się posunąć, nie tracąc twarzy?" Obserwuje klientów Abwehry, postaci autentycznych. Wśród nich jest ten, przeciw któremu potem wytoczy się proces, tolerowany Żyd - Janovici. Wojna to raj dla hochsztaplerów różnej narodowości, pochodzenia i wyznania. Temat kolaboracji i łapanek oraz wywózek potraktowany został tak, jak pozwalała na to konstrukcja powieści. Więcej możemy przeczytać w opracowaniach historycznych, czyli Alana Ridinga (A zabawa trwała w najlepsze) i Frederica Spottsa (Haniebny pokój).

Kończy się rok 1944. Trzecia część oraz nowy rozdział w dziejach hotelu łączy się z decyzją przeznaczenia obiektu na miejsce przyjmowania repatriantów, czyli więźniów obozów koncentracyjnych, jenieckich, powracających z pracy przymusowej. "Hotel Lutetia był jedynym [hotelem], który odkupił się za rekwizycję niegodną [wojenną] rekwizycją najgodniejszą z możliwych." Obserwacje narratora skupiają się na opracowanych zasadach przyjmowania "klientów". Nasuwa się refleksja, iż kolaborująca Francja miała kadrę, która po pewnej korekcie mogła zapanować nad chaosem i metodycznie wprowadzać decyzje przyjmowania deportowanych. A inne kraje, obywatele innych państw?- ci musieli radzić sobie sami całe życie. Oprócz przepisów zachowania i przyjmowania zmęczonych pensjonariuszy jest jeszcze czynnik ludzki, wrażliwość, zachowania i widok pochodu cieni trudny do przewidzenia. Ta część mimo oschłości jest na swój sposób krzykiem rozpaczy. Zadanie polegało na tym, by być przygotowanym do udzielenia pomocy, ale i wyłowić szumowiny, które skrywały swoją przeszłość w tej ogromnej masie ludzi, którzy powrócili. "Trzeba ich przyjmować troskliwie...", ale o czynnościach biurokratycznych nie należy zapominać. Innym przewijającym się tematem jest oczekiwanie, wypatrywanie swoich, gdy przybywały autobusy z kolejnymi repatriantami. Częstokroć było to zetknięcie się z brutalną prawdą, iż bliskie osoby nie powrócą. W prologu jest mowa o dziewczynkach, które najdłużej z wszystkich stoją z tabliczką EPSTEIN - to córki słynnej powieściopisarki Irène Némirovsky, które nie doczekają się powrotu rodziców.

Polski czytelnik zauważy parę poloniców, w tym i zgrzyt. Wpierw kulturalną rodzinę  z dobrze wychowanymi dziećmi przy stole w dawnych czasach, potem wspomnienie, iż kombinatorzy wielu narodowości przybywali do Lutetii, by coś załatwić, wreszcie wspomnienie dobrego ducha hotelu w trzeciej fazie - Sabine "Yanka" Zlatin, pielęgniarki Czerwonego Krzyża, która na prowincji Francji utworzyła tajną kolonię żydowskich dzieci. A teraz czas na zgrzyt. To wypowiedź jednej z ocalonych.

"-Wyobraża pan sobie, jakbyśmy mieli za strażników Polaków, a nie Niemców? Wyobraża pan sobie, choć przez chwilę... Ja, proszę pana, nigdy Polakowi ręki nie uścisnę. Mój przyjaciel Sam powiada, że to osiemnasta rasa po ropuchach. Mogę podać rękę Niemcowi, ale nie Polakowi. Auschwitz to jedne z ich dawnych koszar. Gdyby to Polacy byli strażnikami w obozie, żaden Żyd by z niego nie wrócił. Proszę mi wierzyć, ani jeden. Uniknęliśmy najgorszego..." To przytoczenie przez narratora przykładu brutalności osoby, która do tej pory działała na niego kojąco swoim rozsądkiem. Wróciła i dodała: "-Wie pan, od momentu aresztowania, u siebie w Neuilly, do przyjazdu do Auschwitz nie widziałam ani jednego Niemca..."3 Czyli wszystko wykonali Francuzi. To był taki przykład bezrozumnej nienawiści za sam fakt, iż ktoś umieścił obóz na terenie państwa o nazwie Polska, wykorzystując na początku wybraną infrastrukturę.

Powieść zasługuje na uwagę ze względu na temat metaforycznego potraktowania Lutetii jako mikrokosmosu społeczeństwa francuskiego w chwilach przełomowych, niespieszny język narracji i bohatera, który nie jest herosem, lecz człowiekiem złożonym z wątpliwości, słabości, rozdartym między nienawiścią i miłością do Niemiec i Niemców. Dla poszukiwaczy faktów a nie dynamicznej akcji.

______________________

Pierre Assouline, Lutetia, przeł. Wojciech Gilewski, s. 436, Oficyna Foksal, Warszawa 2012.

1 i 2 Tamże, s.30, 48.

3 Tamże, s. 354-355.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13